Watch Dogs 2 – recenzja

Skrzyżujcie GTA V z Mr. Robotem i osadźcie wszystko w okolicy Doliny Krzemowej. Dodajcie do tego hipsterskich hakerów, liczne nawiązania do współczesnych gigantów technologicznych i niezbyt udaną fabułę. Przed wami Watch Dogs 2 w pełnej krasie.

Chyba każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że pierwszą część Watch Dogsów zniszczył marketing. Gdyby nie on, nie ten oszałamiający i rozbudzający nadzieje graczy trailer na pamiętnych targach E3, nie te obietnice zanurzenia się w hakerskim światku, większość osób wybaczyłaby tej grze jej liczne niedoskonałości. Mimo tego, że marka została „spalona” i kojarzyła się nam głównie z czymś nieudanym, Ubisoft postanowił wydać jej kontynuację. Tym razem wsłuchano się w głosy graczy i wzięto do serca recenzje, dzięki czemu sequel jest wyraźnie lepszy. Po 43 godzinach gry muszę jednak stwierdzić, że nie jest to w dalszym ciągu gra, którą rekomendowałabym bez mrugnięcia okiem. Nowe Watch Dogsy bardzo chciałby pójść śladem GTA V, ale niemal w każdym aspekcie widać, że produkt Ubisoftu odstaje od przeboju firmy Rockstar.

Hakerzy-hipsterzy vs złe korporacje

Choć większość graczy narzekała na fabułę pierwszej części i jej głównego bohatera, ja wspominam ją dość dobrze. Może nie była super angażująca, ale miała w sobie jakiś cień wiarygodności. Aiden był ponurym gościem, ale miał ku temu swoje powody. Miał też motywacje, by walczyć z Blume – korporacją odpowiedzialną za stworzenie miejskiego systemu ctOS. Tym razem jest inaczej. Wcielamy się w skórę Marcusa, którego ambicją jest dostanie się do grupy DeadSec i zajście za skórę Blume, które oznaczyło go jako potencjalnie niebezpiecznego przestępcę. Główną osią fabularną jest działalność DeadSecu – ujawnianie oszustw i malwersacji wielkich korporacji, ośmieszanie ich przedstawicieli i uświadamianie społeczeństwu, jak mocno są z każdej strony inwigilowani.

Przez sporą część gry zajmujemy się tym, czym zajmować się powinni stereotypowi hakerzy – włamujemy się do mieszkań poważnych ludzi, wykorzystujemy ich infrastrukturę, wykradamy wrażliwe dane, uciekamy przed policją i pracujemy nad kolejnym planem, który pomoże nam zdobyć followersów. Niby to samo co w pierwszej części, ale tym razem jest mniej poważnie. Każdy dorosły człowiek, nawet nie mający z prawdziwym środowiskiem hakerskim nic wspólnego wie, że żaden szanujący się haker nie tworzy propagandowych filmików w sieci, nie robi sobie fotek na Instagramie, nie drukuje dronów w drukarce 3D i nie pracuje w wysprejowanym bunkrze pod sklepem z planszówkami dla geeków. I tutaj ta parodia jest widoczna gołym okiem, co być może dla hakerów może być uwłaczające, ale dla całej reszty społeczeństwa będzie stanowić świetną zabawę. Już sam wybór bohaterów – charyzmatycznego Marcusa i jego świty dziwaków technologicznych przemawia na korzyść sequela. Osobowości każdego członka DeadSecu zostały wyraźnie nakreślone – najciekawiej prezentuje się Śruba, ów koleś w elektronicznej masce, który wpada na najbardziej szalone pomysły będąc uzależnionym od adrenaliny. Mamy jeszcze Sitharę, haktywistkę przewodzącą niejako całej grupie, która zajmuje się PR-em i sztuką oraz Josha, który najbardziej przypomina głównego bohatera serialu Mr. Robot.

Najlepiej pod względem fabularnym wypadają wszystkie misje początkowe. Świetnie bawiłam się wykradając z planu filmowego samochód inspirowany filmowym KIT-em, infiltrując sektę porywającą swoich członków, zamalowując billboardy korporacji na wysokich budynkach czy sabotując działania konkurencyjnego ugrupowania Prime Eight. Pod koniec zaczynałam odczuwać już pewne znużenie wywołane przede wszystkim małą motywacją do kontynuowania głównego wątku. Z Marcusem nijak nie potrafiłam się utożsamić, a idealistyczne poglądy grupy, która z jednej strony tak bardzo chce chronić praw obywateli, a z drugiej bez mrugnięcia okiem potrafi wykorzystywać we własnych celach technologie, z którą walczy jakoś nie trzymały mi się kupy. Podobnie jak walka z głównym antagonistą w samurajskiej kitce. To jest jednak domena sandboxów – bardzo trudno stworzyć angażującą fabułę w otwartym świecie.

