Test Mercedes EQA 250. Czyli elektryczne auto jednak może być wygodne

Arkadiusz Dziermański

Do tej pory elektryczne auta były dla nas udręką. Z powodu niskiego zasięgu potrafiły wywrócić cały plan dnia lub podróży. Mercedes EQA 250 pokazał nam, że to nie zawsze musi tak wyglądać. A przy okazji przekonał nas do elektrycznej wizji przyszłości, jaką rysuje przed nami niemiecki producent.

Mercedes jasno stawia na prąd

Codziennie słyszymy o tym, w jak złym stanie jest nasza planeta i jak ważne jest podejmowanie wszelkich działań minimalizujących szkody, jakie gatunek ludzki już wyrządził i jakie w dalszym ciągu wyrządza przyrodzie. Branża motoryzacyjna obrywa za to po głowie od lat, ale efekty społecznej presji mają różny skutek. Część producentów potrzebowała motywacji w postaci widma potężnych „opłat” za przekraczanie norm emisji spalin swoich flot, inni widzieli w ekologii modny trend, a jeszcze inni zrozumieli, że samochody spalinowe prędzej czy później odejdą do lamusa, więc najmądrzej jest iść z duchem czasu. Nie wnikając w indywidualne motywacje poszczególnych producentów, możemy powiedzieć jedno: wszyscy starają się być eko-friendly, zasypując nas swoimi hybrydami, elektrykami i chwaląc się, jak bardzo walczą o „lepszą przyszłość dla naszych dzieci”. Mercedes nie pozostał w tyle. Wręcz przeciwnie, Niemcy wzięli się porządnie do roboty i obiecują nam nie tylko wyeliminowanie emisji CO2 w swoich fabrykach do 2022 roku, ale też stworzenie floty z zerowym śladem węglowym do 2039 roku. Ma to dotyczyć całego cyklu życia ich produktów, od procesu produkcji, przez łańcuch dostaw i użytkowanie, aż do ponownego wykorzystania komponentów aut po wycofaniu ich z użycia. Brzmi to ambitnie i trochę nierealnie, ale już dzisiaj słyszymy o konkretnych działaniach, jakie Mercedes podejmuje, aby dotrzymać zadeklarowanych deadlineów. Nie będziemy się jednak rozwodzić nad każdym z nich, skupmy się na gwieździe dzisiejszego odcinka, na nowym dziecku przyjaznej, ekologicznej twarzy Mercedesa, modelu EQA.

Mercedes EQA 250 to nie jest A-Klasa

EQA jest jednym z sześciu przedstawicieli rodziny EQ, czyli aut w pełni elektrycznych. Niech Was nie zmyli jego nazwa – EQA to nie jest elektryczna Klasa A. Nie jest to też zupełnie nowy model zaprojektowany od podstaw jako auto elektryczne. EQA został zbudowany na płycie Mercedesa GLC i zaadaptowany do napędu elektrycznego i rzeczywiście, da się zauważyć, że GLC był jego pierwowzorem, ale nie jest to absolutnie jego wierna kopia.

Tak jak spora część designu elektryków do mnie nie przemawia, tak tutaj jest na co popatrzeć. Masywny i opływowy, jest wyposażony w charakterystyczne dla rodziny EQ listwy świetlne LED i płynnie wkomponowaną atrapę chłodnicy, która przełamuje proste linie designu i dodaje autu uroku. Nie ma co się dalej rozwodzić nad wyglądem EQA bo każdy sam oceni, czy auto mu się podoba, czy nie. Poza tym naprawdę ciekawie robi się, kiedy wsiądziemy do środka.

Arkadiusz Dziermański

Do wyglądu Mercedesa EQA 250 trzeba się trochę przyzwyczaić. Z jednej strony jest to w końcu SUV. Może nie z tych największych, ale jednak. Z drugiej sprawia wrażenie kompaktowego. Jakby ktoś go ścisnął z każdej strony, starając się go maksymalnie zmniejszyć. Nie mniej na ulicy robi wrażenie.

Jedynym wizualnym zgrzytem jest przedni grill. To błyszczący plastik Piano Black, który jak wiemy rysuje się od samego patrzenia. Wystawienie takiego elementu z przodu auta powoduje, że bardzo szybko zaczynają go pokrywać nieestetyczne zarysowania.

