Trudno mi uwierzyć w „spontaniczną zmianę polityki na Apple Music”

W miniony weekend byliśmy świadkami bardzo ciekawego medialnie zdarzenia na rynku muzycznym. Piosenkarka Taylor Swift skrytykowała warunki umowy z Apple Music, a usługa, by jeszcze lepiej dostosować się do artystów, spełniła jej żądania. Historia jak z bajki. Aż za bardzo.

Apple Music to bardzo spóźniony gracz na rynku muzyki na żądanie. Gigant z Cupertino był niezłomny w przekonaniu, że to sprzedawanie, a nie wynajmowanie muzyki, jest bardziej sprawiedliwym i korzystnym dla wszystkich modelem biznesowym. Wyniki finansowe iTunes w pełni uzasadniały ten tok rozumowania. W pewnym momencie jednak muzyka strumieniowana stała się zbyt powszechna, by móc ją całkowicie ignorować.

Swoje usługi do strumieniowania muzyki mają „wszyscy”. Są to zarówno firmy, które przetarły ten szlak, takie jak Spotify, Deezer czy Tidal (eks-WiMP), jak i informatyczni giganci, którzy rozumieją zapotrzebowanie na tę formę konsumpcji mediów (Microsoft i Google). Apple zdecydował się więc kupić usługę Beats i wcielić ją w iTunes, nazywając całość Apple Music.

Problem w tym, że Apple Music ma bardzo trudne zadanie by podbić serca nawet wyznawców Wielkiego Jabłka. Ciężko bowiem wymyślić coś, co będzie jeszcze lepsze od istniejących rozwiązań. Spotify i reszta i tak operują na minimalnej marży, często odnotowując straty zamiast zysków, a to oznacza, że ciężko Apple’owi będzie zaoferować dużo tańszą usługę (choć plan rodzinny Apple Music jest bardzo atrakcyjny cenowo). Wysoka jakość muzyki? Konkurencja już to ma. Prestiżowe umowy na wyłączność? Konkurencja je już ma.

Apple Music odniesie sukces. Pytanie: jaki?

Apple ma w swoim zanadrzu dwa asy w rękawie. Po pierwsze, Apple Music będzie eksponowane na każdym z milionów urządzeń z iOS i OS X. Osoby, które do tej pory nie korzystały z muzyki strumieniowanej, mogą zostać łatwo złowione. Po drugie zaś…to Apple. To firma uwielbiana przez rzesze, niejednokrotnie wręcz będąca obiektem kultu. Słuchanie Apple Music będzie fajne i modne.

Tyle że jest tu jeden problem. Ludzie korzystają ze streamingu od wielu, wielu miesięcy. Każdy ma tam już poustawianą kolekcję muzyczną, dziesiątki własnych list odtwarzania, często też dostępnych na wyłączność artystów, których w Apple Music nie uświadczymy. Nie istnieje żadna metoda przenoszenia tych osobistych ustawień z jednej chmury muzycznej na drugą.

Porzucając Spotify na rzecz Deezera, Xbox Music na rzecz Apple Music czy Tidala na rzecz czegokolwiek innego, musimy spędzić co najmniej kilka godzin na poustawianie wszystkiego, potworzenie swoich list na nowo i pobranie do pamięci urządzeń. Na samą myśl o tym się wzdrygamy. A przecież nadal jesteśmy fajni i modni słuchając Spotify, bo przecież robimy to za pomocą naszych cudownych Maków, iPhone’ów, iPadów i Watchów. Jesteśmy z Apple. Nie musimy się przesiadać na Apple Music ze Spotify lub czegokolwiek innego, by fajnymi pozostać. Co więc może zaoferować Apple, byśmy odczuli realną korzyść z przesiadki? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w złośliwych, ironicznych docinkach w powyższym akapicie. A brzmi ona:

Apple jest mistrzem w sprzedawaniu stylu i emocji

Ale jak wzbudzić te emocje? Nadarzyła się właśnie ku temu okazja. Na tyle idealna, że aż podejrzewam, że całe wydarzenie to pięknie zaaranżowana akcja marketingowa. O czym mowa? Otóż Apple Music, na zachętę, oferuje pierwsze trzy miesiące usługi za darmo. Możemy więc bez zobowiązań ją wypróbować i przekonać się, czy jest warta przesiadki. Sęk w tym, że Apple będzie się rozliczać z wykonawcami i wytwórniami muzycznymi wyłącznie za odtworzenia ich utworów od płacących użytkowników. Za żadne odsłuchanie ich muzyki z poziomu wersji próbnej Apple Music nie zobaczą ani centa.

