Dzień Niepodległości: Odrodzenie – recenzja

Aha, jeszcze mały disclaimer: jeśli chcę już napisać o czymś, co mi się nie podobało, to się nad tym nie rozwodzę. No bo po co?

Po tak pięknym wstępie przejdźmy od razu do tego, że Dzień Niepodległości: Odrodzenie jest filmem strasznie głupim fabularnie. Idąc nań do kina musicie z góry pogodzić się z tym, że jakiekolwiek myślenie o obowiązujących w filmie prawach fizyki, zachowaniach postaci, czy o sensie samej fabuły może skończyć się frustracją, bólem głowy, albo utratą wiary w ludzkość.

Ten stan rzeczy boli mnie niezmiernie, ponieważ po pierwszej inwazji obcych, ludzkość w tamtym uniwersum powstała z popiołów i zmieniła się w bardzo ciekawy sposób, co Odrodzenie pokazuje w kilku ujęciach. W tak fajnym świecie można zrobić kilka, o wiele lepszych filmów niż ten, na którym byłem w kinie.

A tak, mamy powtórkę z inwazji obcych, która tak właściwie nie jest do końca inwazją. Na szczęście na ratunek przylatują nam inni obcy, ale i tak wszystko na samym końcu sprowadza się do akcji z amerykańskim szkolnym autobusem na pustyni. Jest też afrykański watażka z maczetami, który od dziecka polował na obcych, który zaprzyjaźnia się z nic nie wnoszącą do filmu postacią nudnego rządowego urzędnika.

Gra aktorska również pozostawia wiele do życzenia. Jest na przykład taka scena, w której jeden z bohaterów nie przybywa na czas na ratunek swojej matce, która ginie na jego oczach. Zorientowanie się, że to jest jego matka zajęło mi o wiele więcej czasu, niż chciałbym przyznać.

Film broni się jedynie w swojej części wizualnej i koncepcyjnej (obie zresztą są od siebie w dużym stopniu zależne). Projekty tych wszystkich zabawek, pokazywanych masowo w filmie są absolutnie genialne i chciałbym zobaczyć je ponownie, w jakiejś lepszej produkcji.

Podsumowując:

Dzień Niepodległości: Odrodzenie to typowy film popcornowy, ze świetnie wyglądającymi scenami akcji, którym brakuje w większości sensu. Pierwsza część była lepsza.