Czytaj też: Test Honda Jazz Crosstar. Niepozorne auto, z którego nie chcieliśmy wysiadać

Efektowne wnętrze Mercedesa EQA 250

Sylwia Januszkiewicz

Opis wnętrza zajmie kawałek tekstu, ale podsumować to można dwoma słowami: Jest nowocześnie. O ile auto z zewnątrz wygląda minimalistycznie, o tyle w środku zrzuca przysłowiową garsonkę i w bardzo bezpośredni sposób pokazuje nam, że jest naszpikowane całą armią wyszukanych zabawek, które czekają na umilenie życia kierowcy. Omówmy te najciekawsze.

Element, który najbardziej zwraca uwagę we wnętrzu, to oświetlenie. Jeszcze nie widziałam takiej ilości listew, paneli i innych cudacznych drobiazgów, które się świecą. Świecą się nawiewy, świeci się panel nad schowkiem, świecą się nawet przyciski regulacji foteli.  Do tego mamy sporo możliwości jeśli chodzi o ustawienia kolorów tych elementów. Jeśli chcecie, podświetlenie może być dyskretne i stonowane, ale jeśli najdzie Was ułańska fantazja, również nie będziecie zawiedzeni. Mnie niestety naszł. Chciałam sprawdzić, czy zdołam poczuć się jak na Sunrise Festival i… Udało się! Brakowało tylko białych rękawiczek i gwizdka. Nie zmienia to jednak faktu, że oświetlenie wnętrza jest niewątpliwą zaletą EQA. Każdy znajdzie konfigurację, która będzie mu odpowiadać, a wrażenie… Cóż, wrażenie robi za każdym razem.

Kolejną rzeczą zasługująca na pochwałę, są fotele. Jasne, są ładne, skórzane, wygodne i tak dalej, ale jest to coś, czego człowiek oczekuje od samochodu za 250 000 zł. To, co je wyróżnia, to sposób ich regulacji. Jeżeli zdecydujemy się na wersję z regulacją elektryczną, przyciski znajdziemy na drzwiach kierowcy/pasażera. Nie trzeba macać boków foteli i metodą prób i błędów szukać przycisków, które nas w danym momencie interesują. Rzecz tak prosta, a jednocześnie tak wygodna.

Słyszałam narzekania na temat jakości plastików we wnętrzu – podobno są tandetne i trzeszczą. W testowanym egzemplarzu nic takiego nie zaobserwowałam, ale jest jedna rzecz, do której bardzo chętnie się przyczepię. Wszechobecny materiał piano black. Wpakowano go w środkowy tunel i na sporą część deski rozdzielczej. Narzekałam na to przy innych testach i tutaj nie będzie inaczej. Nie wiem, po co to komu, ale brudzi się strasznie, a wyczyszczenie tego bez porysowania i zostawienia paprochów jest prawie niewykonalne! Co z tego, że nowe wygląda ładnie, jeśli długo takie nie pozostanie?

Ciekawym elementem jest touchpad zlokalizowany  na środkowym tunelu – w miejscu, w którym zazwyczaj zlokalizowane jest pokrętło HMI. Teoretycznie powinien pozwalać na sprawne zarządzanie multimediami w aucie, ale mnie do siebie nie przekonał. O ile fajnie się tym operuje przy wyborze muzyki, czy przy ustawianiu dźwięku, o tyle przy pozostałych funkcjach wolałam korzystać z wyświetlacza multimedialnego. Proste w obsłudze menu i przekątna 10,25’ pozwalają na wygodne operowanie ustawieniami auta i zajmują mniej czasu, niż mazanie po touchpadzie. Pewnie da się do tego przyzwyczaić, ale w moim przypadku nie było to możliwe w ciągu kilku dni.

Miejsce na smartfon nie jest przystosowane do… współczesnych smartfonów. Większe modele się nie mieszczą

Skoro poruszyliśmy temat menu, zatrzymajmy się przy nim na chwilę. Na plus jest to, że menu jest rozpisane rozsądnie. Nie ma tutaj zaskoczeń typu ustawienia foteli w multimediach. Chociaż możliwości customizacji ustawień auta jest mnóstwo, nie pogubicie się w tym. Co ciekawe, niektóre funkcje są dostępne wyłącznie z pozycji ustawień kierownicy. Spotkałam się z tym wcześniej i przyznaję, że nie jestem wielką fanką takiego rozwiązania. Fajnie jest mieć możliwość zmiany ustawień wyświetlacza head-up, czy wyświetlacza tablicy wskaźników, ale chciałabym również mieć możliwość wysłużenia się pasażerem. Dlatego wolałabym, aby te funkcje były dostępne również na wyświetlaczu multimedialnym, nawet jeżeli oznaczałoby to ich zdublowanie. Muszę jednak oddać Niemcom sprawiedliwość i przyznać, że maleńkie panele dotykowe, które umieścili na kierownicy, bardzo ułatwiają operowanie ustawieniami dostępnymi tylko z tej pozycji.