Podobały mi się natomiast liczne nawiązania do współczesnej popkultury i świata IT. Mamy korporacje Nudle, z kolorowym parkiem technologicznym i autonomicznymi samochodami, mamy HAUM kojarzące się z Nestem, tudzież inną firmą produkującą rozwiązania dla inteligentnych domów, mamy wyścigi dronów i ekartów, usługę Driver SF będącą klonem Ubera, aplikację ScoutX przypominającą Instagrama i wiele easter eggów (np. rosyjskich tancerzy).

Haker 2.0, czyli zmiany w mechanice

W pierwszej części umiejętności hakerskie Aidena były najbardziej przydatne w momencie pościgów – zmiana sygnalizacji świetlnej, aktywacja blokady na drodze, odwołanie helikoptera itp. Teraz rozgrywkę przeniesiono bardziej do wnętrz budynków i zwiększono zasób naszych możliwości. Do dyspozycji mamy skoczka wyposażonego w kamerę, który może wykorzystywać szyby wentylacyjne do infiltrowania budynków i wyłączania obwodów. Mamy również drona, który pomaga w odwracaniu uwagi wrogów i analizowaniu taktyki.

Możemy używać szeregu urządzeń elektronicznych – wózków widłowych, domowych robotów, podnośników. Warto uważnie się rozglądać, gdyż praktycznie każdy elektroniczny element – czy będzie to kratka wentylacyjna, czy skrzynka z przekaźnikami – będziemy mogli użyć jako pułapki. Oczywiście nie brakuje tu także zdalnie odpalanych granatów i porażaczy, sterowania infrastrukturą miejską (kamery, samochody, sygnalizacje, bramy) oraz manipulacji danymi osobowymi – możemy nasłać na kogoś gang, wystawić list gończy, odwrócić uwagę poprzez głuchy telefon czy maila oraz okraść jego konto bankowe.

Możliwości jest całe mnóstwo. Rzecz jasna – nie od początku. Z każdą akcją i zadaniem pobocznym zwiększamy liczbę naszych followersów, a co za tym idzie uzyskujemy dostęp do nowych umiejętności. Nie do końca są one jednak dobrze zbalansowane i potrzebne – w zupełności można olać zdolności dotyczące strzelectwa, bo otwarcie do kogoś ognia kończy się zazwyczaj szybką śmiercią. Nie ma także sensu inwestować w rozwój manipulacji infrastrukturą miejską – uciekanie policji jest dużo łatwiejsze niż w pierwszej części. Natomiast cała reszta jest ciekawa i pozwala na stosowanie w rozgrywkach różnych taktyk. Przebywanie na nielegalnym terenie, szukanie przeciwników i wymyślanie dla nich pułapek jest bardzo przyjemne i potrafi podnieść adrenalinę, a dzięki manipulacji smartfonami przeciwników możemy się poczuć jak prawdziwy haker. Plansze są także na tyle duże, że dają pole do strategicznego popisu. Tego chyba najbardziej brakowało w poprzedniej części.

Bohater także porusza się inaczej. Jest młodszy niż Aiden i nie stanowią dla niego problemu żadne salta czy wspinanie się na duże wysokości. Tak, czuć tu ducha Assassin’s Creed, ale trudno odbierać gibkość naszego bohatera jako wadę. Nowością są również żaglówki, którymi steruje się tak, jak rzeczywistymi – ustawiając żagle pod kierunek wiatru. Słabym punktem gameplayu są niestety jakiekolwiek wyścigi – ani gokarty ani drony czy wspomniane już żaglówki w żadnym stopniu nie są na tyle interesujące, by chcieć kontynuować zabawę. Brakuje im po prostu dynamiki i lepszego modelu sterowania.

