
Oceany skrywają wciąż więcej tajemnic, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Nawet najnowocześniejsza technologia i potężne okręty wojenne mogą czasem natknąć się na coś, co wymyka się wszelkim przewidywaniom i podręcznikom. Tak właśnie stało się z amerykańską fregatą USS Stein, której rutynę przerwało coś znacznie bardziej niezwykłego niż standardowa usterka techniczna. W 1978 roku ten okręt wypłynął z San Diego na swój pierwszy rejs, a misja przebiegała bez większych problemów, aż do momentu, gdy nagle przestał funkcjonować kluczowy sprzęt sonarowy. Załoga nie miała wyboru – okręt musiał przerwać operację i zawrócić do portu. Wstępne oględziny nie wskazywały na zwykłą awarię, a to, co odkryto później, postawiło przed marynarzami i naukowcami zagadkę rodem z opowieści o morskich potworach.

Szpony z głębin pozostawione na sonarze
Po wpłynięciu do suchego doku, podoficer Ira Carpenter postanowił osobiście zbadać osłonę sonaru na kadłubie. Widok, który ujrzał, wprawił w zdumienie nawet doświadczonego marynarza. Gumowa powłoka była poryta dziesiątkami głębokich, ostrych nacięć, a w szczelinach tkwiły tajemnicze, przypominające zęby lub pazury fragmenty. Wywiad ten został nagrany.
Spójrz, wygląda na to, że zaatakowała nas gromada małych aligatorów. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, a ten rodzaj uszkodzeń był dla mnie zupełnie nowy – stwierdził Carpenter, który wydobył jeden z obiektów nożem.


Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych zwróciła się o ekspertyzę do biologa morskiego dr. Forresta Glenna Wooda. Po dokładnej analizie próbek zaklinowanych w gumowej powłoce sonarowej kopuły badacz stwierdził, że są to haczyki z ramion dużej kałamarnicy. To rozpoznanie uruchomiło lawinę interpretacji: od ogólnego określenia olbrzymi głowonóg po medialne sugestie, że za atakiem mogła stać wręcz kałamarnica kolosalna lub nieznany jeszcze nauce gatunek. Dziś wiemy jednak, że o pełnym konsensusie nie ma mowy.
Czytaj też: Abrams M1E3 ma więcej ekranów niż przycisków. Czołg USA nowej generacji wywołał dyskusje
Nowsze analizy rozmiaru i kształtu haczyków oraz ich porównanie z opisanymi gatunkami sugerują, że wcale nie musiały należeć do mitycznego giganta rodem z legend o Krakenie, lecz do przedstawiciela rodziny Onychoteuthidae, czyli tzw. kałamarnic hakowych. Jest to grupa głowonogów, których macki nie kończą się klasycznymi przyssawkami, ale dwoma rzędami haków idealnie przystosowanych do wczepiania się w śliskie ciało ofiary. Sprawca ataku na sonar USS Stein mógł być więc nie tyle potworem z wyobraźni, ile stosunkowo niewielkim, ale bardzo dynamicznym drapieżnikiem, który w ferworze ataku wziął sonarową kopułę za dużą, dziwnie pachnącą istotę, a nie fragment okrętu.