Arkadiusz Dziermański

W temacie wnętrza ważnych jest jeszcze kilka kwestii. Przednie fotele potrafią się poruszać w trakcie jazdy. Mamy tu specjalny tryb, który ma zwiększyć doznania. I tak przy przyśpieszaniu fotel delikatnie kładzie nas do tyłu. Przy hamowaniu lekko się prostuje. Ciekawy bajer.

Na tylnej kanapie jest… dziwnie. Przerobienie modelu GLC wymagało zainstalowania akumulatorów pod podłogą. Ten zabieg znacznie ją podniósł, przeco podłoga z tylu jest na wyższym poziomie niż z przodu. Efekt? Na tylnej kanapie siedzimy niemal jak na ziemi. Mamy więc dwie opcje. Albo siedzimy z kolanami pod brodą, albo się delikatnie rozkładamy do przodu. Bardzo wysokie osoby czeka z tyłu konkretna gimnastyka.

Względem pierwowzoru został też zmniejszony bagażnik, ale na brak przestrzeni nie powinniśmy narzekać. Zmieścimy tu bardzo konkretne zakupy, a po złożeniu tylnej kanapy zmieści się tu kilka małych szafek z IKEI. No i bardzo duży plus za umieszczenie w bagażniku przewodów do ładowania, w tym do ładowania z gniazdka 230V.

Wisienką na torcie jest nagłośnienie Burmester. Jak to gra! Dźwięk jest głęboki, przestrzenny, z bardzo miękkim basem i masą szczegółów. W połączeniu z efektownym oświetleniem mamy tu dosłownie dyskotekę na kółkach.

Czytaj też: Test Suzuki Ignis. Kompaktowy SUV do miasta w opcji budżetowej

Nawigacja Mercedesa to perełka. System multimedialny działa dobrze, ale jest… inny

Sylwia Januszkiewicz

Jednym z elementów, które zrobiły na mnie największe wrażenie, jest nawigacja. Do tej pory w każdym testowanym aucie sprawdzałam fabryczną nawigację i zazwyczaj dosyć szybko przechodziłam na Android Auto. Dziwne trasy, brak uwzględniania natężenia ruchu, nieaktualne mapy… Zawsze było „coś”. Przy EQA korzystałam z wbudowanej nawigacji od pierwszego do ostatniego dnia testu. Kupiła mnie dwoma rzeczami. Po pierwsze, do tej pory nie widziałam nawigacji tak mądrze wyznaczającej trasy. Nie będzie Was prowadziła do celu karkołomną trasą naszpikowaną progami zwalniającymi, przy której poświęcicie komfort podróży dla uzysku w postaci dotarcia do celu o 2 minuty szybciej. Z drugiej strony, przy potężnych korkach, pokaże Wam skróty, których próżno szukać nawet na mapach Google. Sprawdzałam to kilkukrotnie  przy doskonale znanych mi trasach i za każdym razem nawigacja Mercedesa prowadziła mnie obok korków, skracając czas dojazdu nawet o kilkanaście minut w stosunku do wspomnianych wcześniej map Google.

Drugą rzeczą, która mnie ujęła, była funkcja rozszerzonej rzeczywistości. Poza tym, że fajnie odlicza dystans do skrętu, w momencie kiedy zbliżacie się np. do skrzyżowania, pojawia się obraz z przedniej kamery, na który rzucona jest strzałka pokazująca ulicę, w którą macie skręcić. Jeżeli nie znacie terenu, bywa to bardzo przydatne. Jakby samochód krzyczał: „O tutaj, Grażyna! Tutaj skręć, przy tej latarni!”. Za tę funkcję trzeba dopłacić, ale uwierzcie – warto.

Arkadiusz Dziermański

System nawigacji Mercedesa EQA 250 ma też jeszcze jedną ważną funkcję. Jeśli zatrzymamy się przed światłami, na ekranie głównym widzimy obraz z przedniej kamery pokazujący światła. Świetna sprawa, szczególnie jeśli zatrzymamy się zbyt blisko świateł. Nie trzeba się specjalnie nachylać, żeby mieć je w zasięgu wzroku.

