
Jeśli ktoś miałby wybrać najbardziej rozpoznawalny czołg ostatnich czterech dekad, to Abrams znalazłby się w ścisłej czołówce. Od Pustynnej Burzy, przez Irak, po dostawy dla Ukrainy – ten wóz był symbolem potęgi pancernej USA. Problem w tym, że świat od tamtej pory się zmienił. Na polu walki pojawiły się drony, precyzyjna amunicja, rozbudowane systemy rozpoznania i wszechobecna elektronika, a sam Abrams systematycznie “puchł” do ponad 70 ton masy bojowej. Utrzymanie tego kolosa w linii stało się kosztowne, a dokładanie kolejnych warstw pancerza, elektroniki i osłon aktywnych do starej konstrukcji przestało mieć sens.
Czytaj też: No to się porobiło. Miały być nie do powstrzymania, ale Amerykanie pokazali nową broń

Dlatego moment, w którym Armia USA wystawiła na Detroit Auto Show prototyp M1E3, nie jest tylko ciekawostką dla fanów czołgów, ale czytelnym sygnałem, gdzie Amerykanie chcą być z czołgami około 2040 roku. Pokazany M1E3 nie jest finalnym M1A3, lecz dopiero co prototypem, a tym samym poligonem doświadczalnym. Ma w sobie bezzałogową wieżę, trzyosobową załogę zamkniętą w kadłubie, nową architekturę cyfrową, zdalnie sterowaną stację uzbrojenia i szereg kamer oraz sensorów zamiast klasycznych peryskopów. Według Armii USA to dopiero pierwszy z czterech demonstratorów, które mają trafić do jednostek liniowych jeszcze przed końcem dekady, aby żołnierze mogli realnie “przetestować przyszłość” Abramsa zanim ruszy produkcja M1A3.
Abrams na dekadę dronów. Co tak naprawdę pokazuje prototyp M1E3?
Decyzja o pójściu w kierunku M1E3 to w dużej mierze przyznanie, że dotychczasowa ścieżka modernizacji Abramsa się wyczerpała. We wrześniu 2023 roku Armia USA oficjalnie zamknęła program M1A2 SEPv4, zapowiadając zamiast tego opracowanie nowej wersji zgodnej z ideą “modular open-systems architecture”. Ma to pozwolić na szybsze wprowadzanie zmian i uniknięcie sytuacji, w której kolejne bloki modernizacyjne tylko podbijają masę i komplikują serwis.

Raport do Kongresu z końca 2025 roku jasno wskazuje, że już w założeniach M1E3 ma być lżejszy, mieć zintegrowany system aktywnej ochrony (APS) oraz hybrydowy układ napędowy – wszystko po to, aby poprawić efektywność paliwową, uprościć logistykę i lepiej wkomponować czołg w środowisko nasycone dronami, czujnikami i zakłóceniami elektronicznymi. Dobitnie widać tu lekcje z Ukrainy, gdzie ciężkie wozy pozbawione nowoczesnej osłony i świadomości sytuacyjnej szybko stają się łatwym celem dla tanich środków rażenia.
M1E3 na salonie samochodowym: demonstrator, a nie ostateczny Abrams M1A3
Sam wybór Detroit Auto Show jako sceny premiery jest symboliczny. Z jednej strony chodzi o wodzenie publiczności za nos, bo przecież ogromny czołg wśród pickupów i elektryków przyciąga media i potencjalnych rekrutów. Z drugiej jest to podkreślenie, że wojsko chce być postrzegane jako część tej samej gospodarki innowacji, która wystawia tam swoje produkty. Prezentowany aktualnie M1E3 jest jednym z kilku wczesnych demonstratorów, które mają służyć testom układu załogi, ergonomii, systemów cyfrowych i sposobu integracji wyposażenia.
Prototyp ten zbudowała firma Roush Defense z Warren w stanie Michigan, a pełne planowanie produkcji M1A3 ma wziąć na siebie General Dynamics Land Systems. Amerykańska armia chce mieć pluton czterech pre-prototypów do badań wojskowych już w 2026 roku, co ma skrócić typowy 6-7 letni cykl rozwojowy nawet o dwie trzecie.
Bezzałogowa wieża i kapsuła załogi w kadłubie Abramsa M1E3
To, co najbardziej rzuca się w oczy na zdjęciach z Detroit, to wieża, która z zewnątrz wygląda jak zmodyfikowany stary Abrams, ale de facto jest już modułem bezzałogowym. Bazą jest skorupa wieży M1A1, ale zniknęły z niej włazy i peryskopy załogi, a układ przyrządów celowniczych został przeprojektowany. Obsługa armaty i sensorów odbywa się z wnętrza kadłuba, gdzie cała trzyosobowa załoga siedzi w opancerzonej kapsule, co znamy m.in. z projektu rosyjskiej legendy-Yeti w postaci T-14 Armata.

