
Załodze udało się wyjść z tej sytuacji bez żadnych obrażeń, a film z incydentu szybko trafił do sieci i stał się hitem. Sprawa jest jednak znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać, uszkodzona maszyna WB-57 jest bowiem jednym z zaledwie trzech samolotów tego typu, jakimi dysponuje NASA. Ze względu na unikalność i specjalizację trudno będzie ją zastąpić podczas niezbędnych napraw, awaria zatem może na długo zakłócić kluczowe misje naukowe agencji.
Awaryjne lądowanie WB-57 po usterce mechanicznej
Do zdarzenia doszło 27 stycznia około godziny 11:30 na lotnisku Ellington Field. Jak się później okazało, usterka systemu mechanicznego uniemożliwiła wypuszczenie podwozia, pozostawiając pilotowi tylko jedno, bardzo ryzykowne wyjście – maszyna o masie około 32 700 kilogramów musiała ślizgać się po pasie startowym na spodzie kadłuba, hamując wyłącznie siłą tarcia.
Kręcone przez świadków nagrania ukazują dramatyczną chwilę kontaktu z betonem, snopy iskier i gęsty dym. Pilot przez cały czas utrzymał on kontrolę nad samolotem, aż do jego całkowitego zatrzymania – na miejsce natychmiast dotarły służby ratunkowe, które pomogły obydwóm członkom załogi w opuszczeniu kokpitu i zabezpieczyły maszynę. Pas startowy został tymczasowo zamknięty – jak potwierdziła Federalna Administracja Lotnictwa FAA, agencja wszczęła własne śledztwo w tej sprawie. Równolegle dochodzenie prowadzi NASA.

Dochodzenie FAA i niepewna przyszłość samolotu
Rzeczniczka agencji, Bethany Stevens, zapowiedziała przeprowadzenie dokładnej analizy przyczyn incydentu i transparentne informowanie o jej wynikach. Na razie nie wiadomo, jaką misję naukową wykonywał WB-57 tuż przed awarią, najważniejsze pytanie brzmi jednak: co dalej z uszkodzoną maszyną?
Lądowanie „na brzuchu” zwykle kończy się poważnymi uszkodzeniami struktury kadłuba oraz systemów znajdujących się w jego dolnej części. Naprawa tak unikalnego i zarazem starego samolotu może być niezwykle skomplikowana, droga i czasochłonna – nie można zatem wykluczyć, że maszyna ta nigdy nie wróci do latania, co może dla NASA oznaczać poważny problem w kontekście zbliżającej się załogowej misji Artemis II. NASA wszakże nie opublikowała żadnego stanowiska w tej sprawie.
Czytaj też: Samsung zapowiada nową warstwę prywatności dla Galaxy. Ma chronić przed podglądaniem w miejscach publicznych
Pół wieku służby WB-57 dla nauki
Aby zrozumieć wagę tej straty, trzeba spojrzeć na historię i możliwości tych maszyn. Konstrukcyjnie samoloty te to silnie zmodyfikowany na potrzeby pracy naukowej bombowiec Martin B-57 Canberra, który do służby wszedł w 1953 roku. Wersję badawczą dla NASA, oznaczoną jako WB-57 wprowadzono do służby w 1972 roku, wykonując zadania, do których nie nadają się inne platformy – dzięki wydłużonym skrzydłom maszyny mogą bowiem operować na wysokościach przekraczających 18 300 metrów, co czyni je idealnymi do badań górnych warstw atmosfery i obserwacji wejść w atmosferę obiektów kosmicznych.
Przez dekady wykorzystywano je do najróżniejszych celów: śledzenia huraganów, zbierania próbek pyłu kometarnego czy monitorowania startów rakiet, takich jak Starship firmy SpaceX. To prawdziwi weterani – ich konstrukcja wywodzi się jeszcze od brytyjskiego samolotu English Electric Canberra, który amerykańskie siły powietrzne adaptowały jako B-57. Jeden z trzech obecnie używanych przez NASA egzemplarzy został wręcz odratowany ze stanu przechowywania na słynnym cmentarzysku samolotów w Arizonie i przywrócony do służby w 2013 roku.
Teraz ta niewielka, elitarna flota prawdopodobnie zmniejszy się do dwóch maszyn. Oznacza to większe obciążenie dla pozostałych egzemplarzy, potencjalne opóźnienia w misjach i jasno pokazuje, jak kruche jest uzależnienie od wyspecjalizowanego, ale starzejącego się sprzętu. Incydent w Houston, choć szczęśliwie zakończony dla załogi, jasno wskazuje też na potrzebę pilnej modernizacji floty samolotów badawczych, jaka pozostaje w dyspozycji NASA.