Astronauta w pomarańczowym kombinezonie stoi z chińską flagą obok lądownika na Księżycu, w tle Ziemia i przelatujący inny lądownik: "Houston, we have a problem".

Gdyby Rosjanie pierwsi wylądowali na Księżycu

Fot. Piotr Sokołowski
Trzy kilometry nad powierzchnią potężny silnik rakietowy rozpoczął hamowanie opadającego pojazdu, ale w próżni nikt nie usłyszał jego ryku. Maszyna zawisła i powoli zaczęła zbliżać się do nadajnika. Prymitywne komputery automatycznie wyliczyły trajektorię tak, by dotknąć gruntu w miejscu wybranym wcześniej przez zrobotyzowanego zwiadowcę. Wewnątrz, kosmonauta był w zasadzie pasażerem. Paliwa w zbiornikach było tak mało, że mógł odsunąć pojazd od wybranego przez komputer miejsca o nie więcej niż 100 metrów. Gdyby robot nawalił i umieścił bojkę nawigacyjną na polu głazów czy stromym zboczu, misja mogła skończyć się spektakularną katastrofą.

Na szczęście zwiadowca spisał się. Żadnych głazów. Ostatnie odpalenie silnika i.. kontakt. Zejście po drabince i pierwszy krok z czerwoną flagą pod pachą. „Это один маленький шаг для человека…” 

Przypadek, który dał Amerykanom zwycięstwo

Tak około 1970 roku mogło wyglądać pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Pierwsze radzieckie lądowanie. Związek radziecki bardzo długo deptał Amerykanom po piętach. Nawet pod koniec lat 60-tych, kiedy amerykańska przewaga techniczna w księżycowym wyścigu stała się boleśnie oczywista nawet dla Kremla, radzieccy konstruktorzy wciąż pracowali, próbując jeszcze wyprzedzić Amerykanów ostatnim rzutem na taśmę. Ostatecznie o ich przegranej zadecydować jednak mogła nie technologia, nie wybuchające rakiety, a… nieudana operacja chirurgiczna.

Trzeba przyznać, że początkowo nic nie wskazywało na to, że ZSRR może wyścig na Księżyc przegrać. Jego kosmiczna dominacja była przytłaczająca. Zanim Amerykanie spróbowali wystrzelić swojego pierwszego satelitę, na orbicie znalazły się już dwa Sputniki. “Spróbowali” jest tu słowem-kluczem, bo Vanguard wyleciał w powietrze na wyrzutni. Sam satelita przetrwał wybuch i nadawał swoje smutne, radiowe biip-biip-biip leżąc gdzieś na plaży. Amerykańskie media natychmiast ochrzciły go “kaputnikiem”. W innych dziedzinach nie szło im lepiej. Zanim na orbitę poleciał pierwszy Amerykanin, było tam już dwóch Rosjan. Zanim na Księżycu wylądowała amerykańska sonda Surveyor, Luna 9 była tam już od czterech miesięcy.

Reklama

Początkowo Rosjanie nie byli jednak szczególnie zainteresowani Księżycem. Główny konstruktor radzieckiego programu kosmicznego, Siergiej Korolow, przygotowywał co prawda jeszcze przed lotem Gagarina wstępne założenia księżycowych misji, ale jednocześnie pracował też nad stacjami kosmicznymi czy załogowymi lotami na Marsa czy Wenus. To właśnie stacje kosmiczne, ze swoim ogromnym potencjałem wojskowym, były dla Rosjan priorytetem. Przynajmniej początkowo. Kiedy Kennedy 12 września 1962 r. ogłaszał, że Amerykanie “lecą na Księżyc nie dlatego, że to łatwe, ale dlatego, że to trudne”, Związek Radziecki nie był gotowy. Kilka biur konstrukcyjnych, kierowanych przez Korolowa, Władimira Czełomieja i innych przygotowywało wstępne projekty księżycowych rakiet i pojazdów, ale bez ogromnych pieniędzy pozostawały one tylko na papierze.

Opiewany przez radziecką propagandę Główny Konstruktor, czyli Siergiej Korolow (tu razem z Jurijem Gagarinem) spędził sześć lat w łagrze na Syberii oskarżony fałszywie o sabotaż.

Wreszcie, 3 sierpnia 1964 roku, dwa lata po przemowie Kennedy’ego, Komitet Centralny postanowił działać. ZSRR, przyzwyczajone do upokarzania Amerykanów na orbicie, nie mogło sobie pozwolić na oddanie im księżycowego zwycięstwa walkowerem. Dyrektywa numer 655-268 nakazywała wysłanie na Księżyc człowieka zanim zrobią to Amerykanie.

Do wyboru były trzy koncepcje. Każda obarczona ogromnymi wadami. Czełomiej chciał zbudować największą rakietę w historii, UR700, by jednym strzałem wysłać prosto na powierzchnię Księżyca ogromny lądownik. Rakieta istniała tylko na papierze i były poważne wątpliwości, czy w ogóle da się ją zbudować.