Interfejs Mercedesa jest przedziwny. Zupełnie inny niż u konkurencji. Zamiast maksymalnej prostoty i spłaszczenia Menu mamy grafiki jak sprzed dobrych 10-15 lat. Efektowne, ale nieco zbyt przekombinowane, za to działające jak złoto. Użyte podzespoły radzą sobie z nim bez zarzutów. Mamy tu ogrom dostępnych funkcji i początkowo trochę to przytłacza, ale bardzo szybko można je opanować. A co ważniejsze i częściej używane skróty można łatwo wyciągnąć na wierzch.

Nawigowanie dużym touchpadem jest faktycznie bardzo dziwne. Jak to działa? Przesuwając się w Menu na boki lub góra dół, wykonujemy to gestem na płytce dotykowej. Dwa kolejne pola czułe na dotyk znajdują się na kierownicy. Wyglądają jak małe czytniki linii papilarnych.

Za ich pomocą poruszamy się po ekranie kierowcy. Jest on podzielony na trzy części. Po bokach możemy uruchomić… cokolwiek. Statystyki jazdy, ładowania, zużycie energii, nawigację, odtwarzacz muzyki, zegar prędkościomierz. W sumie opcji jest kilkanaście. Każdą z nich można dodatkowo uruchomić na całym ekranie, albo przenieść ją na jego środkową część. Daje nam to ogromne możliwości personalizacji wyglądu.

Mercedes EQA 250 – wrażenia z jazdy

Sylwia Januszkiewicz

Chociaż testowany przez nas EQA 250 nie może pochwalić się zatrważającą mocą (190 KM), nie jest to coś, co odczuje kierowca. Auto ma przyzwoity (375 NM) moment obrotowy dostępny już na starcie, więc z dynamicznym przyspieszeniem w mieście nie będziecie mieć najmniejszego problemu. Przy większych prędkościach wygląda to trochę słabiej, ale EQA nie został stworzony do ścigania się. Prędkość maksymalna jest ograniczona do 160 km/h.

Jak w większości nowych aut, macie tutaj do wyboru trzy tryby jazdy: Sport, Comfort i Eco. Sport i Eco działają tak, jak wskazują ich nazwy, ale jeszcze nie spotkałam się z takim trybem ECO jak w EQA. Ma on na celu jak największą rekuperację energii w celu maksymalnego zwiększenia zasięgu, ale wszystko to jest posunięte zdecydowanie zbyt daleko. W praktyce wygląda to tak, że po zdjęciu nogi z gazu samochód zaczyna bardzo asertywnie zwalniać i zatrzymuje się na dystansie kilkunastu metrów. O przyspieszeniu szkoda wspominać. Ma się wrażenie, że EQA napina się, próbuje, ale idzie to jak po gruzie. Nie korzystałam z tego nawet w korkach, bo w tym trybie bardzo boleśnie odczuwałam, co znaczy oszczędzanie energii przy masie rzędu 2 ton.

Podejrzewam, że nie zaskoczę dosłownie nikogo pisząc, że jeździ się nim komfortowo. EQA jest wyjątkowo cichy, nawet jak na elektryka. Choć startuje z miejsca wydając dźwięki przywodzące na myśl Sokoła Millenium. Nie będzie Wam dokuczać hałas ogumienia, czy szum spowodowany oporem wiatru. Jasne, przy większych prędkościach usłyszycie to, ale nie do tego stopnia, aby miało to stanowić przeszkodę w spokojnej rozmowie. Nie odczujecie też nierówności nawierzchni. EQA może pochwalić się bardzo miękkim zawieszeniem, które ładnie wyłapuje wyboje, więc niezależnie od wybranego przez Was trybu jazdy, czy warunków na drodze, będziecie zadowoleni. Dyskomfort przy dłuższych podróżach mogą natomiast odczuwać pasażerowie z tyłu. Niestety, gdzieś trzeba było upchnąć baterie, a w przypadku EQA stało się to m.in. kosztem przestrzeni na nogi z tyłu auta. Nie odczują tego dzieci, ale osoby dorosłe niestety tak. Jest to jedyna ewidentna wada zaadaptowania samochodu spalinowego na elektryczny. Trzeba było pójść na kompromisy i w tym wypadku padło na pasażerów z tyłu.

To jak to jest z tym zasięgiem Mercedesa EQA 250?

