Everybody’s Gone to the Rapture – mała, piękna apokalipsa (recenzja gry)

Jak wyobrażacie sobie koniec świata? Zagłada atomowa? Choroba, która dziesiątkuje ludzkość? Inwazja Obcych? Gracze widzieli już różne rodzaje apokalipsy, ale ten zaprezentowany w produkcji studia The Chinese Room, będzie jednym z niewielu, które - być może - odcisną piętno na Waszej duszy.
W dzisiejszych czasach tworzenie gier pozbawionych akcji, skupionych wyłącznie na niespiesznej narracji i to w dodatku z otwartym światem to olbrzymie ryzyko. Jak osiągnąć sukces komercyjny, gdy znaczna część graczy potrafi rozbudzić się tylko na dźwięk słów „60 kl/s w 1080 p”? Chyba po prostu trzeba robić swoje i wierzyć, że znajdzie się nisza, która pokocha nasz produkt. Tak było w przypadku „Podróży”, „Gone Home” czy „Zaginięcie Ethana Cartera”. I głęboko wierzę, że będzie też tak w przypadku „Everybody’s Gone to the Rapture”, które debiutuje dziś na konsoli PS4.
Zachodnia Anglia, niewielka mieścina w hrabstwie Shropshire, lata 80 ubiegłego wieku. Malowane na biało płoty, zadbane, zachwycające ogródki, kamienisty kościółek, dużo zieleni, w tle migocące pola pszenicy. Sielanka? Prawie.
Wchodząc w skórę nieznajomej postaci stajemy się niemym obserwatorem końca świata, a w zasadzie tego, co z niego pozostało – tej urokliwej, małomiasteczkowej otoczki. Żadnych śladów zrzuconej bomby atomowej, żadnych postapokaliptycznych krajobrazów. W Yaughton wszystko wygląda normalnie – poza brakiem żywej duszy. Samochody pozostawione na drodze z włączonymi światłami, otwarte domy, przewrócone walizki na progu, niedopałki papierosów w barze, zabawki pozostawione przez dzieci. Spacerując po tym opuszczonym świecie ma się wrażenie, że jeszcze przed chwilą tliło się tu życie. Ale co się stało z tymi wszystkimi ludźmi? Czy tytułowe wniebowstąpienie jest właściwą odpowiedzią? Dlaczego nigdzie nie ma żadnych ciał? Przed czym w pośpiechu uciekali mieszkańcy?
Dość szybko okazuje się, że nie jesteśmy tu sami. Przed nami pojawia się świetlista kula, która zachowuje się tak, jak gdyby bardzo chciała nam coś pokazać. Możemy podążać za tym przewodnikiem ale równie dobrze możemy zwiedzać całą okolicę na własną rękę. W niektórych punktach ukryte są inne świetliste punkty, które odsłaniają przed nami reminiscencje życia mieszkańców osady. W trakcie rozgrywki poznamy w ten sposób historie sześciu osób, jednak nic nie będzie podane na tacy. Sama konstrukcja opowieści to bowiem rodzaj zagadki.
Bohaterów widzimy tylko jako świetliste sylwetki, nie mamy pojęcia jak wyglądają. Dzięki rewelacyjnemu dubbingowi (tak, brawa dla polskich lektorów!) szybko jednak jesteśmy w stanie poznać każdą postać po głosie i – co najważniejsze – naprawdę przejąć się ich losami. Nie chcę Wam robić żadnych spoilerów fabularnych, ale wyobraźcie sobie w jak różny sposób mogą zachowywać się ludzie w obliczu nieznanego niebezpieczeństwa. Co zrobilibyście gdyby Wasza miejscowość została objęta kwarantanną, a rząd uspokajałby, że wszystko jest w najlepszym porządku? Kto zaufałby władzom, a kto knułby teorie spiskowe? Kto nie wychodziłby z domu, a kto próbowałby ominąć blokadę i wyrwać się z miasta? Czy w obliczu grozy zapomina się o przyziemnych sprawach, czy jednak one zawsze wychodzą na pierwszy plan?
Echa przeszłości występują także w postaci telefonów czy przekazów radiowych. Im więcej tego typu rzeczy odnajdziemy, tym więcej dowiemy się o bohaterach i tym co ich spotkało. Czasami jeden telefon może zmienić nam zupełnie obraz sytuacji, a krótki dialog sprawi, że zapałamy sympatią czy antypatią do danego bohatera. I choć podczas tej podróży cały czas będziecie starali się ułożyć w głowie obraz katastrofy to u jej kresu odkryjecie, że ważniejsze od odpowiedzi na pytanie gdzie są wszyscy ludzie, jest zrozumienie tego kim byli. Naturalność ich zachowań, ich emocje, lęki czy wzburzenia sprawiają, że zaczynamy zastanawiać się jak my sami postąpilibyśmy na ich miejscu. I dla poszukiwania tej właśnie odpowiedzi warto sięgnąć po ten tytuł.
„Everybody’s Gone to the Rapture” posiada także jedną z piękniejszych opraw audio-wizualnych dostępnych na PS4. Już „Zaginięcie Ethana Cartera” pozostawiało graczy w zachwycie, a tutaj otrzymujemy jeszcze więcej przestrzeni – realistyczne, jakby żywcem wzięte z pocztówek domki jednorodzinne, stacja kolejowa, leśne strumyki, ogrody, które zachęcają do odpoczynku, kemping nad jeziorem… Mimo braku ludzi, otoczenie wciąż wydawało mi się „żywe” – tu poruszyło się pranie na wietrze, tu huśtawka na placu zabaw. Do tego zastosowano tu bogate efekty atmosferyczne – letni deszcz, zachodzące słońce czy nocne niebo, od którego nie idzie oderwać oczu. Mogłabym Was tu zarzucić screenami, bo istotnie co chwilę przystawałam w zadumie nad całą tą wirtualną scenerią, ale najlepiej po prostu zobaczyć to wszystko na własne oczy, w ruchu.

