Drewniany stół, a na nim świeczka, nierówna kartka i laptop z symbolem Bitcoina; ręka z piórem przepisuje ciąg małych i wielkich liter z ekranu.

Jak nie stracić na bitcoinach

Fot. Piotr Sokołowski
Niespodziewany upadek jednej z najstarszych giełd kryptowalut w Polsce spowodował nie tylko straty finansowe inwestorów (według niektórych źródeł niekiedy idące w grube miliony złotych), ale również osobiste dramaty. Tobiasz Niemiro, człowiek przez ostatnie kilka lat związany z Bitmarketem popełnił samobójstwo.

Czy śmierć Tobiasza Niemiro jest wyłącznie wynikiem upadku Bitmarketu, czy też skutkiem innych nieszczęśliwych okoliczności tego się szybko (a może i nigdy) nie dowiemy. W tej sprawie jest więcej pytań niż odpowiedzi. Jedno jest pewne – z Bitmarketu „wyparowało” około 2 300 bitcoinów, czyli wg obecnego kursu wynoszącego w chwili publikacji artykułu 37 700 zł, ponad 86 milionów. Dramat Tobiasza Niemiro łączy się z zawiedzionymi nadziejami, a może też poważnymi dramatami wielu osób, które w bitcoinach inwestowanych przez Bitmarket upatrywały szansy na poprawienie swojego losu. Jak w takim razie inwestować i czy można się zabezpieczyć przed giełdowymi oszustwami i krachami? Czy w Polsce można bezpiecznie inwestować w kryptowaluty i jakie należy zachować środki ostrożności, żeby nie stracić?

Technologia wyprzedziła jak zwykle wszystko

Oczywistym jest fakt, że bitcoin oraz technologia blockchain zmieniły sposób postrzegania zagadnień związanych z kreacją walut, transferami oraz ich wymianą. To bez wątpienia rewolucja. Banki, a przede wszystkim rządy na całym świecie mają ogromny problem z technologią mającą w założeniu dawać swoim użytkownikom pełną niezależność od istniejących systemów monetarnych. W tym, co najważniejsze, niezależność od systemów kontrolnych i regulacyjnych. Z drugiej strony blockchain jest dla banków ogromną szansą na skok rozwojowy, zwiększenie efektywności procesów i zwiększenie bezpieczeństwa.

Reklama

Tradycyjne, obecne na rynku przez wiele, wiele lat banki mają ogromne problemy z systemami IT. Bywa, że nowoczesne, często nowatorskie, systemy front-end (czyli to, co widzimy w aplikacjach bankowych i przez strony www) muszą komunikować ze „starożytnymi” wręcz systemami typu mainframe. Stąd w dalszym ciągu mamy choćby sesje przelewów, system SWIFT, banki korespondujące i wiele innych systemów, tkwiących co najmniej w XIX wieku. Wydaje się więc, że obecnie wygodniej i łatwiej (pod kątem IT) jest od podstaw uruchomić nowy bank (pomijając oczywiście kwestie finansowe i prawne) niż modernizować stary. Blockchain mógłby to zmienić. Jest szansą dla starszych instytucji na nowe „otwarcie”.

Jak działa Bitcoin?

Jak zawsze jest jednak jakieś „ale”. Większość rządów liczących się na arenie międzynarodowej krajów podchodzi do kryptowalut co najmniej z rezerwą. Dla przykładu: Chiny – z jednej strony sądy tego kraju uznały bitcoina za własność, z drugiej strony rząd uznał handel walutami wirtualnymi za nielegalny. Pomimo tego istnieje całkiem zaawansowany projekt Ludowego Banku Chin wprowadzenia własnej kryptowaluty. Generalnie problemem jest kontrola. Rządy i banki centralne chcą mieć wyłączność na prawo emisji pieniądza i prowadzenie polityki monetarnej, a kryptowaluty owo prawo znacznie uszczuplają.

