The Division – recenzja gry

Na ten tytuł czekałam od pierwszej wzmianki. Oszałamiający dobrą grafiką i klimatem postapokalipsy trailer pozwalał mi przypuszczać, że MMO od Ubisoftu będzie wybitną grą lub -w najgorszym wypadku - porządną. Czy rzeczywiście tak się stało?

Zacznijmy od przyjemności. The Division jest piękne, mimo, że od gameplayu opublikowanego w 2013 roku przeszło lekki, graficzny downgrade. Od samego początku zniszczony wirusem grypy Nowy Jork poraża pustką, zimnem i chaosem. Otoczenie bardzo działa na wyobraźnię – pomijając już wszystkie wiernie odzwierciedlone lokacje Nowego Jorku, oczy cieszy najbardziej masa szczegółów w postaci porozwieszanych na drzewach lampek choinkowych, opustoszałych samochodów, splądrowanych budynków, kaszlących na ulicach bezdomnych, bezpańskich psów, przewróconych kontenerów czy zwyczajnych śmieci przypominających o katastrofie, w wyniku której ludzkość musiała nagle porzucić codzienne życie.

Zobaczenie wschodu słońca iskrzącego między wieżowcami na Manhattanie czy śnieżnej zamieci zasłaniającej widok podczas nocnej potyczki to momenty, w których docenia się pracę grafików. Choć większą część gry spędzamy na zewnątrz, to misje fabularne rozgrywamy najczęściej w budynkach użyteczności publicznej – a to przyjdzie nam odbijać z rąk bandytów szpital, w którym przechowywane są cenne próbki do badań, a to fabrykę napalmu czy galerię handlową. Wszystkie te miejsca także wewnątrz prezentują się wyśmienicie i uwiarygadniają całą grę. Innymi słowy – jak w niewielu grach MMO – sama eksploracja dostarcza już mocnych wrażeń.

W 2013 roku szef studia Ubisoft Massive powiedział, że rozgrywka po sieci jest martwa i że postawił sobie za cel odbudowania poczucia wspólnoty w grach MMO. Do teraz nie wiem czy mu się to udało. W The Division da się grać w pojedynkę, nikt nie zmusza do przechodzenia gry w drużynach. Jest to jednak znacznie uboższe i trudniejsze doświadczenie. O wiele ciekawiej przechodzi się misje ze zgraną załogą, w której na bieżąco można omawiać taktykę. Tu jednak występuje pewien problem- jeśli Wasi znajomi podlevelują szybciej niż Wy, za chwilę gra z nimi stanie się bezsensowna. Przeciwnicy skalowani są bowiem do poziomu najwyższego gracza z drużyny. W praktyce więcej czasu spędziłam w grze z przypadkowymi osobami z sieci o podobnym do mojego poziomie doświadczenia, niż z nadgorliwymi przyjaciółmi. The Division jest na tyle popularną grą, że bez problemu znajdziecie chętnych do gry.

Muszę to napisać – strzelanie będące główną osią mechaniki gry jest bardzo dobre. Broni jest mnóstwo i każdą z nich „w ręku” trzyma się inaczej. Standardowo mamy do czynienia z bieganiem od osłony do osłony, zachodzeniem przeciwników i używaniem granatów tudzież umiejętności specjalnych (np. ustawianiem wieżyczek strzelniczych). Przeciwnicy są odpowiednio inteligentni i strzelanie do nich czy to samotnie, czy w drużynie daje dużo przyjemności.

Drugą stroną medalu jest jednak pewna powtarzalność, która daje się odczuć po kilkunastu godzinach gry. Bez względu na to czy jesteś na poziomie 5, 15 czy 25 potyczki wyglądają praktycznie jednakowo. Owszem, cała mapa usiana jest różnego rodzaju aktywnościami – odbijaniem zakładników, przywracaniem łączności, poszukiwaniem agentów itp – ale słabo zróżnicowani i wciąż Ci sami wrogowie mogą w końcu się znudzić. Osoby, które zawsze szukają najbardziej odpicowanych broni czy też miłośnicy craftingu będą mieli zdecydowanie większą motywację do gry, niż osoby takie jak ja – szukające po prostu ciekawych wrażeń.

Z tym miałam właśnie największy problem – po pewnym czasie zupełnie nie chciało mi się wchodzić do gry. Gdy już ją włączyłam – było OK, potrafiłam wsiąknąć i pyknąć parę misji. Ale do dalszej rozgrywki nie motywowała mnie ani fabuła, która moim zdaniem jest jednym z najsłabszych aspektów tego tytułu, ani olbrzymie drzewko różnych umiejętności aktywnych i pasywnych (tu najbardziej przydają się głównie te zdolności z pierwszych poziomów), ani nawet – w teorii – ciekawy system rozbudowy własnej bazy. Ten ostatni początkowo jeszcze wciągał – rozbudowa wybranych elementów skrzydła medycznego, technicznego i bezpieczeństwa – wpływała nie tylko na wygląd miejscówki, ale też dodawała specjalne perki naszej postaci. Tylko im dalej w las, tym mniej odczuwało się jakiekolwiek zmiany.