To nie spodobało się Taylor Swift, szturmującej listę przebojów piosenkarce. Stwierdziła, że nie będzie pracować za darmo i nie wprowadzi do usługi swojej płyty „1989”. Jak dodała, nie chodzi tu o jej własne zarobki, bo jak podkreśliła oczywiste, jest ona na tyle zamożną osobą, że różnicy w poziomie życia poprzez niekorzystną dla niej umowę z Applem nie odczuje. Jej protest ma służyć interesowi młodych, niezależnych artystów, dla których ta umowa może znacząco wpłynąć na ich kariery i możliwości finansowe.

Apple odpowiedział na jej manifest w pięknym stylu. Firma stwierdziła, że argumenty pani Swift są zasadne i że owe pierwsze trzy miesiące pokryje z własnej kieszeni, a więc użytkownicy dalej nie będą przez kwartał nic płacić, a Apple będzie w ich imieniu rozliczał się z wytwórniami i artystami. Wspaniałe zwycięstwo dla nas i dla artystów. Apple, całkiem słusznie zresztą, jest chwalony i stawiany za wzór. Na dodatek odniósł tu dodatkowe zwycięstwo. Z uwagi na to, kim właściwie jest Taylor Swift.

To młoda, urodziwa piosenkarka, która już zdążyła wydać wiele płyt, a jej single są na topie list przebojów. Co miłe, udało jej się osiągnąć sukces bez otoczki skandali. Nie chodzi na gale ubrana jak gwiazda porno, tabloidy nie piszą o jej życiu prywatnym, bo ta się nim nie dzieli. Oferuje typowo „radiowy” pop, przebojowy, melodyjny i raczej bez większych ambicji, ale też nigdy nie udaje niczegokolwiek innego. To osoba, która idealnie wpasowuje się w wizerunek Apple’a. Lubiana przez znaczną część konsumentów, nie budząca negatywnych skojarzeń.

Taylor Swift to również osoba, która niedawno dała mocnego prztyczka w nos największemu konkurentowi Apple Music, a więc usłudze Spotify. Piosenkarka wycofała swoje płyty z niej, gdyż, jak stwierdziła, ta wypłacała jej zbyt mało pieniędzy, a co za tym idzie, również i innym artystom. Krytyka Spotify przez panią Swift była nagłośniona medialnie. Niestety dużo bardziej niż ujawnienie jej kontraktu z wytwórnią muzyczną, z której wynikało, że owa wytwórnia, zgodnie z zapisem umowy, przywłaszczała sobie większość przychodów ze Spotify (usługa wypłacała wytwórni opiekującej się Taylor Swift 70 proc. swoich przychodów z tytułu słuchania jej utworów).

Podsumujmy więc

Apple, spóźniony na rynku muzyki na żądanie, prezentuje swoją własną usługę Music. Jej atutami są ekspozycja na iOS i OS X, znana i lubiana marka oraz nieco atrakcyjniejsze ceny od części konkurencji. Jej problemami są użytkownicy innych usług, bardzo do tych usług przywiązani, a owe usługi wspaniale integrują się z urządzeniami Apple’a.

Wtem pojawia się piękna, młoda, sympatyczna, skromna, popularna i lubiana Taylor Swift, dziewczyna idealnie wpasowująca się w wizerunek Apple’a. Ta decyduje się skrytykować Music, w podobnym tonie, co wcześniej Spotify. Spotify ograniczył się do kontrargumentów, Apple Music przeszedł do działania i błyskawicznie zmienił zasady gry, odpowiadając na wątpliwości pani Swift.

Nie ma żadnych dowodów na to, że całość została zaaranżowana. Trudno mi jednak uwierzyć w tak wielki zbieg okoliczności, w tak wiele przypadkowych a korzystnych okazji do połączenia w jedno, piękne, PR-owe uderzenie. Jeżeli się mylę, Apple ma niesamowite szczęście. Jeżeli mam rację, to Apple bez wątpienia się nie skończył i dalej w sposób zaiste błyskotliwy sprzedaje emocje. Ale nawet w tym drugim przypadku nie powinniśmy go krytykować.

Jeżeli faktycznie cała sprawa z Taylor Swift to zwykła „ustawka”, to… co z tego? Przecież dzięki temu mamy jeszcze fajniejszą usługę, na której jeszcze więcej osób skorzysta. To zdecydowanie lepsza forma reklamy niż natłuczenie kolejnych telewizyjnych spotów reklamowych. Apple znalazł metodę na wepchnięcie się łokciami do weteranów branży. I powinien za to podziękować przede wszystkim Taylor Swift. Niezależnie od tego, czy był to zaaranżowany spektakl, czy też idealny zbieg okoliczności, w który nie chce mi się wierzyć.

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.