Kosmiczna pustka, czyli recenzja No Man’s Sky

18 kwintylionów planet - ta liczba potrafiła rozbudzić wyobraźnię, podobnie jak piękne trailery produkcji Hello Games. My, gwiezdni podróżnicy, czekaliśmy w napięciu na premierę tego tytułu dobrych parę lat. Niestety, większość już po 2 tygodniach odłożyła No Man's Sky z niesmakiem na półkę. Dlaczego tak się stało?

Cofnijmy się w czasie o kilkanaście lat. Sean Murray, późniejszy założyciel studia Hello Games, patrzy na gwiazdy w odludnym zakątku Australii i czuje się przytłoczony ogromem kosmosu. Jak wielu z nas, czyta powieści science-fiction i ma nadzieję, że kiedyś sam wyruszy w przestrzeń. W przedmowie do No Man’s Sky rozesłanej do recenzentów podkreśla, że będzie zadowolony z każdej osoby, która dzięki jego grze zaduma się nad wielkością wszechświata lub poczuje się jakby przeszła do świata z okładki ulubionej książki SF. I pomimo ryku niezadowolonych graczy po premierze, czy kontrowersji z trybem online, realizacji tego celu nie można Murray’owi odmówić. No Man’s Sky to gra zrealizowana na skalę, której nie podjął się jeszcze żaden inny producent. Największa, wirtualna przestrzeń w historii. Żaden film, żadna naukowa symulacja, a już na pewno żadna książka nie uświadomi Wam tak dobitnie rozmiarów kosmicznej przestrzeni. I za to No Man’s Sky należą się olbrzymie brawa i wieczny zapis w annałach gier wideo.

Intro gry jest proste, ale dostarcza takich emocji, jakich próżno szukać w innych grach. Jest dokładnie tak, jak prezentuje powyższy mem z pamiętną sceną z filmu „Interstellar”. Przelatujemy przez galaktyki niezbadanych planet i obiecujemy sobie odwiedzić każdą po kolei (choć oczywiście wiemy, że nie starczy nam na to życia), drżymy z podniecenia na myśl o tym, która zostanie naszą planetą startową, widzimy w wyobraźni te wszystkie niesamowite zwierzęta, które napotkamy po drodze.

Pierwsze godziny z grą to zachwyt absolutny – trzaskanie zrzutami ekranu na lewo i prawo, dzielenie się ze znajomymi swoimi odkryciami i bieganie po planecie w poszukiwaniu materiałów, którymi jak najszybciej odbuduje się rozbity statek. Chyba nikt nie zaprzeczy, że debiutancki wyskok poza atmosferę startowej planety każdemu rozdziawił gębę. Te kolory, ten niekończący się kosmos, te niesamowicie wielkie odległości między ciałami niebieskimi…

Pamiętam, że jeszcze wtedy zupełnie nie przeszkadzał mi fakt, że gra nie posiada praktycznie żadnej fabuły, że od samego początku daje graczowi wolność, że -owszem – gdzieś tam majaczy cel dotarcia do centrum galaktyki – ale śmiało możemy go ignorować i robić co nam się żywnie podoba. Nie wisi nad nami widmo wykonywania zadań, nie mamy żadnej przypisanej klasy. Możemy być gwiezdnym piratem atakującym statki, możemy szukać starożytnych ruin obcych i uczyć się ich języka, możemy zdobywać minerały czy po prostu zarabiać na odkrywaniu niezbadanych gatunków roślin i zwierząt, albo robić to wszystko po trochu. Tylko problem w tym, że w dłuższej perspektywie (a w końcu na taką się nastawiliśmy) to wszystko okazuje się niewystarczające dla 90% graczy.

Przede wszystkim twórcom nie udało się uniknąć problemu pustego świata, z którym zawsze zmagają się sandboxy. Pod względem wizualnym proceduralnie generowane planety prezentują się okazale – oczywiście mają wiele cech wspólnych, ale różnica w formie fauny, flory, ogólnej kolorystyki i warunków atmosferycznych wystarcza, by się nimi zachwycić. Widziałam pustynie, na których rosły fioletowe skały przypominające niewielkie słupki, leśne obszary, w których łańcuchy górskie przypominały skalne mosty, grzyby wysokie jak drzewa, zwierzęta przypominające chodzące ukwiały, połacie zaśnieżonych pól i kilometry kolorowych jaskiń, raz goniły mnie syczące, przerośnięte skorupiaki, innym razem w spokoju mogłam przyglądać się przeżuwającym trawę kolosom przypominającym dinozaury.

Niestety poza tym, na każdej planecie widziałam także identyczne posterunki, ośrodki badawcze, patrolujących okolicę strażników i monolity obcych. Nie zmieniały się także warunki ciążenia. Brak konkretnych zadań przestał być zaletą, początkowa relaksacja z czystej eksploracji przerodziła się w nudę także dlatego, że położono kilka osobnych aspektów mechaniki.

Po pierwsze niedopracowano elementów survivalu. Wysoka radiacja wpływa na nasze zdrowie, niektóre zwierzęta mogą nas zaatakować, podobnie jak strażnicy, gdy zauważą, że kradniemy ich dobra naturalne. Upadek z dużej wysokości także jest w stanie zabrać spory pasek energii. Ale nawet jeśli okażemy się wyjątkowo niezdarni, śmierć nie będzie bolesna. Po prostu odrodzimy się w uprzednio zapisanym punkcie z pustym inwentarzem, a na radarze pojawi się miejsce naszej śmierci, po dotarciu do którego bez problemu odzyskamy swoje rzeczy. Nie ma tu żadnej atmosfery zagrożenia, a przecież o to właśnie chodzi w survivalu.

