Canon EOS R5 to aparat z innego świata. Tak dobrego sprzętu jeszcze nie używałem

Arkadiusz Dziermański Z-ca Redaktora Naczelnego

W ostatnim dniu 2021 roku stanąłem przed największym fotograficznym wyzwaniem, z jakim do tej pory się spotkałem. Przystąpiłem do niego uzbrojony po zęby – w Canona EOS R5. Choć trochę przeceniłem jego możliwości, mało który sprzęt byłby w stanie sprostać wyzwaniu.

Czy to test Canona EOS R5? Zdecydowanie nie

Nie ma mowy w tym przypadku o teście czy recenzji aparatu. Spędziłem z nim zdecydowanie za mało czasu. Był to czas niezwykle intensywny, ale mówimy tutaj o zaledwie pięciu dniach.

Aparat udostępnił mi Canon i miał mi posłużyć do sfotografowania wesela. Nie było to wesele w klasycznej formie, a bardziej kameralna impreza zorganizowana w domu jednorodzinnym. Było to duże wyzwanie, bo oznaczało to naprawdę fatalne, głównie ciepłe oświetlenie bardzo niskiej jakości. Stąd właśnie wybór padł na EOS-a R5, bo potrzebowałem na tyle krótkiego czasu otwarcia migawki, żeby uchwycić dynamiczne sceny w połączeniu z kosmicznie wysokim ISO. Moje umiejętności fotografowania są dalekie od ideału i nie nabyłem jeszcze umiejętności obchodzenia się z lampą błyskową.

Ale po kolei. Zacznijmy od tego, że…

Canon EOS R5 to aparat inny pod wieloma względami. Choćby obsługi

EOS R5 na pierwszy rzut oka mocno przypomina inne modele serii EOS R. W tym bardzo dobrze mi znanego EOS-a R. Szczególnie jeśli chodzi o rozmieszczenie przycisków. Ale to tylko pozory.

Pierwsza widoczna zmiana, to brak klasycznego d-pada. Mamy koło wokół przycisku SET, ale możemy nim wyłącznie obracać. Ogółem możliwość obracania tym elementem sterowania jest zawsze bardzo mile widziana, ale w takim razie – jak poruszać się po Menu? Opcje są dwie.

Pierwsza to świetnie działający dotyk. EOS R5 to pierwszy aparat, którego mogłem w pełni obsługiwać dotykowo na poziomie macania ekranu smartfonu. Tak dobrze działającego dotyku w aparacie jeszcze nie widziałem. Druga opcja to dżojstik. Służy on nie tylko do ustawiania ostrości, ale właśnie również do poruszania się po wszystkich poziomach Menu. Wygodne rozwiązanie, ale zdecydowanie wymaga nieco przyzwyczajenia.

Poza tym, wszystkie przyciski i pokrętła są w pełni konfigurowane. Możemy do nich przypisać dowolne skróty, posiłkować się dodatkowo ekranem dotykowym. Dosłownie wszystko możemy mieć ustawione pod własne preferencje.

Czytaj też: Test Mercedes GLE 350 de. Ogromny diesel na prąd, czyli bardzo nietypowa hybryda

Bezlusterkowce miały być małe. EOS R5 mały zdecydowanie nie jest

Dokładnie taki komentarz dostałem na Twitterze – przecież bezlusterkowce miały być małe. A ostatnia rzecz, jaką o EOS-ie R5 można powiedzieć, to to że jest mały. Na tle używanego równolegle Sony A9 II, ogólnie aparatów Sony, nie wspominając już o moim Olympusie, Canon jest duży i waży sporo, bo 738 gramów. Pod względem wymiarów to praktycznie lustrzanka.

A skoro przy wymiarach jesteśmy. EOS R + przejściówka Canon EF-RF + EF 100mm F/2.8 Macro USM + osłona = armata niebezpieczna dla otoczenia (łatwo kogoś nią trafić, dosłownie)

Spore wymiary to już kwestia indywidualna. Jestem zdania, że póki wymiary idą w parze z jakością, zupełnie mi to nie przeszkadza. A tak jest w tym przypadku.

