Recenzja The Order: 1886, czyli czy na takie next-geny czekamy?

Nie ma drugiej tak oszałamiająco pięknej gry. Trailery nie kłamały - tu nie odróżnicie rozgrywki od przerywników filmowych. Jakość kładzie na kolana nawet zatwardziałych pecetowców, a posiadacze PS4 w końcu mogą odetchnąć z ulgą - nareszcie widać różnice w tej nowej generacji!

Gdy w 2013 roku po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun The Order: 1886 nie do końca wierzyłam, że gra będzie naprawdę tak wyglądać. Perfekcyjne animacje postaci, fotorealistyczna grafika, filmowe kadry napakowane efektami cząsteczkowymi i do tego jakże miodny setting neowiktoriańskiego Londynu. Pierwsze zetknięcie z pełną wersją gry jest wręcz miażdżące. Pod tym względem Ready at Dawn nie tyle dotrzymało obietnic zawartych w zwiastunach, ale wręcz je popchnęło w granice szaleństwa. Bo powiedzcie sobie sami, kiedy ostatnio chodziliście po lokacjach z rozwartymi gębami i zachwycaliście się falującymi na wietrze tkaninami, odbłyskami miedzianych garnków, mimiką postaci czy dynamicznymi przejściami. Moja mama wchodząc do salonu zapytała co za film właśnie oglądam. A potem – jak nigdy – emocjonowała się historią razem ze mną, mimo, że w gruncie rzeczy nie było się czym podniecać (ale o tym za chwilę).

Mamy tu do czynienia z pierwszorzędną magią kina (ach nawet te czarne pasy mi wyjątkowo nie przeszkadzały!). To jest największa siła The Order – grafika, od której trudno oderwać oczy. W to się nie gra, tu się po prostu płynie. Jeśli taką oprawę udało się wyczarować już na początku tej generacji aż trudno wyobrazić sobie, czego możemy spodziewać się pod koniec! Narobiłam Wam mnóstwo screenów i filmów, by pokazać jak prezentuje się ten tytuł, ale filmy niestety konsola strasznie kompresuje przez co straszą pikselozą. Co do zamieszczonych tu screenów mogą się Wam one wydać niewyraźne, czy rozmyte, ale to wszystko dlatego, że ciężko uchwycić grę w ruchu. Gdy postać się przesuwa zmienia się głębia ostrości. Możecie mi jednak wierzyć na słowo, że jest się czym zachwycać.

Rzeczą gustu jest sprawa całego uniwersum. Każdy rozkochany w wiktoriańskiej Anglii, Sherlocku Holmesie, mroku, wilkołakach i alternatywnych rzeczywistościach poczuje się tu jak w domu. Niestety cały scenariusz nie dorównuje do pięt oprawie wizualnej. Początek bardzo słabo wprowadza nas w realia świata. Tak naprawdę więcej o uniwersum dowiedziałam się z materiałów przedpremierowych niż z właściwej gry. Oto wcielamy się w sir Galahada – rycerza zakonu Okrągłego Stołu -, który od wieków walczy z mieszańcami ingerującymi w sprawy ludzi. Walka z krwawymi potworami na przestrzeni tylu lat jest możliwa dzięki Graalowi – Czarnej Wodzie – do której dostęp mają tylko członkowie stowarzyszenia i która regeneruje ich rany i zapewnia długowieczność. Błędnie jednak oczekiwałam tu szeregu starć z lykanami (wilkołakami). Większym problemem zakonu okazują się bowiem rebelianci z niższych warstw społecznych, którzy zbuntowali się przeciwko sprawowaniu władzy przez angielską koronę. W scenariuszu jest więcej polityki niż fantastyki, ale nie dlatego wyraźnie on kuleje.

Scenarzyści nie popisali się bowiem oryginalnością. Intryga, która rozwija się w trakcie gry jest mało angażująca gracza i łatwa do przewidzenia. Konszachty, zdrady, sojusze z przeciwnikami, szef nie dostrzegający powagi sytuacji, zazdrosne kobiety – to wszystko już było i na nikim nie robi wrażenia. Jakby na domiar złego wykreowani bohaterowie są… nijacy, zbyt jednowymiarowi, byśmy traktowali ich poważnie. Oprócz markiza Lafayette ciężko będzie kogokolwiek tu polubić, nawet głównego bohatera. Nasz Galahad to bowiem szablonowy, praworządny rycerz, o którym trudno powiedzieć coś więcej. Na plus natomiast zaliczyć można wplecenie znanych osobistości, w tym Nikola Tesli, Kuby Rozpruwacza, czy Conan Doyla.

Co gorsze zakończenie gry zostawi Was w rozczarowującym nastroju. Zastosowano tu zabieg, którego bardzo nie lubię – zmuszono gracza do dokonania czynności nie zgodnej z jego sumieniem. Co innego, gdy w endingu oglądamy reakcje głównego bohatera niczym film, a co innego gdy musimy zatwierdzić czynność oszukując samego siebie, że jest to nasz własny wybór. Dodatkowo nie wyjaśniono tu zbyt wielu wątków, przez co wydaje się, że wszystkie nasze poczynania nie miały żadnego sensu, a to co stanie się z bohaterem zależy od naszej wyobraźni. Tudzież sequela.

Ale jeśli przymkniecie oko na te niedoskonałości, gra pochłonie Was całkowicie za sprawą po prostu udanego gameplayu. Wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest to rodzaj interaktywnego filmu w stylu gier przygodowych od Telltale Games. Bliżej The Order do Uncharted czy The Last of Us. Mamy zatem sporo sekwencji ze strzelaniem zza osłon, elementy skradankowe i fragmenty swobodnej eksploracji.