Korolow początkowo chciał wykorzystać sprawdzone rakiety R7 – takie same, jakie przyniosły mu chwałę wynosząc w kosmos najpierw Sputnik, a potem Gagarina – by wynieść kosmiczny pojazd na orbitę w kawałkach. Tyle że tu pojawiał się kolejny problem: ZSRR nie miało absolutnie żadnego doświadczenia w tego rodzaju operacjach. Pierwsze udane cumowanie na orbicie dwóch załogowych pojazdów Rosjanie przeprowadzili dopiero w 1969 roku. Dużo za późno, żeby dogonić Amerykanów. A bez umiejętności łączenia kilku pojazdów w jedną całość plan Korolowa nie miał szans na powodzenie.

Konstruktor zdecydował się więc na inny wariant. ZSRR zaczęło pracę nad ogromną, choć mniejszą od proponowanej przez Czełomieja, rakietą N1. Stumetrowa rakieta miała być najbardziej skomplikowaną w historii: jej pierwszy człon był wyposażony w aż 30 silników, które musiały doskonale współpracować. Dla porównania, amerykański Saturn V miał zaledwie 5 ogromnych silników pierwszego stopnia. N1 miała jednocześnie być nieco słabsza od Saturna, przez co radziecki księżycowy pojazd miał być o wiele mniej wyszukany.

Sama kapsuła kosmiczna była wariantem dobrze znanego do dziś Sojuza. Natomiast lądownik, na pierwszy rzut oka przypominający amerykański, był od niego o ponad połowę mniejszy. Na pokładzie było miejsce dla tylko jednego kosmonauty, który miał lądować na stojąco, przypięty pasami i linami tak, by jego ruchy nie przesuwały środka ciężkości pojazdu. Lądownik LK nie miał nawet śluzy powietrznej: kosmonauta miał się do niego dostać wychodząc w otwartą przestrzeń kosmiczną i przeczołgując się po jego burcie do drzwi, którymi potem miał wyjść na księżycową powierzchnię. Uznano, że śluza była po prostu za ciężka. Waga była najważniejsza. Konstruktorzy pojazdu otrzymywali premię 50 rubli za każdy zaoszczędzony kilogram jego masy. Miejsce lądowania miało być wyznaczone przez radiowy nadajnik, umieszczony na powierzchni Księżyca przez zdalnie sterowany łazik – później znany pod nazwą Łunochod. Łunochod mógł być też wyposażony w awaryjne systemy podtrzymywania życia astronauty.

Początkowo prace szły dość sprawnie, choć wszystkie elementy systemu okazały się o wiele bardziej skomplikowane, niż początkowo zakładano. Korolow był dobrym inżynierem, ale organizatorem doskonałym. To było bezcenne, bo w prace nad N1 zaangażowanych było 500 instytucji. W 1966 roku nastąpiła jednak katastrofa nie mająca żadnego związku z kosmicznymi technologiami. Podczas rutynowego zabiegu usunięcia polipa z jelita grubego Główny Konstruktor zmarł.

Porównanie wielkości lądowników księżycowych ŁK (radziecki) i LM (amerykański) (fot. Ebs08, CC)

Potem wszystko zaczęło się sypać. Następca Korolowa, Miszyn, nie potrafił utrzymać w ryzach gigantycznej organizacji. Odezwały się prywatne ambicje, a inżynierowie pozostający dotąd w cieniu Korolowa zaczęli ciągnąć projekt w różne strony. Skutki były opłakane. W kwietniu 1967 roku podczas pierwszego załogowego lotu przygotowywanego do księżycowego lotu Sojuza zginął kosmonauta Władimir Komarow. Kapsuła okazała się niedopracowany bublem z tysiącem niedociągnięć. Program ugrzązł w miejscu i stało się jasne, że nie ma żadnych szans na doścignięcie Amerykanów. Klęska została przypieczętowana w 1969 roku, kiedy rakieta N1 eksplodowała najpierw podczas pierwszego, a potem drugiego próbnego startu.

Kalkulator, który poleciał na Księżyc

Paradoksalnie, wszystkie poza nią elementy księżycowego lotu były gotowe: problemy z Sojuzem rozwiązano w rok, a kapsuła odbyła w 1968 roku bezzałogowy lot wokół Księżyc. Sprowokowani tym Amerykanie zagrali va banque i wysłali nieprzetestowaną jeszcze kapsułę Apollo na wokół księżycową misję Apollo 8. Lądownik LK przeszedł serię testów na orbicie. Ale było już za późno. Bez Korolowa kosmiczny program ZSRR po prostu się rozleciał, a KC KPZR zaczęło udawać, że księżyc nigdy Związku Radzieckiego nie interesował.

Na następnej stronie piszemy o tym, dlaczego przegrana Rosjan okazała się przegraną całego świata oraz czemu na Księżycu nie powstała baza kosmicznych Marines.

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.