Days Gone: pierwsze wrażenia

Użytkownicy Playstation4 przyzwyczajeni są już do tego, że każdego roku Sony wydaje na swoją konsolę przynajmniej dwa wielkie tytuły, które jakością realizacji, oprawy i opowiadanej historii znacznie odbiegają od produkcji mupltiplaformowych. W ubiegłym roku fani niebieskiej konsoli otrzymali genialnego "Spider-Mana" oraz nowe przygody Kratosa. Ten rok Sony otwiera mocnym "Days Gone". Na zamkniętym pokazie przedpremierowym mieliśmy okazję sprawdzić, czym naprawdę jest ten tytuł i rozwiać wszelkie wątpliwości co do jego jakości.

„Days Gone” to nie jest typowa strzelanka z zombiakami w roli głównej. Choć to mogą sugerować screeny i materiały wideo z gry. To poważna i dojrzała opowieść o życiu i przetrwaniu w czasach pandemii (kamyczek do ogródka ruchów antyszczepionkowych), gdzie głównym zagrożeniem wcale nie są szaleńcy opanowani przez nieznany wirus szaleńcy, ale bezwzględna i egoistyczna ludzka natura.

Głównym bohaterem jest Deacon St. John, którego szczęśliwe życie bikera kończy się już na początku gry. Dotknięty osobistą tragedią Deacon jest postacią skomplikowaną i targaną wewnętrznymi rozterkami, wpływającymi na przebieg gry. Bardzo filmowe prowadzenie fabuły sprawia, że często zapominamy, że mamy do czynienia jedynie z grą, a nie z postapokaliptycznym serialem. Nasza postać nie jest ani superbohaterem, ani zbójcą, a tym bardziej wyszkolonym żołnierzem. To zwykły, młody facet, którego życie zostało wywrócone do góry nogami po katastrofie śmigłowca, którym miała ewakuować się jego żona.

Owa normalność Deacona bezpośrednio przekłada się na rozgrywkę i mechanikę gry. Pojedynczych przeciwników nie możemy lekceważyć, a bezpośredni atak na ich grupę szybko kończy się porażką. Podczas walki najlepiej korzystać z systemu osłon, oraz samodzielnie skonstruowanych gadżetów, wabików i pułapek. Każdą akcję trzeba skrupulatnie przemyśleć i zaplanować.

Jednym z najważniejszych elementów „Days Gone”, który czyni tę grę wyjątkową, jest zjawisko hordy. Stworzeniami opanowanymi wirusem nie są nieumarłe, powolne zombie znane z serii „Resident Evil”, ale szybkie, drapieżne i bardzo silne mutanty. Bardziej kojarzą się z potworami z filmów „Jestem legendą”, „28 dni później” lub „World War Z” i występują w wielu odmianach. Walka z pojedynczymi jednostkami stanowi podstawę rozgrywki, natomiast może się zdarzyć, że pojawi się ich cała grupa (nawet do 500 osobników). Najlepszym wyjściem z takiej sytuacji okazuje się ucieczka i próba wykorzystania w walce elementów otoczenia. Wygląda to naprawdę niesamowicie, nigdy wcześniej, w żadnej innej grze nie widziałem tego rozwiązania wykonanego tak dobrze. Surwiwalowy charakter gry przejawia się również w dobrze zrealizowanym systemie craftingu oraz w trybie tropienia śladów.

Po otwartej mapie gry poruszamy się na własnym motocyklu. Nie jest to nowość w tego typu grach, ale za to zrealizowana bardzo dobrze. Pojazd prowadzi się bardzo przyjemnie i od samego początku, dzięki systemowi jego naprawy i ulepszania, czujemy więź z maszyną. Motor służy nie tylko do przemieszczania się między punktami na mapie, ale także do rozwiązywania zagadek i jest bezpośrednio związany z fabułą. Deacon jest tak bardzo związany ze swoim pojazdem, jak bohater „Shadow of the Colossus” ze swoim koniem Argo.

Reklama

Mapa zaś, mimo że otwarta, wcale nie przypomina tradycyjnych, przeładowanych aktywnościami i znacznikami map znanych chociażby z serii „Farcry” lub „Assassins Creed”. Nic tutaj nie wygląda na automatycznie generowane, a każde zdarzenie jest powiązane fabularnie i nie ma wrażenia sztucznego wydłużania rozgrywki. Odległości wydają się mniejsze, ale dzięki temu skompresowaniu otoczenie, roślinność i ukształtowanie terenu, sprawiają wrażenie zaprojektowanego z dbałością o szczegóły.

To właśnie te szczegóły: modele postaci i otoczenia, faktury i tekstury, a przede wszystkim cienie i efekty świetlne składają się na niesamowity, poważny klimat tej produkcji. Z jednej strony jej odbiór jest bardzo filmowy, wręcz liniowy, a z drugiej strony zaskakuje swobodą i otwartością świata. W jednej chwili, z latarką w ręce i duszą na ramieniu przedzieramy się przez ciemne i brudne tunele, niczym z najgorszego horroru, by po chwili, z wiatrem we włosach, przemierzać na motocyklu soczyście zielone lasy i wąwozy.

Bend Studio, amerykański producent gry, znany jest tylko i wyłącznie z popularnej na konsole Playstation serii – „Syphon Filter”. Ma na koncie również jedną z gier „Uncharted”, tę na przenośną konsolkę Playstation Vita.

Wpływ „Uncharted” i ambicje studia, aby stać się kolejnym rozpoznawalnym na całym świecie producentem i stanąć tuż obok Naughty Dog i Insomniac, widać jak na dłoni. Sony postanowiło dać twórcom tę szansę i od samego początku wspiera projekt. „Days Gone” to bardzo nowoczesna gra, wykorzystująca wszystkie obecne na rynku trendy, zachowująca przy tym pożądaną w przypadku nowej marki świeżość i niesamowity, spójny klimat. I te cechy powinny określać gry tworzone na wyłączność, czyli takie, które często stają się bodźcem do zakupu konkretnej konsoli, a dla aktywnych użytkowników będą powodem do dumy, że są posiadaczami tego, a nie innego sprzętu. | CHIP

Pełną ofertę na PS4 i gry znajdziecie tutaj

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.