Aparat jest jednak wygodny w użytkowaniu. Ma wielki grip i bardzo pewnie leży w dłoni. Do tego jest bardzo dobrze wyważony i mogłem z nim spokojnie spędzić cały dzień bez żadnego dyskomfortu. A używałem głównie obiektywu RF 24-70mm F/2.8 USM, który też kruszynką nie jest.

Wróćmy do ekranu. Canon EOS R5 ma świetny ekran

Ekran w EOS-ie R5 jest przede wszystkim duży. Ma przekątną 3,15 cala i wyświetla obraz w formacie 3:2 w rozdzielczości ok 2,1 mln punktów. Oferuje 100% pokrycie kadru, 7-stopniową regulację jasności i jak już wiemy – jest dotykowy. I to nawet bardzo dotykowy.

Do tego ekran jest uchylany i obracany, więc możemy go ustawić pod dowolnym kątem i jak tylko przyjdzie nam do głowy. Wyświetlacz jest bardzo jasny, kontrastowy, czytelny w każdym warunkach i bardzo wysokiej jakości. Oferuje bardzo dobre odwzorowanie kolorów i to zdecydowanie jeden z najlepszych ekranów, jaki znajdziecie w aparacie fotograficznym.

Nie gorszy jest też wizjer. OLED o rozdzielczości 5,690 mln punktów, ze 100% pokryciem kadru i powiększeniem 0,76x. Mając do wyboru tak dobry wizjer i tak dobry ekran, naprawdę ciężko jest się momentami zdecydować, z czego korzystać. Nie ma tu złego wyboru.

Podczas kadrowania za pomocą wizjera możemy ustawiać ostrość korzystając z ekranu jak touchpada. Głównie ze względu na to, że nie mam za dużego doświadczenia w korzystaniu z dżojstika, częściej korzystałem z tej opcji. Szczególnie że reakcja na dotyk i ogólna precyzja działania jest idealna.

Czytaj też: Test Vanguard Veo Adaptor. Mój aparat mi za to podziękował!

Długo zbierałem szczękę jak zobaczyłem jak działa autofocus i jak szybko EOS E5 robi zdjęcia

Pierwsze zapoznanie się z EOS-em R5 miałem podczas podróży. Jadąc samochodem (jako pasażer oczywiście) skierowałem aparat na przednią szybę. Przede mną droga z dwoma pasami ruchu w każdą stronę, przedzielona barierką. Po ustawieniu autofocusu w trybie śledzenia, aparat ustawiał ostrość na autach jadących z naprzeciwka. Kiedy samochód wyjeżdżał z kadru, ostrość wskakiwała na kolejny. I kolejny, jeden za drugim, małe, duże… Wszystko to z taką precyzję i w takim tempie, że dosłownie szczęka opada.

Próbkę śledzenia obiektów możecie zobaczyć poniżej (zdjęcia robione obiektywem EF 100mm F/2.8 USM Macro):

Autofocus jest bardzo precyzyjny w praktycznie każdym trybie. W sumie zrobiłem ponad 1200 zdjęć i aparat ustawiał ostrość niemal zawsze tam, gdzie chciałem. Tu nie ma żadnej filozofii. Nawet jak nie umiesz robić zdjęcia, EOS R5 i tak zadba o to, żeby ostrość była ustawiona we właściwym miejscu.

Na łopatki rozłożyła mnie też szybkość robienia zdjęć. Gdyby zmierzyć to stoperem, myślę że bez większego problemu dałoby się przy pomocy wizjera robić dwa zdjęcia na sekundę. Aparat reaguje błyskawicznie! Praktycznie od razu po zrobienia zdjęcia jest gotowy do kolejnego ujęcia. I to przy użyciu mechanicznej migawki. Do tego mamy oczywiście zdjęcia seryjne i tu też EOS R5 ma się czym pochwalić. Mamy do dyspozycji do 12 klatek na sekundę z migawką mechaniczną, do 20 klatek z migawką elektroniczną ze śledzeniem AF i bufor 180 zdjęć w trybie RAW (350 w JPEG). Więc jeśli fotografujesz dużo ruchomych obiektów, to jest aparat, którego potrzebujesz.