Ubisoft bardzo starał się zachować pozory, że robimy coś więcej niż tylko ganiamy z giwerą po mieście bezprawia. Podczas misji wciąż słyszałam radiowe komunikaty, co jakiś czas można było natknąć się na tzw. ECHA, czyli zapiski dźwiękowe prezentujące krótkie scenki z dnia katastrofy. Tylko, że ja tego nie kupiłam. Od samego początku byłam zła na miałki kreator postaci, a później na mało wyrazistych NPC-ów, których los zupełnie mnie nie obchodził. Oczywiście nie liczyłam na fabułę rodem z The Last of Us, ale miałam nadzieję, że Ubisoft bardziej zaangażuje mnie w samą grę, że dostarczy ważnych emocji czy tematów do rozważań.

Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast tryb Strefy Mroku, będący połączeniem trybu PvE i PvP. W tej najbardziej skażonej strefie miasta gramy nie tylko przeciwko silnym grupom NPC-ów, ale też przeciwko innym graczom. Adrenalinę podnosi fakt, że zdobytych na polu walki przedmiotach nie możemy od razu używać – najpierw należy przywołać śmigłowiec, który zabierze je do strefy odkażania. Ewakuacja cennego znaleziska kieruje na nas uwagę innych graczy, którzy jeśli będą sprytniejsi i silniejsi od nas, będą mogli nieźle się obłowić. Tu nawet potencjalny sojusznik może w ostatniej chwili okazać się wrogiem. Ta nieprzewidywalność to właśnie jedna z większych zalet Strefy Mroku.

Oprócz możliwości zdobywania najpotężniejszego sprzętu Strefa Mroku może być też alternatywą dla graczy, którzy znudzili się już główną kampanią w grze. Zdobywamy tu bowiem niezależne doświadczenie, które zmniejsza się w momencie śmierci. To akurat fajna motywacja do dalszej zabawy. Co ciekawe The Division pozbawione jest tradycyjnych trybów multiplayerowych – nie znajdziemy tu typowych deathmatchy czy drużynowego przejmowania baz. Być może dlatego, że gra ma podkreślać aspekt kooperacji, a nie rywalizacji.

Oczywiście The Division jest dopiero w początkach swojego istnienia. Jak na popularne i wysokobudżetowe MMO przystało producent zamierza je mocno rozwijać. Niedawno dodano do gry tzw. najazdy, czyli misje dla wysoko rozwiniętych graczy, które wymagają dużych umiejętności i dobrego sprzętu. Nie wątpię, że ten tytuł będzie się jeszcze długo utrzymywał na fali, podobnie jak Destiny.

Tylko trzeba sobie powiedzieć wprost – to nie jest na tyle wybitna gra, byśmy wspominali o niej za rok czy dwa. Pamiętam moment z pierwszych trailerów, gdy producent pokazywał świetny aspekt kooperacji z osobami grającymi na urządzeniach mobilnych – na wezwanie drużyny mogliśmy „puścić” z tabletu drona i pomóc ostrzelać przeciwników nie logując się na konsolę czy komputer. Właśnie tak wyobrażałam sobie The Division – jako coś przełomowego w aspekcie sieciowej współpracy, coś pozwalającego myśleć o drużynie nawet poza grą. Niestety producent zupełnie zrezygnował z tego rozwiązania. Szkoda. Bo tak, mamy do czynienia tylko z dobrą strzelanką, do której zasiada się z większą (początkowo) lub mniejszą (pod koniec) przyjemnością, ale bez wypieków na twarzy i efektu „wow”.

Ocena: 75/100

Plusy:

+ Oprawa graficzna

+ Przyjemny system strzelania

+ Bogaty crafting i rozwój postaci

+ Strefa Mroku

Minusy:

– Mało wciągająca fabuła

– Słabo zróżnicowani przeciwnicy

– Beznadziejny kreator postaci

– Powtarzalne misje poboczne

Tytuł:

Tom Clancy’s The Division

Producent:

Ubisoft Massive

Wydawca:

Ubisoft

Platforma:

PS4, Xbox One, PC

Data premiery:

8 marzec 2016

Cena:

około 159 zł (PC), około 220 zł (PS4, Xbox One)

Język:

angielski (dubbing), polski (napisy)

PEGI:

18

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.