Przedstawiciele Departamentu Skarbu USA w kontekście wzrostu popularności kryptowalut powiedział: „najważniejsza jest ochrona integralności naszego systemu finansowego”. Przekładając z języka polityki: najważniejszy jest dolar oraz FED. Najczęściej powtarzanym zarzutem dotyczącym kryptowalut jest ten, że wykorzystują je terroryści i kartele narkotykowe. Owszem, kryptowaluty służą ciemnej stronie mocy, ale jak podaje Messari.io na każdego dolara „wypranego” za pomocą bitcoinów, przypada ponad 800 dolarów „wypranych” w Darknecie. Drugim, chętnie stosowanym argumentem przeciwko wprowadzeniu kryptowalut jest ten, że biorą się one znikąd, nie stoi więc za nimi żadna wartość, żadne dobro, żaden wymierny kruszec. Problem w tym, że obecnie za pieniądzem fiducjarnym również nie stoi żadne dobro.

Skąd się biorą pieniądze?

W bardzo dużym uproszczeniu: kiedyś pieniądz posiadał tak zwany parytet, czyli pokrycie, najczęściej w kruszcu. Osobiście posiadam i skrupulatnie chronię w szufladzie pięciodolarówkę „Silver Certificate” z 1923 roku, która ma (a właściwie miała) faktyczne pokrycie w kruszcu.

Pięciodolarówka „Silver Certificate”, która miała pokrycie w kruszcu (źr: Wikipedia)

Niemniej jednak oderwanie dolara od kruszców zostało ostatecznie przypieczętowane za administracji prezydenta Nixona. Od tego czasu ilość pieniądza w rynku niby jest kontrolowana przez banki centralne, ale gdy zachodzi taka potrzeba, to zaczyna się używać prasy drukarskiej i farby. Dotyczy to nie tylko dolarów, ale również innych walut, w tym euro. Mechanizm ów nazywany jest ładnie „luzowaniem ilościowym”.

Paradoksalnie Bitcoin i inne kryptowaluty do kreacji potrzebują przede wszystkim sprzętu (czyli koparek) oraz energii. Zarówno koparki, jak i prąd kosztują całkiem realne pieniądze, które należy zainwestować. Wniosek z tego taki, że kryptowaluta nie rodzi się z niczego. Ma pokrycie w sprzęcie (czyli mocy obliczeniowej) i energii. Największa kopalnia bitcoinów w szczytowych momentach pobiera 300 megawatów energii+0. Dodatkowym czynnikiem jest tendencja do samoregulacji sieci bitcoinowej – trudność „wykopania” BTC zależy od stanu całej sieci oraz zdolności obliczeniowej podłączonych koparek. Im jest ich więcej, tym zagadka kryptograficzna jest trudniejsza, a wykopanie BTC trwa dłużej. Zatem istnieje kontrola podaży pieniądza i jest ona naturalna. Prasa drukarska takiej samokontroli nie ma, co widać doskonale choćby po bezprecedensowej sytuacji w Wenezueli.

Reklama

Bitcoin jest najbardziej znaną kryptowalutą, najłatwiej więc przylepić mu łatkę „gangsterskiej” waluty. Prawda jest jednak taka, że bitcoin nie jest w 100 proc. anonimowy. Funkcjonują inne rodzaje kryptowalut, które skupiają się na anonimizacji i zachowaniu prywatności znacznie mocniej. Te są jednak mniej znane, bitcoin jest na świeczniku. A gdy w mediach pojawiają się informacje choćby o przestępstwach narkotykowych, to przewija się w nich też wątek, że prócz plantacji konopi czy „laboratorium” konfekcjonującego biały proszek, zlikwidowano również kopalnię kryptowalut. Często są to faktycznie bitcoiny, te bowiem padają ofiarą własnej popularności i no cóż… braku rozeznania kryptowalutowej oferty wśród przestępców. Ci zamiast korzystać z innych walut, próbują prać „lewe” pieniądze kupując koparki i kopiąc bitcoiny. Tymczasem, o ile właściciela wykopanego bitcoina trudno namierzyć, to już dość łatwe do namierzenia są transakcje zamiany kryptowalut na tak zwane „FIAT-y” czyli waluty realne – takie jak dolar, euro, czy złoty. W ten sposób od rzemyczka do koniczka można dojść od bitcoina do „laboratorium”. I rośnie mit o ciemnej stronie bitcoina.

Antminer S17
Antminer S17 – najmocniejsza koparka BTC. Cena w promocji ok. 4 000 dol. czyli ok. 15 tys. złotych. Trochę mniej niż pół bitcoina.

Na następnej stronie m.in. o tym, co KNF sądzi o kryptowalutach i jak grać, żeby nie przegrać. Oczywiście na giełdzie kryptowalut.

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.