Czytaj też: Szybka recenzja Canon RF 50mm F1.2L USM i Canon RF 70-200mm F2.8 L IS USM

Czy EOS R5 podołał wyzwaniu?

I tak, i nie… Tak, bo zdecydowana większość zdjęć wykonanych na wspomnianym weselu wyszła bardzo dobrze. Na tyle, na ile pozwalały warunki. Ale z drugiej strony nieco przeceniłem możliwości sprzętu oraz przede wszystkim, nie mam nie mam żadnego doświadczenia w fotografowaniu ludzi. Poza zdjęciami z protestów.

Wyszedłem z założenia, że w zupełności wystarczą mi dwa obiektywy – RF 24-70mm F/2.8 USM oraz FE 100mm F/2.8 Macro USM. Dzisiaj zdecydowanie zamieniłbym ten drugi na RF 50mm lub 85mm ze światłem F/1.2. Z jednej strony F/2.8 było momentami zbyt ciemne, z drugiej 100mm okazał się delikatnie za długi. Zaskoczyło mnie np. niewielkie wnętrze urzędu stanu cywilnego, gdzie setka była nieużywalna do porterów.

Koniec końców, w przypadku części zdjęć zrobionych już w domu, ISO mieściło się w zakresie 6000 – 10000. Szumu było sporo. W akceptowalnych ilościach, ale na tyle dużo, że brakowało mi detali. Z pomocą przyszedł DxO Pure RAW. Genialne narzędzie, które znacznie poprawiło jakość zdjęć przed ich obróbką. I tak pliki ważące 30-40 MB urosły do nawet 160 MB, a przerobienie ponad 800 plików trwało prawie 9 godzin. Efekt był taki, że do wstępnej selekcji zdjęć musiałem odpiąć od laptopa zewnętrzny monitor, bo chyba bez gaśnicy by się nie obeszło. Z ostatecznego efektu byłem zadowolony i fotografie można było bez wstydu pokazać.

Zastanawiałem się też, jak będzie wyglądać kwestia żywotności akumulatora. W trybie mieszanym pozwala on na ok 300 zdjęć. Nie jest to wynik rzucający na kolana, ale z pomocą przychodzi ładowanie przez USB-C. Do tego jednak potrzebujemy zasilania zgodnego z Power Delivery, a że na szczęście mam taki powerbank, z brakiem energii nie miałem żadnego problemu. Gdyby nie to, dodatkowy jeden, jak nie trzy akumulatory warto mieć w zapasie.

Jeśli zarabiasz aparatem, Canon EOS R5 to coś, czego potrzebujesz

Canon EOS R5 to genialne narzędzie pracy. Chyba że dysponujesz ogromnym budżetem i zdjęcia robisz hobbystycznie, to oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby też sięgnąć po sprzęt z najwyższej półki.

Dużą zaletą aparatu jest szybkość działania, świetny autofocus, bardzo dobre odwzorowanie kolorów i wysoka rozdzielczość. Kadrowanie zdjęć w rozdzielczości 45 Mpix daje duże pole do popisu. Przyczepić można się do działania automatycznego balansu bieli w ciepłym oświetleniu. Tutaj często aparat sobie zwyczajnie nie radzi. Przydałby się też nieco wydajniejszy akumulator. No i nie każdemu mogą pasować wymiary i masa aparatu. Choć tu powtórzę – póki w parze z rozmiarem idzie jakość, nie ma na co narzekać. W przypadku EOS-a R5 jakość jest na najwyższym poziomie.

Zdjęcia wykonane aparatem znajdziecie w teście Samsunga Galaxy z Fold3.

Reklama

Zdjęcia przykładowe: