ACTA 2

To nie koniec problemu ACTA 2

Fot. Piotr Sokołowski
Unijna dyrektywa została przegłosowana. Wyjaśniamy treść i znaczenie najnowszych poprawek i opisujemy, co będzie działo się z nimi dalej i jak to może w przyszłości wpłynąć na nasze codzienne korzystanie z sieci. Zaglądamy zatem do akt tzw. ACTA 2.

Co tak naprawdę przegłosowano?

Reforma prawa autorskiego w Unii Europejskiej trwa od 2016 roku. Prace nabrały tempa, kiedy w czerwcu tego roku dyrektywę przegłosowała Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego i opatrzyła poprawkami zaproponowanymi przez posła sprawozdawcę Axela Vossa z Europejskiej Partii Ludowej. „Śmierć wolnego internetu” oraz zwycięstwo twórców i prawa autorskiego miały zwiastować słynne artykuły 3, 11 i 13, o których już w CHIP-ie pisaliśmy i do których za chwilę wrócimy.

5 lipca – w dniu głosowania PE nad tym, czy komisja JURI ma otrzymać mandat do dalszych negocjacji z Radą UE w sprawie dyrektywy – przestała działać m.in. polskojęzyczna Wikipedia. Protest szybko zakończono, bo PE większością głosów jednak nie zdecydował się na taki krok. W efekcie nowy tekst opatrzony ponad 200 poprawkami został poddany dyskusji na sesji plenarnej 12 września.

Tu przegłosowano propozycję nowych przepisów dotyczących prawa autorskiego (fot. PE)

Unijna dyrektywa ma teraz formę zatwierdzoną właśnie we wspomnianym głosowaniu, a budzące najwięcej kontrowersji artykuły zostały opatrzone drobnymi, jednak dość istotnymi poprawkami. Spójrzmy na newralgiczne dwa artykuły.

Art. 11 zwany „podatkiem od linków”

Przegłosowana dyrektywa zasadniczo utrzymuje pierwotne brzmienie artykułu, które mówi, że wydawcy publikacji prasowych mają otrzymywać stosowne i proporcjonalne wynagrodzenie za cyfrowe treści, z których korzystają dostawcy usług internetowych. Oznacza to, że duże serwisy agregujące publikacje czy strony, na których pojawiają się skróty tekstów prasowych ze zdjęciem (np. takie jakie znamy z Wykopu, Google News i Upday) będą musiały uzyskać od ich wydawców licencję na publikację (o tym mówi art. 13).

Pojawiły się tu jednakże trzy istotne zmiany. Po pierwsze, punkt 1a mówi, że: Prawa, o których mowa w ust. 1, nie uniemożliwiają prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji prasowych przez użytkowników indywidualnych. Drugi dodatek pojawia się w punkcie 2a i mówi, że coś takiego jak „podatek od linków” nie istnieje, bo: Prawa, o których mowa w ust. 1, nie obejmują samych hiperłączy, którym towarzyszą pojedyncze słowa.

Jest jeszcze trzeci nowy zapis, który tak jak poprzednie na razie tylko zacytuję. Punkt 4a mówi, że: Państwa członkowskie dopilnowują, aby autorzy otrzymywali odpowiednią część dodatkowych przychodów uzyskiwanych przez wydawców prasowych za korzystanie z danej publikacji przez dostawców usług społeczeństwa informacyjnego. Wynika z tego, że państwo ma dopilnować, by autor dostał dodatkowe wynagrodzenie, za to, że jakiś serwis publikuje coś więcej niż link do jego tekstu.

Axel Voss, poseł sprawozdawca i twarz dyrektywy przygotowanej przez komisję JURI (fot. Andy Mabbett)

Art. 13 zwany „cenzurą internetu”

Ten artykuł opisuje z kolei zasady Korzystania z treści chronionych przez dostawców usług udostępniania treści online polegających na przechowywaniu i zapewnianiu publicznego dostępu do dużej liczby utworów i innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników. Można jako przykład wymienić YouTube, Chomikuj, CDA itp. Pierwotne zapisy mówiły wprost o skutecznych technologiach rozpoznawania treści. Po poprawkach sytuacja wygląda już nieco inaczej. Po pierwsze w punkcie 1 czytamy, że: Z zastrzeżeniem art. 3 ust. 1 i 2 dyrektywy 2001/29/WE dostawcy usług udostępniania treści online dokonują czynności publicznego udostępniania. Zawierają oni zatem uczciwe i właściwe umowy licencyjne z podmiotami praw.

Dalej, w punkcie 2 mowa, że: Umowy licencyjne zawarte przez dostawców usług udostępniania treści online z podmiotami praw w odniesieniu do czynności udostępniania, o których mowa w ust. 1, obejmują odpowiedzialność za utwory zamieszczane przez użytkowników takich usług udostępniania treści online zgodnie z warunkami określonymi w umowie licencyjnej, pod warunkiem że użytkownicy ci nie działają w celach handlowych.

Jak widać, znikł zapis o skutecznych technologiach rozpoznawania treści, czyli ich filtrowaniu. Teraz, według punktu 2b, to Państwa członkowskie stanowią przepisy przewidujące, że w przypadku, gdy posiadacze praw nie chcą zawierać umów licencyjnych, dostawcy usług udostępniania treści online i posiadacze praw współpracują w dobrej wierze w celu zapewnienia, aby nieuprawnione chronione utwory lub inne przedmioty objęte ochroną nie były dostępne w ich usługach. Przy czym: Współpraca między dostawcami treści internetowych a posiadaczami praw nie prowadzi do uniemożliwienia dostępu do utworów nienaruszających praw autorskich lub innych przedmiotów objętych ochroną, w tym objętych wyjątkiem lub ograniczeniem praw autorskich.

Reklama

Czy jest to nadal filtrowanie treści? Z pewnością, bo nie da się chyba inaczej sprawdzić udostępnianych zasobów niż przez ich mechanicznie skanowanie i usunięcie tych, które naruszają zasady licencji. W przypadku gdy usługodawca nie będzie chciał zawrzeć umowy licencyjnej np. z dystrybutorem filmu, dalsze postępowanie będą określać przepisy, które przygotują już krajowi ustawodawcy. Zostało równocześnie określone, że usuwanie utworów naruszających prawa autorskie nie może ograniczać dostępu do innych utworów.

Ale na tym nie koniec, bo parlamentarzyści przegłosowali także poprawkę wprowadzającą do dyrektywy punkt 13b, który nakłada na państwa członkowskie obowiązek zadbania, by: dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, automatycznie zwielokrotniający lub umieszczający odesłania do znacznej liczby utworów wizualnych chronionych prawem autorskim oraz udostępniający je publicznie do celów indeksowania i umieszczania odesłań, zawierali uczciwe i wyważone umowy licencyjne z żądającymi tego podmiotami praw w celu zapewnienia ich uczciwego wynagrodzenia. Wynagrodzeniem takim może zarządzać organizacja zbiorowego zarządzania zainteresowanego podmiotu praw. Czyli przekładając na prostszy język, wyszukiwarki obrazów będą musiały również uzyskać licencje, a autorzy wynagrodzenie.

Od razu zaznaczę, że przegłosowana dyrektywa ma również inne artykuły, które poddawane są krytyce. Art. 2 otwiera przed państwami członkowskimi możliwość wprowadzania konieczności uzyskania licencji na wykorzystanie materiałów, które do tej pory udostępniane były na zasadzie dozwolonego użytku do celów edukacyjnych.

Koniec z selfie na stadionie? (fot. Tripadvisor)

Art. 3 nakłada obowiązek pobierania opłat za pozyskiwanie wytworów prawa autorskiego wykorzystywanych do komputerowej analizy tekstów oraz danych, które są bazą do uczenia maszynowego i rozwoju SI. Za darmo będą mogły z nich korzystać tylko instytucje naukowe, a ewentualne inne wyjątki mogą zostać ustanowione na poziomie państw członkowskich. Jest jeszcze Art. 12a, który nakazuje zapewnienie organizatorom wydarzeń sportowych prawa przewidziane w art. 2 i art. 3 ust. 2 dyrektywy 2001/29/WE oraz w art. 7 dyrektywy 2006/115/WE. Znów brzmi skomplikowanie, ale oznacza, że prawa do wydarzeń sportowych mają ich organizatorzy i tak samo jak na koncertach nie wolno nam będzie filmować, transmitować czy nawet robić sobie selfie, np. podczas meczu.

Tu znajdziecie brzmienie wszystkich nowych poprawek do dyrektywy >>


Na drugiej podstronie piszemy, co będzie teraz dalej z „ACTA 2”.