FELIETON: internet – bez tabu

Przebywasz w zamkniętym pokoju z kilkunastoma innymi osobami. Nie znasz żadnej z nich, ani nie wiesz, jakie mają intencje wobec ciebie. Zasadniczo nie masz żadnego powodu, żeby im ufać. Mimo to, zaczynacie poruszać intymne tematy i dzielić się ze sobą sytuacjami z życia, o których nie wiedzą nawet wasi najbliżsi. Wyobrażasz sobie taki scenariusz?

To teraz pomyśl, że na najbardziej popularnym portalu społecznościowym są grupy funkcjonujące jak niegdysiejsze fora internetowe, zanim te ostatnie zostały przejęte przez specjalistów marketingu szeptanego. W takich grupach, w gronie kilku, a niekiedy kilkudziesięciu tysięcy osób, toczą się rozmowy o związkach, zdradach i innych moralnie wątpliwych, jednak na pewno intymnych, sytuacjach. Zaangażowani w dyskusje – jak to w internecie – dzielą się swoimi rzeczywistymi, bądź zmyślonymi doświadczeniami. I to wszystko odbywa się z wykorzystaniem prawdziwych imion i nazwisk. Co może pójść nie tak?

Obyczajowy kryzys w social media

Kiedy na początku tygodnia, w ramach nieplanowanej prokrastynacji trafiłam na Wykop, nie mogłam przedrzeć się do żadnych ciekawych treści, bo wszystkie najpopularniejsze wątki dotyczyły facebookowej grupy dla kobiet “Dziewczyny – bez tabu”. Grupy, na której pojawiały się najpewniej różne wątki, jednak największe zainteresowanie wśród użytkowników Wykopu wzbudziły te dotyczące takich tematów, jak zdrady, czy liczba partnerów seksualnych. Co jakoś szczególnie nie zaskakuje (a przynajmniej nie powinno), znalazło się kilka osób, które postanowiły poinformować aktualnych partnerów członkiń grupy o ich rzekomej rozwiązłości, lub niewierności. W efekcie można było zostać świadkiem tego, że nawet niewielkie kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy.

O opisanej sytuacji można poczytać na kilku portalach informacyjnych. Wśród publikowanych tekstów znajdują się relacje, ale nie brakuje też komentarzy, w których powiadamiający o niemoralnych poczynaniach są określani incelami (akronim od involuntary celibate, ang. samotny nie z wyboru) robiącymi wszystko z zazdrości o to, że im nie było dane być nielojalnymi wobec swoich partnerek, bo takowych ani nie mają, ani nigdy nie mieli. Ci oczywiście nie pozostają dłużni i też niespecjalnie przebierają w słowach. Zgodnie z relacją jednej strony mamy dwa obozy – pierwszy korzystający z życia i drugi, który życia nie ma, więc musi je uprzykrzać innym. Według drugiej – grupę ludzi bez zasad stojącą w opozycji do grupy tych, którzy prawo moralne mają w sobie.

Nie chcę zastanawiać się nad tym, czy i która grupa ma rację, bo ta konkretna sprawa z perspektywy osoby niezaangażowanej jest nieszczególnie istotna. Ostatecznym efektem będzie usunięcie paru grup, kilka złamanych serc i trochę pożywki dla tych, którzy potrzebują argumentów na poparcie tezy, że kobiety są złe, a faceci to świnie (bo podobne akcje na grupach zrzeszających mężczyzn zostały już zapowiedziane). Trwające aktualnie wzajemne oskarżenia, zdają się nie zauważać problemu ujawniania w internecie treści, którymi w realnym świecie nie chcemy się dzielić. W końcu, gdyby było inaczej, nie byłoby żadnej afery, a grupa (dziś usunięta, lub mająca zmienione ustawienia prywatności) funkcjonowałaby na dotychczasowych zasadach.

Może niekiedy nie warto odpowiadać? (fot. Joshua Hoehne)

Złudzenie bezpieczeństwa

Świadomość konsekwencji przelewania na klawiaturę niektórych myśli nie jest chyba zbyt powszechna. Przeglądając różne komentarze można odnieść wrażenie, że posiadacze i głosiciele ksenofobicznych i szowinistycznych haseł i poglądów, nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że internet nie jest magiczną barierą chroniącą przed systemem sądownictwa. Jednak wyobraźni brakuje nie tylko wtedy, kiedy w perspektywie ma się wezwanie na policję, wypowiedzenie umowy o pracę, czy w końcu społeczny lincz. Skoro tylko dzielenie się życiem erotycznym nie jest nielegalne, to tym bardziej nie ma żadnych przeszkód, by o nim rozmawiać przy tysiącach czytelników. Przynajmniej do momentu, w którym wśród nich nie ma żadnych obrońców moralności. Tak, jakby troska o własną prywatność nie była dostatecznym powodem, dla którego warto odpuścić sobie uczestnictwo w niektórych dyskusjach. Tym bardziej, że na Facebooku trudno mówić o choćby pozornej anonimowości.

Można oczywiście stać na stanowisku, że osoby postronne nie powinny się mieszać w życie innych ludzi. I większość faktycznie się nie miesza. Jednak wypowiadając się na forum nie wiemy, jakie intencje mają ci, którzy nas czytają. Nie mamy żadnej pewności, że wśród nich nie trafimy na kogoś z poczuciem mniej lub bardziej wątpliwej misji, bądź na osoby, które rzeczywiście chcą nam zrobić pod górkę. Uczymy dzieci, że w internecie nikomu się nie ufa, by potem na własnej skórze przekonać się, że to przestroga nieco innego rodzaju od tej z wyjmowaniem łyżeczki z kubka podczas picia.

Afera z grupą na Facebooku pokazała, że – jak to najczęściej bywa – najsłabszym ogniwem przy wyciekach informacji jest człowiek. I choć jej zasięg rażenia jest niewielki, to dobrze, że zaistniała. Być może skłoni kogoś do refleksji, zanim wyprodukuje w sieci treści ze złudnym przekonaniem, że to nie może przynieść żadnej szkody.

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.