
Hanford w stanie Waszyngton to miejsce, w którym przez dekady produkowano pluton dla amerykańskiego arsenału nuklearnego. Dziś ten rozległy teren jest jednym z najbardziej skażonych radioaktywnie obszarów na całej Półkuli Zachodniej, a wpadł w światło medialnych reflektorów dlatego, że amerykański Kongres zatwierdził finansowanie, które bije wszelkie dotychczasowe rekordy. Przyznane 3,2 miliarda dolarów (około 12,8 miliarda złotych) na rok fiskalny 2026 to wyraźny sygnał, że problem wreszcie traktuje się z należytą powagą. To bowiem o 200 milionów dolarów więcej niż w poprzednich latach.
Historia, która ciąży na środowisku i to wcale nie przesada
Korzenie problemu sięgają lat 40. ubiegłego wieku. W 1943 roku, w ramach tajnego projektu Manhattan, uruchomiono w Hanford pierwsze reaktory. Ich jedynym zadaniem była produkcja plutonu. Materiał z tego ośrodka posłużył do zbudowania bomby zrzuconej na Nagasaki. Po wojnie działalność nie tylko nie zamarła, ale wręcz przyspieszyła. W szczytowym okresie zimnej wojny pracowało tu dziewięć reaktorów, ale ten stan rzeczy nie trwał zbyt długo. Do ostatecznego zamknięcia kompleksu w 1987 roku wyprodukowano łącznie 67 ton plutonu.
Czytaj też: Światło idzie w odstawkę. Inżynierowie mają coś lepszego dla materiałów kwantowych

Odpady traktowano jako konieczny, ale drugorzędny skutek uboczny. Brakowało procedur, które dziś są oczywistością oraz standardów bezpieczeństwa opartych na wieloletnim monitoringu środowiska. W praktyce całe założenie sprowadzało się do założenia, że przyszłe pokolenia jakoś sobie z tym poradzą, gdy najpilniejsze potrzeby militarne zostaną zaspokojone. Trzeba przy tym pamiętać, że nie mówimy o jednorazowym epizodzie, lecz o wielodekadowej działalności prowadzonej w realiach zimnej wojny. W czasach, gdy liczba wyprodukowanych głowic jądrowych była elementem politycznego prestiżu, nikt nie rozliczał Hanfordu z pozostawionych w ziemi ton metali ciężkich i izotopów promieniotwórczych. Efekt tej działalności jest prosty i przyjmuje postać ogromnej ilości niebezpiecznych odpadów chemicznych i radioaktywnych.
Najgroźniejsze z pozostałości zostały zgromadzone w 177 podziemnych zbiornikach, a łącznie znajduje się w nich około 212 milionów litrów silnie toksycznych substancji. Najczarniejszy scenariusz już się jednak częściowo ziścił, bo wedle szacunków przecieka aż jedna trzecia tych zbiorników, co sprawiło, że do warstwy wodonośnej, położonej kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią, przedostało się już około 3,8 miliona litrów odpadów. To bezpośrednie zagrożenie dla ekosystemu rzeki Kolumbia, oddalonej o niecałe 11 kilometrów. Właśnie troska o ten kluczowy ciek wodny oraz bezpieczeństwo lokalnych społeczności skłoniła władze stanowe i federalne do podpisania w 1987 roku porozumienia, które zobowiązywało do gruntownego oczyszczenia terenu.

W praktyce każdy z 177 zbiorników to osobny projekt inżynieryjny, a nie powtarzalny element taśmowej operacji, więc “masowe działanie” nie jest tutaj możliwe. Część z nich powstawała w pośpiechu, z użyciem technologii, które dziś uznalibyśmy za tymczasowe. Inne były modernizowane, łatane, wzmacniane na różne sposoby, często w oparciu o krótkoterminowe plany. Dla ekip odpowiedzialnych za oczyszczanie oznacza to mierzenie się z dziesiątkami wariantów konstrukcyjnych, różnymi składami chemicznymi odpadów i niepewnością co do rzeczywistego stanu zbiorników, które z zewnątrz wyglądają stabilnie, a od środka mogą być już poważnie osłabione.
Powolny marsz naprzód wśród licznych opóźnień
Po latach przygotowań w 2025 roku uruchomienia doczekała się wreszcie kluczowa instalacja, bo Zakład Przetwarzania i Unieruchamiania Odpadów. Jego zadaniem jest przekształcanie płynnych odpadów radioaktywnych w trwałe szkło, które następnie można bezpiecznie zdeponować pod ziemią. Jest to niewątpliwy technologiczny sukces, choć w kontekście ogromu pracy, jaka pozostała, wygląda jak kropla w morzu.
Czytaj też: Uciekli do portu, bo zaatakował ich potwór. Mija prawie pół wieku bez jednoznacznej odpowiedzi
Harmonogram prac od dawna nie jest aktualny. Pierwotny termin zakończenia oczyszczania wszystkich odpadów minął w 2019 roku. Obecnie zakłada się z kolei, że opróżnienie 149 starszych, jednopowłokowych zbiorników zakończy się do 2043 roku. Pozostałe 28 nowocześniejszych zbiorników ma być zabezpieczonych do 2052 roku. Kolejna instalacja do przetwarzania mniej radioaktywnych odpadów ma ruszyć dopiero w latach 30. tego wieku i poradzi sobie z niecałą połową tego typu materiałów.
Rekordowy budżet to wciąż za mało
Mimo że przyznane finansowanie jest najwyższe w historii, to eksperci nie kryją rozczarowania. Stanowy Departament Ekologii szacował, że aby prace szły zgodnie z koniecznym tempem, na rok 2026 potrzeba około 6,15 miliarda dolarów. Zatwierdzona kwota jest więc o niemal 3 miliardy niższa od realnych potrzeb, a paradoksalnie, oszczędzanie teraz może w przyszłości kosztować wielokrotnie więcej. Każde opóźnienie zwiększa ryzyko dalszych wycieków i degradacji starzejącej się infrastruktury, co finalnie przełoży się na wyższe koszty i większe zagrożenie.
W ciągu ostatniego roku poczyniliśmy ogromne postępy w Hanford. Wiele z tych osiągnięć było przygotowywanych przez dziesięciolecia. Musimy utrzymać finansowanie na poziomie, który pozwoli nam przyspieszyć tempo oczyszczania i zmniejszyć ryzyko katastrofalnego zawalenia się infrastruktury lub uwolnienia zanieczyszczeń – Casey Sixkiller, dyrektor Departamentu Ekologii stanu Waszyngton
Czytaj też: Anomalia grawitacyjna pod Atlantykiem wykryta przez satelity. Tajemnicze przesunięcie sięga 2007 roku
Sixkiller zwraca również uwagę na prawne i moralne zobowiązania rządu federalnego wobec mieszkańców. Gubernator Bob Ferguson określił z kolei ten rekordowy budżet jako wyraźny krok w dobrą stronę. Patrząc z polskiej perspektywy, gdzie również mierzymy się z trudnym dziedzictwem przemysłowym, ta sytuacja pokazuje uniwersalną prawdę: zanieczyszczenie jest tanie i szybkie, a jego sprzątanie niezwykle kosztowne i trwa pokolenia. Chociaż 3,2 miliarda dolarów to wciąż za mało, to sam fakt priorytetowego traktowania sprawy daje iskierkę nadziei. Pewne jest, że oczyszczenie Hanford potrwa jeszcze dekady, ale każda, nawet niedoskonała, decyzja finansowa przybliża moment, gdy ziemia ta przestanie być bombą z opóźnionym zapłonem.