Podobnie jak w pierwszej części, tu również spotkamy tryb multiplayer, który jest ściśle zintegrowany z grą. To oznacza, że możemy cieszyć się kooperacją z innym graczem na tej samej mapie, na której rozgrywana jest kampania fabularna. Niestety wspólne zadania nie są powiązane z fabułą, stanowią zbiór generowanych losowo zadań polegających na neutralizowaniu celów, kradzieży danych, niszczeniu obiektów czy uwalnianiu więźniów. Mamy także możliwość włączenia otwartego trybu multiplayer, w którym możemy stać się celem ataku obcego gracza lub samemu wykraść jego dane pozostając jak najdłużej w ukryciu. Moim zdaniem ten tryb sieciowy jest znów wprowadzany na siłę. Być może niektórym graczom się on spodoba, dla mnie to było zajęcie na chwilę, ot przerywnik od głównego wątku, który niczym mnie nie zachwycił. Znów GTA V zrobiło to lepiej…

Słoneczne San Francisco

Tak jak Chicago było smutne, brzydkie i nudnawe, tak San Francisco jest fascynujące, kolorowe i piękne. Wybór Doliny Krzemowej był oczywiście podyktowany scenariuszem, ale trzeba przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Miasto jest duże i zachęca do zwiedzania. Znajdziemy tu wiele ikonicznych budowli (most Golden Gate, Salesforce Tower, wiktoriańskie domki zwane Painted Ladies, bramę do Chińskiej Dzielnicy, centrum NASA, siedzibę Ubisoftu).

Producent zadbał nawet o przeniesienie niewielkich lokalnych restauracji czy innych popularnych miejsc. Nigdy nie byłam w San Francisco ale wiem, że miasto to jest mekką dla wszelkiej maści ulicznych artystów. I w grze również nie brakuje street artu, muzyków grających na rogach ulic czy tancerzy na placach. Całość sprawia bardzo realne wrażenie, miasto zdaje się tętnić życiem i słońcem. Ludzie żartują, rozmawiają przez telefon, spacerują z psami, rozpalają ogniska na plaży, siedzą w kawiarniach. Twórcy nie zapomnieli także o środowisku LGBT, które jest bardzo aktywne w San Francisco. Dlatego i w grze nie brakuje tęczowych murali, billboardów nawołujących do otwartości, a nawet transseksualnej radnej.

Graficznie także jest dużo lepiej. Widok na zatokę potrafi zachwycić, podobnie jak panorama miasta z mostu Golden Gate. Woda w końcu wygląda jak należy. Nie spotkałam się także z wieloma glitchami – czasem coś wolniej się doczytało albo Marcus nie mógł przeskoczyć niskiej przeszkody. Ale nie byłoby to nic, co przeszkodziłoby mocno w rozgrywce.

Zawiodła mnie natomiast ścieżka dźwiękowa. Zamiast popularnych hitów znajdziemy tu same nielicencjonowane, monotonne utwory, których nie da się słuchać, bez względu na gatunek muzyczny (no dobra, klasyka pozostaje klasyką, ale w grze o hakerach spodziewałam się bardziej współczesnych utworów).

Podsumowanie

Z jednej strony Watch Dogs 2 pozytywnie zaskakuje wieloma ulepszeniami. Mamy więcej humoru, ciekawszych bohaterów i bardziej rozbudowaną mechanikę. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia ze średnio angażującym scenariuszem, którego finał nie przynosi satysfakcji, a jedynie ulgę, że więcej nie trzeba do niego wracać. Cieszy bardzo fakt, że Ubisoft poprawił błędy pierwowzoru i zdecydował się rozwijać swoją markę. Fani wirtualnych podróży docenią też umiejscowienie akcji w przepięknym San Francisco. Gra jest dopracowana, a misje poboczne z pewnością przyniosą wiele frajdy. Zdecydowanie warto spróbować, ale bez nastawiania się na jakiekolwiek rewelacje.

Ocena: 75/100

Plusy:

+ nawiązania do świata technologii i humor

+ osobowości głównych bohaterów

+ misje poboczne

+ wiarygodny, warty odwiedzenia świat

+ rozbudowana mechanika

Minusy:

– Mało angażujący wątek główny

– Wyścigi dronów/łodzi/gokartów

– Beznadziejna ścieżka dźwiękowa

– Nie wszystkie umiejętności mają sens

Tytuł: Watch Dogs 2

Producent: Ubisoft

Wydawca: Ubisoft

Platforma: PC, PS4, Xbox One

Data premiery: 15 listopad 2016

Język: angielski + polski (napisy)

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.