EQA został wyposażony w akumulator o pojemności 66,5 kWh i, według producenta, może pochwalić się zasięgiem w granicach 400-432 km. Oczywiście jest on uzależniony od całego tabunu czynników, ale jedno mogę powiedzieć na pewno – jest to najbardziej wytrzymała „bateria” z jaką miałam do czynienia. W trasie, gdzie zużycie jest największe, spokojnie wytrzyma 280 km jazdy z prędkością w granicach 120 km/h, natomiast w mieście, przy w miarę przepisowej, spokojnej jeździe, nie będziecie go ładować częściej niż raz na 350 km. Jest to pierwszy elektryk przy którym nie zerkałam obsesyjnie na stan akumulatora co 15 minut i mogę spokojnie powiedzieć, że nie jest autem przeznaczonym wyłącznie do jazdy po mieście, w pobliżu ładowarek.

Jeśli już poruszyliśmy temat zasięgu, porozmawiajmy też o ładowaniu. Jeżeli macie możliwość skorzystania z szybkiej ładowarki, przy maksymalnej mocy ładowania prądem stałym wynoszącej 100 kW, załatwicie sprawę poniżej godziny. Producent wspomina o 30 min, ale dotyczy to ładowania 10-80% i rzeczywiście, oscyluje to w tych granicach. Jeżeli chcecie naładować auto do pełna, mając poniżej 20% naładowania akumulatora na start, zajmie Wam to niecałe 50 min.

Jeżeli chcecie ładować EQA w domu, macie dwie możliwości. Pierwsza, najprostsza, polega na podpięciu go pod zwykłe domowe gniazdko. W takim wypadku nie radzę ładować go tylko wtedy, gdy akumulator jest prawie rozładowany, bo zabraknie Wam doby. Dosłownie. Oczywiście możecie podpinać go do prądu codziennie na noc, niezależnie od tego, czy przejechaliście nim danego dnia 15, czy 50 km. Drugą opcją jest zainstalowanie wallboxa, czyli domowej ładowarki. Pozwala ona na ładowanie prądem zmiennym o mocy do 11 kW i teoretycznie naładuje auto w niecałe 10 godzin.

Mercedes EQA 250 odczarował nam elektryczne auta i elektryczne Mercedesy

Bazując na moich dotychczasowych doświadczeniach z elektrykami, trochę się bałam Mercedesa EQA 250. Wyobrażałam sobie powtórkę z rozrywki, czyli przekłamany zasięg i przeraźliwie długi czas ładowania. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zapewnienia producenta w obu tych kwestiach okazały się być prawdziwe! To  auto skutecznie wyleczyło mnie z niechęci do samochodów elektrycznych. Ładne, wygodne, dynamiczne, śmiesznie tanie w eksploatacji, a do tego guilt-free. Jeżeli szukacie „zielonego”, kompaktowego SUVa, koniecznie przyjrzyjcie się mu bliżej!

Arkadiusz Dziermański

Od siebie dodam, że do tej pory elektryczne Mercedesy zdecydowanie mnie do siebie nie przekonywały. To pokazuje, jak mylne potrafi być pierwsze wrażenie. Kiedy oglądałem je na targach IAA w Monachium, sprawiały wrażenie plastikowych zabawek. Dosłownie, nie widziałem w nich za grosz solidności, czy wygody. W praktyce jest zupełnie odwrotnie.

Po stronie minusów mamy bardzo wysoko podniesioną podłogę z tyłu, co dla wysokich osób będzie uciążliwe przy długich trasach oraz za dużo Piano Black. Mam nadzieję, że w przyszłości Mercedes ograniczy wykorzystanie tego materiału. W końcu nawet niech to będzie ekologiczny plastik z recyklingu, to nikt nie powiedział, że koniecznie musi się błyszczeć.

Mercedes EQA 250 to komfortowe auto, o bardzo przyzwoitym zasięgu. Które nie zmusza nas do nerwowego sprawdzania stanu naładowania i nie zniechęca do wyprzedzania w obawie o niedotarcie do celu z powodu rozładowanego akumulatora. Jest też samochodem bardzo innym jeśli chodzi o obsługę i interfejs. Wymaga nieco przyzwyczajenia, szczególnie jeśli przesiądziemy się na niego np. z BMW. Ale odwdzięcza się bardzo dużymi możliwościami personalizacji i genialnie działającą nawigacją.

Podsumowując, jesteśmy zdecydowanie na tak i warto dać szansę Mercedesowi EQA 250.