Zobaczyć i jeszcze usłyszeć. Żywy dubbing to jedna para kaloszy, ale muzyka jest kolejnym atutem gry. Instrumentalne, melancholijne dźwięki przygrywające podczas wędrówki, wchodzący miejscami chór dodający całości mistycyzmu, szepczące i niepokojące dźwięki od świetlistych kul – dla mnie mistrzostwo.
Jeśli chodzi o czystą mechanikę mamy tu do czynienia z pierwszoosobową grą eksploracyjną pozbawioną jakichkolwiek łamigłówek czy zadań ścisłych. Interakcja ogranicza się do otwierania drzwi i odbierania telefonów, a także „aktywacji” świetlistych punktów. Niektóre scenki ze wspomnieniami odpalają się automatycznie, a niektóre musimy najpierw „dostroić” tzn. pobawić się trochę żyroskopem w padzie. Żadnego czytania notatek, czy kolekcjonowania przedmiotów. Do tego twórcy zastosowali tu baaardzo wolny chód postaci, który osobiście przeszkadzał mi w rozgrywce. Perspektywa kilkunastominutowego powrotu z miejsca, które wydawało mi się z daleka atrakcyjne odrzucała mnie od podjęcia wędrówki. Naprawdę trudno mi zrozumieć brak możliwości biegu czy też szybszego chodu. Z tego powodu grę skończyłam w niecałe 4 godziny, choć cierpliwi, którzy zaglądają w każdy kąt będą tu mogli spędzić nawet sześć czy siedem godzin.
Podsumowując mamy tu do czynienia z grą wymykającą się współczesnym standardom. Tytułem kierowanym do wąskiego grona graczy szukających nietuzinkowych opowieści; ocierającym się o sztukę, która wzrusza, wywołuje melancholię i pobudza do myślenia na temat ludzkości i sensu naszego istnienia.To ten rodzaj gry, który – choć w teorii jest jednorazowym doświadczeniem – w praktyce może być odgrywany wielokrotnie i za każdym razem przyniesie nam coś nowego.

Ocena: 90/100

Plusy:

+ Zachwycające krajobrazy
+ Wiarygodne, naturalne postacie
+ Mistrzowski, polski dubbing
+ Klimat tajemnicy i niepokoju

Minusy:

– Brak opcji szybkiego chodzenia
– Brak możliwości ponownego odsłuchiwania dialogów
Tytuł: Everybody’s Gone to the Rapture
Producent: The Chinese Room
Wydawca: Sony Computer Entertainment
Platforma: PS4
Data premiery: 11 sierpień 2015 r.
Cena: 84 zł (67, 20 zł dla subskrybentów PlayStation Plus)
Język: angielski lub polski dubbing + napisy
PEGI: 16

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.