Strzelanie stanowi przyjemność samą w sobie. Gdy zobaczycie jakim arsenałem obdarzy Was Nikola Tesla będziecie w siódmym niebie. Bronie nie tylko wizualnie świetnie się prezentują. Każdy model czuje się inaczej – tu mamy większy odrzut, tu inną moc pocisku, tu strzelamy ładunkiem elektrycznym, a tu pyłem, który później podpalamy robiąc wielkie bum. Żal mogę mieć w tym przypadku tylko do samych przeciwników. Przez całą grę tłuczemy te same modele wrogów (przeciętnego żołdaka, granatnika lub bardziej opancerzonego gościa), różniące się od siebie ubraniami. Ich zachowanie jest zawsze takie samo. Nawet nie trzeba specjalnie opracowywać taktyk. Są momenty, w których robi się bardziej gorąco tylko z uwagi na liczbę przeciwników. Na szczęście wtedy możemy wykorzystać zdolność Galahada pozwalającą na chwilowe spowolnienie czasu i półautomatyczne celowanie.

W grze natraficie też na trzy momenty walki z lykanami. Za każdym razem walka przebiega tak samo, wystarczy wykonać parę uników i zestrzelić wilkołaka, a następnie podbiec by go dobić. Nuda. Paradoksalnie ciekawiej wypadły tu sekwencje QTE, w których mierzymy się z większym potworem. Przynajmniej jest na czym zawiesić oko.

Lokacje są małe i wąskie, nie rozgałęziają się i nie pozwalają na zastosowanie innego schematu niż ten wybrany przez twórców. Pod tym względem akurat daleko The Order do The Last of Us. Sekwencje skradankowe najbardziej napsuły mi krwi. Wyobraźcie sobie, że poruszacie się nocą, po rozległym ogrodzie z szeregiem uliczek i krzaków. Teoretycznie skoro postać jest schowana za osłoną, przechadzający się obok strażnik nie powinien go zauważyć. Z niezrozumiałych jednak przyczyn dostajemy kulkę w łeb. I tak w kółko, aż do znudzenia.

Dość sporo jest także momentów, gdzie swobodnie przemierzamy lokacje. Niestety z uwagi na brak interakcji (trudno interakcją bowiem nazwać oglądanie zdjęć i gazet) w zasadzie są to takie zapchajdziury. Bieganie między wąskimi korytarzami, otwieranie drzwi, czasem przymusowe chodzenie wolnym tempem – to wszystko sztucznie przedłuża czas gry i jest nieco zbędne. Widać, że twórcy próbowali kombinować z mini gierkami w rodzaju otwierania drzwi wytrychem czy specjalnym mechanizmem, ale brakowało mi chociażby większej motywacji do szukania znajdziek. Nie wykorzystano potencjału głupich gazet, które mogłyby przecież opowiadać jakieś historie (uniwersum aż się o to prosiło!) -a, tak nie różniły się niczym od ilustracji.

Jeśli chodzi o scenki QTE jest ich tu tyle co w Uncharted – pojawiają się sporadycznie dodając trochę napięcia. Rozmów z postaciami na życzenie brak, podobnie jak jakichkolwiek wyborów. Nie ma żadnych opcji rozwoju postaci, map czy zaawansowanego ekwipunku. Zawsze wiemy co mamy robić, a zgubić się w lokacji jest niemożliwością.

Na koniec z bólem serca muszę jeszcze ponarzekać na polski dubbing. Za wyjątkiem pana Banaszyka, który zawsze świetnie się sprawdza w każdej roli, reszta aktorów została dobrana chyba metodą losową. Zwłaszcza panie brzmią drętwo, jakby odczytywały kwestie z kartki jednym ciągiem. Nawet oprawa dźwiękowa nie zamazuje tego złego wrażenia.

Szczerze brakowało mi także dodatkowego trybu gry. Na przykład hordy czy wyzwań snajperskich, albo klasycznego multiplayera, który zawsze jakoś rekompensuje krótką kampanię single player. Tym bardziej, że The Order: 1886 obraca się wokół tematyki braterstwa i wzajemnej współpracy. Długość samej rozgrywki oscyluje w okolicach 7 godzin. Jasne, cieszyłabym się, gdyby trwało to dłużej, tym bardziej, że jak wspominała wcześniej zakończenie powoduje niedosyt, ale z drugiej strony takie mamy czasy, że kampanie w grach akcji są przeznaczone na dwa, trzy wieczory, a nie tygodnie.

Zdecydowanie The Order: 1886 jest grą godną polecenia, przede wszystkim z uwagi na niesamowitą oprawę graficzną i przyjemny gameplay. Niestety nie jest to arcydzieło. Wad jest zbyt dużo, bym z biczem w ręce kazała każdemu posiadaczowi PS4 biec po własną kopię do sklepu. Myślę, że Ready at Dawn wyciągnie jednak odpowiednie wnioski i następna część gry, o której pewnie dowiemy się wkrótce, będzie już takim next genem na jaki wszyscy czekają.

Ocena: 70/100

Plusy:

+ Niesamowita oprawa wizualna

+ Wyważona rozgrywka (żaden element nie dominuje nad resztą)

+ Przyjemne strzelanie i szeroki arsenał broni

Minusy:

– Mało angażująca historia i szablonowi bohaterowie

– Zakończenie

– Polski dubbing

– Małe zróżnicowanie wrogów

– Sekwencje skradankowe

Tytuł:

The Order: 1886

Producent:

Ready at Dawn

Wydawca:

Sony Computer Entertainment

Platforma:

PS4

Data premiery:

20.02.2015

Cena

: około 260 zł

Język:

polski (dubbing + napisy)

PEGI:

18

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.