Drugą warstwą zagadki jest sama technologia. Sonarowa kopuła okrętu była pokryta specjalną, elastyczną powłoką, która miała tłumić szumy i poprawiać czułość systemu. W normalnych warunkach taka guma jest odporna zarówno na ciśnienie, jak i na drobne uszkodzenia mechaniczne. Fakt, że coś potrafiło nie tylko ją podziurawić, ale wręcz wyrwać z niej całe pasy materiału, świadczy o ogromnej sile uderzenia, powtarzalnym ruchu i niezwykłej budowie narzędzia ataku. Dla inżynierów to bezcenny, choć niepokojący eksperyment terenowy, bo oto okazało się, że nawet nowoczesna powłoka opracowana z myślą o ochronie sprzętu wojskowego może okazać się bezradna wobec biologicznego projektu, który ewoluował miliony lat z myślą o chwytaniu i rozdzieraniu mięsa, a nie gumy technicznej.
Nieuchwytny gigant z zimnych wód Antarktyki
W medialnych relacjach najszybciej rozgrzała wyobraźnię hipoteza, że za uszkodzenia na sonarze USS Stein mogła odpowiadać kałamarnica kolosalna (Mesonychoteuthis hamiltoni) – jeden z najbardziej enigmatycznych mieszkańców głębin. Ten gatunek jako jedyny przedstawiciel swojej rodziny wyposażony jest w obrotowe haki na mackach, którymi chwyta i rozrywa zdobycz. Dorosłe osobniki mogą osiągać imponujące rozmiary, bo nawet do około 7 metrów długości przy masie sięgającej pół tony.

Problem w tym, że kałamarnica kolosalna jest gatunkiem silnie związanym z zimnymi wodami Oceanu Południowego otaczającego Antarktydę. Tymczasem USS Stein operował w zupełnie innym rejonie Pacyfiku, a więc daleko od typowego zasięgu tego zwierzęcia. Z tego powodu wielu badaczy traktuje kolosalną interpretację raczej jako atrakcyjne publicystycznie skojarzenie niż najbardziej prawdopodobny scenariusz. Znacznie lepiej z geografią i znanymi danymi pasuje wspomniana wcześniej rodzina Onychoteuthidae – hakowate kałamarnice spotykane w ciepłych i umiarkowanych wodach światowego oceanu, a w tym we wschodniej części Oceanu Spokojnego.
Czytaj też: Cichy jak cień, a uzbrojony jak kilka wyrzutni lądowych. Chiny budują podwodnego potwora

Sam gatunek Mesonychoteuthis hamiltoni wciąż pozostaje jednak symbolem tego, jak niewiele wiemy o głębinowych drapieżnikach. Przez dziesięciolecia nauka znała go głównie z fragmentów znajdowanych w żołądkach kaszalotów oraz sporadycznie wyławianych martwych okazów. Dopiero w 2025 roku, a więc niemal pół wieku po incydencie z USS Stein, międzynarodowej ekipie badawczej udało się po raz pierwszy zarejestrować żywego, młodocianego osobnika kałamarnicy kolosalnej w jego naturalnym środowisku – na głębokości około 600 metrów w pobliżu Wysp Sandwich Południowych.
Zagadka, która wciąż zastanawia
Mimo że dziś potrafimy znacznie lepiej zawęzić grono podejrzanych, zagadka USS Stein pozostaje otwarta i budzi zdrowe, naukowe wątpliwości. Analiza dr Wooda i późniejsze porównania wskazują, że w grę wchodzi duża kałamarnica wyposażona w haki na mackach i to prawdopodobnie przedstawiciel rodziny Onychoteuthidae. Z drugiej strony w przestrzeni publicznej wciąż żywa jest wizja kolosalnego głowonoga, takiego jak kałamarnica kolosalna, choć w jej przypadku zawadza geografia, preferencje środowiskowe i głębokość występowania. Trudno sobie wyobrazić, by typowy mieszkaniec zimnych, antarktycznych wód nagle pojawił się u wybrzeży Kalifornii i to na głębokości dostępnej dla fregaty operującej w pobliżu powierzchni.
Czytaj też: Cały arsenał na jednym superżołnierzu. Chiny testują wizję piechoty przyszłości
Pojawiają się więc pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy był to pojedynczy, zbłąkany lub chory osobnik, który zapuścił się tysiące kilometrów od swojego naturalnego zasięgu? Czy agresywny, ale wcale nie rekordowy przedstawiciel kałamarnic hakowatych, który wziął gumową kopułę sonaru za nietypową zdobycz? A może faktycznie mamy do czynienia z przedstawicielem gatunku, który dopiero czeka na opisanie w literaturze naukowej?