Po drugie stworzono jeden z najbardziej nudnych systemów craftingu jaki widziałam. Materiałów jest ogrom- żelazo, węgiel i platyna wręcz pałętają się pod nogami i wystarczy się po nie schylić. Nawet jeśli zabraknie nam jakiegoś unikatu do stworzenia technologii, brakujący element można kupić w sklepie. Sęk w tym, że oprócz ogniw warpowych, dzięki którym przeskakujemy do innej galaktyki, nie widziałam najmniejszego sensu w wytwarzaniu innych rzeczy. Zdobywałam po drodze technologie pozornie rozwijające kombinezon (np. większa pojemność plecaka odrzutowego), pistolet (szybsze przeładowanie) czy statek (np. szybkostrzelność), ale większość była zupełnie nie istotna dla dalszej rozgrywki. I co gorsza każda taka „pierdoła” zajmowała miejsce w ekwipunku. Ostatecznie z tego samego powodu nie widziałam sensu kupowania większego statku za bajońskie kwoty kredytów. Pieniędzy miałam w bród, ale nie miałam ich na to przeznaczać. Przyjemność zbierania materiałów zatem szybko zanikła.

Po trzecie- nie rozwinięto fajnego pomysłu, który chyba najbardziej skłoniłby mnie do dalszej rozgrywki. Chodzi tu dokładnie o umiejętność nauki języka obcych form życia. Na każdej planecie, jak wspominałam wyżej, spotkamy starożytne ruiny i monolity kojarzące się z czarnym blokiem z „Odysei Kosmicznej”. Po interakcji z nimi uczymy się jednego lub kilku słów danej rasy. Dzięki bogatszemu słownikowi lepiej zrozumiemy intencje obcych spotykanych na posterunkach czy stacjach kosmicznych. Na screenie wyżej widzicie jak wyglądają takie dialogi. Pod avatarem obcego widzimy krótkie zdanie, w którym przetłumaczone są jedynie te słowa, które wcześniej udało nam się odkryć. W tym konkretnym przykładzie, dzięki temu, że odkryłam słowa: forma, życie i inteligencja mogę wywnioskować, że obcy prosi mnie o wskazanie moim zdaniem najbardziej inteligentnej formy życia. Do dyspozycji mam trzy odpowiedzi; dzięki translacji nie mam problemu ze wskazaniem prawidłowej. Każdy poprawny wybór daje nam niewielkie profity – zniżki w sklepie, jakiś gratisowy minerał etc. Sęk w tym, że są to drobiazgi mało satysfakcjonujące, że mozolne zbieranie słów nie skutkuje lepszymi nagrodami, że nie dowiadujemy się o całym uniwersum więcej. Nie pomagają nawet tekstowe opisy wydarzeń, które znajdujemy w opuszczonych stacjach. Brakuje im głębi, emocji, odczuwalnych skutków.

To wszystko sprawia, że choć mamy do czynienia z niewyobrażalnie wielką przestrzenią i w teorii wolnością zabawy, to w praktyce rozgrywka jest zbyt linearna, by dawać satysfakcję. Nie wiem czy widok innych graczy snujących się w przestworzach cokolwiek by zmienił, raczej wydaje mi się to mało wątpliwe. Może odczuwalibyśmy mniej dojmującą pustkę, może latanie ramię w ramię i polowanie na inne statki miałoby więcej sensu, ale ograniczone możliwości działania szybko zabiłyby także taki tryb multiplayer. To trochę tak, jakby w GTA V: Online usunięto wszystkie tryby gry i zostawiono jedynie możliwość swobodnego poruszania się po mieście i strzelania do wszystkiego co się rusza bez jakiegokolwiek celu. Kto by w to grał? No właśnie…

Długo zwlekałam z napisaniem tej recenzji. Naiwnie liczyłam, że twórcy wprowadzą jakieś aktualizacje, że wypełnią czymś tę kosmiczną pustkę. Upgrade’y dotyczyły jednak jedynie poprawionej grafiki i stabilności. Czasem jeszcze na chwilę zaglądam do No Man’s Sky- latanie statkiem i spacery po abstrakcyjnym otoczeniu mnie jakoś relaksują, ale te wycieczki są coraz rzadsze i krótsze.

Wciąż nie umiem też odpowiednio ocenić, czy winą w niewątpliwej porażce tego tytułu są rozdmuchane oczekiwania graczy, czy jednak realizacja. Nikt nam nie obiecywał space opery, doskonale wiedzieliśmy, że główny nacisk położony będzie na eksplorację. Ambicje Hello Games zostały spełnione, wszak każdy odczuje tu ogrom wszechświata. Ładne widoczki i robiące wrażenie liczby to jednak za mało, by przykuć na dłużej. Jedni gracze tą pustkę zauważą wcześniej, inni później, ale przyznacie, że nie jest to dobra rekomendacja w przypadku gry z otwartym światem…

Ocena: 40/100

Plusy:

+ Ekscytujący początek gry

+ Największy wszechświat w historii gier

+ Przyjemne loty statkiem kosmicznym

+ Swoboda

Minusy:

– niski poziom trudności / niedopracowany survival

– nudny crafting

– schematyczność

– pustka, brak angażujących celów

– nijaka ścieżka dźwiękowa

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.