Elite: Dangerous: zanim kupisz, przeczytaj

Pod koniec grudnia swoją premierę miała jedna z najbardziej oczekiwanych gier, które zostały ufundowane dzięki crowdfundingowi. Frontier Developments wskrzesiło serię Elite i zrobiło to dobrze. Gra ma jednak swoje minusy. Jednym z nich jest na pewno to, że nie spodoba się wszystkim. Dlatego pomyślałem sobie, że gdybym zastanawiał się, czy zagrać w nowego Elite, czy nie, to chciałbym przeczytać taki tekst, jak ten. TL;DR na samym końcu.

Elite:Dangerous to gra niewyobrażalnie szeroka, ale przy tym bardzo płytka.

Oznacza to, że dopóki nie dokupisz do swojego statku komputera dokującego, za każdym razem, kiedy będziesz chciał wylądować na jakiejś stacji, całą procedurę musisz wykonać ręcznie. Szanse na to, że po 100 lądowaniach cały proces nadal będzie wydawał Ci się fajny, wciągający, czy ciekawy nie są zbyt duże. Skakanie po hiperprzestrzeni również bardzo szybko staje się monotonne. Ot, pojawiasz się w kolejnym systemie, w którym masz szanse na: spotkanie piratów, odkrycie nowych ciał niebieskich, odnalezienie zagubionego ładunku i przyjęcie kolejnej misji z kolejnej stacji kosmicznej która polega na: dostarczeniu jakiejś przesyłki, zestrzeleniu jakiegoś groźnego terrorysty, wzięciu udziału w lokalnym konflikcie lub dostarczeniu na stację jakiegoś konkretnego towaru, który jest aktualnie bardzo potrzebny.

Piękny widok, prawda? Szkoda, że w grze nie występuje opcja widoku 'zza' statku.

Piękny widok, prawda? Szkoda, że w grze nie występuje opcja widoku „zza” statku.

Do tego dochodzi jeszcze polowania na piratów, udział w konfliktach zbrojnych, prowadzonych przez trzy główne frakcje w galaktyce, zabawa w odkrywcę (zeskanowane dane z nieznanych systemów dają całkiem niezły zysk) i… chyba to tyle. A nie, można pobawić się jeszcze w kosmicznego górnika, ale na to akurat zabrakło mi cierpliwości. Na papierze taka lista dostępnych w grze aktywności imponuje. W praktyce jednak wygląda to tak, że po 15-20 godzinach możesz stwierdzić, że widziałeś już prawie wszystko. Oczywiście w tak krótkim czasie nie da zwiedzić się całej galaktyki, jednak umówmy się – dopóki nie da się lądować na planetach (Frontier udostępni tę możliwość w płatnym DLC), dopóty większość ciał niebieskich w grze spełnia rolę dekoracyjną.

Wszystkie wymienione aktywności dostępne w grze nie są też zbyt skomplikowane. Po tym, jak już opanuje się start i lądowanie na stacjach kosmicznej oraz podstawowe zasady obsługi interfejsu naszego statku, jedynym ograniczeniem jest klasa naszego statku. Te lepsze kosztują oczywiście odpowiednio dużo, przez co ich zakup stanowi jakiś cel w grze. Sporo graczy, którzy dorobili się już Anakondy, czy Pythona narzeka na forach, że nie mają zbyt wielu rzeczy do roboty.

Aspekt MMO praktycznie nie istnieje

fotel drugiego pilota jak na razie pozostaje pusty...

fotel drugiego pilota jak na razie pozostaje pusty…

Co prawda gra wymaga stałego połączenia z Siecią (nawet w trybie solo play, w którym klient na bieżąco pobiera aktualne ceny surowców obowiązujące aktualnie w galaktyce), jednak interakcja z innymi graczami jest dość ograniczona. Oprócz przypadkowych rozmów i kolejek do lądowania na stacjach, interakcja między graczami w nowym Elite sprowadza się do walki. Na takie rzeczy, jak na przykład stworzenie szwadronu ze swoimi znajomymi i wspólne polowanie na piratów trzeba będzie jeszcze poczekać. Zapomnijcie również o czacie grupowym, gildiach, stowarzyszeniach kupieckich, czy wspólnym pilotowaniu statków. Frontier Developments obiecuje oczywiście, że wraz z biegiem czasu, w grze pojawią się nowe usługi, jednak jak na razie czuję się, jakbym grał w pierwszą część Elite, która wzbogaciła się o cudownie wyglądającą grafikę.

Mi się nie znudziło

Spotkania z lokalnymi przedstawicielami władzy szybko stają się upierdliwe. Szczególnie, kiedy chcą Cię skanować co 5 minut.

Spotkania z lokalnymi przedstawicielami władzy szybko stają się upierdliwe. Szczególnie, kiedy chcą Cię skanować co 5 minut.

Ok, mając czyste sumienie i świadomość, że ostrzegłem was przed wszystkimi minusami i niedociągnięciami tego tytułu, przyznam się teraz, że nadal lubię sobie usiąść za sterami mojego statku i zrobić nim kilka szybkich misji. I zupełnie nie przeszkadza mi monotonność i powtarzalność większości czynności. Elite: Dangerous to nadal świetny symulator kosmiczny, w którym pomimo braku „fabuły dla pojedynczego gracza” nadal można się zanurzyć i dobrze się bawić. Jest to oczywiście specyficzna zabawa dla specyficznych ludzi, ale umówmy się: symulatory właśnie takie są. Skoro ja mogę się dziwić, jak komuś może podobać się granie w Euro Truck Simulator, to równie dobrze ktoś może kręcić głową, kiedy opowiadam mu, że wczoraj odkryłem dwie nowe planety, a potem uciekłem z moim cennym ładunkiem herbaty przed piratem, który próbował wyciągnąć mnie z hiperprzestrzeni.

TL;DR:

Elite: Dangerous to bardzo specyficzny tytuł, który spodoba się bardzo specyficznym ludziom. Wersja 1.0 stanowi solidną bazę, która – jeśli będzie rozwijana – może stać się czymś tak samo ogromnym, jak Eve: Online. Jak na razie jednak Elite:Dangerous jest bardzo ograniczonym sandboxem, który nie zachęca do wspólnej gry ze znajomymi. Jeśli jednak od zawsze marzyłeś o zwiedzaniu odległych o setki lat świetlne galaktyk, odkrywaniu nowych planet, walkach z kosmicznymi piratami i nudnych kursach z ładownią pełną cennych towarów z jednej stacji na drugą, to prawdopodobnie będziesz bawić się wspaniale. Szczególnie po podłączeniu joysticka, chociaż granie na klawiaturze i myszy również jest całkiem przyjemne.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.