Główne uzbrojenie pozostaje na razie bez rewolucji, bo w demonstratorze zastosowania doczekała się gładkolufowa armata M256 kalibru 120 mm, która jest znana z obecnych wersji Abramsa. Z tyłu wieży pojawił się natomiast nowy, powiększony przedział, w którym ma pracować automat ładowania, który pozwala zejść z czteroosobowej załogi (kierowca, dowódca, działonowy, ładowniczy) do trzech żołnierzy. Na lewo od jarzma armaty widać charakterystyczne okno dla sensora głównego, które nie występuje w starszych wersjach Abramsa. W M1E3 z Detroit zastosowano przede wszystkim głowicę optoelektroniczną Leonardo S3 w roli panoramicznego przyrządu dowódcy i podstawowego celownika. To odróżnia demonstrator od wcześniejszego AbramsX, gdzie ciekawą rolę pełnił francuski Safran PASEO.
Czytaj też: Kto naprawdę rządzi pod wodą? Najnowsze zestawienia burzą stary porządek
Wieża jest otoczona zestawem kamer i czujników wizyjnych, które mają zapewnić widok 360 stopni i zastąpić klasyczne peryskopy. To rozwiązanie wpisuje się w szerszy trend “pancernych kokpitów” znany już z K2 czy nowych wersji Merkawy, ale równocześnie rodzi pytania o wrażliwość takich systemów na uszkodzenia odłamkami i awarie w trudnych warunkach pogodowych.
Modułowa stacja uzbrojenia i antydronowy radar
Na górnej części wieży Abramsa M1E3 zamontowano zdalnie sterowaną stację uzbrojenia EOS R400 Mk2, którą łatwo rozpoznać na zdjęciach. Pokazywana konfiguracja łączy automatyczny granatnik 40 mm Mk19 z karabinem maszynowym 7,62 mm i wyrzutnią pocisku FGM-148 Javelin. Nie jest to zapewne ostateczny zestaw, a raczej pokaz możliwości. Armia USA podkreśla zresztą, że stacja jes

R400 współpracuje z radarem EchoGuard, który ma dostarczać krótkodystansowego dozoru i funkcji wykrywania oraz śledzenia dronów. Samo zestawienie klasycznej broni strzeleckiej, granatnika i pocisku przeciwpancernego z radarem antydronowym dobrze pokazuje, jak bardzo zmieniło się otoczenie pola walki od czasu pierwszych Abramsów. Czołg przestaje być już bowiem wyłącznie “łowcą innych czołgów” i musi być gotowy na odparcie niewielkich bezzałogowców atakujących z góry albo z boku.
Czołg Abrams M1E3 to też przeprojektowany kadłub i nowe miejsce dla załogi
Jeszcze większe zmiany widać w kadłubie. Przednia górna płyta jest inaczej ukształtowana niż w M1A2, a zamiast pojedynczego włazu kierowcy pojawiły się dwa włazy w części czołowej. To sugeruje zupełnie nowy układ wnętrza, w którym przynajmniej część załogi siedzi obok siebie, a nie w rozproszonych stanowiskach. Przeorganizowanie przedziału kierowania i bojowego wymusiło zapewne przeniesienie zbiorników paliwa i części wyposażenia w inne miejsca, choć szczegółowy układ pozostaje na razie tajemnicą. Z zewnątrz widać także liczne kamery, reflektory i czujniki rozlokowane po kadłubie i wieży. Ich zadaniem jest zbudowanie dookolnego obrazu sytuacji, podobnie jak w nowoczesnych samochodach. Różnica polega na tym, że tutaj od jakości i niezawodności tego obrazu zależy nie tylko wygoda parkowania, ale życie całej załogi.
Najbardziej medialnym elementem wnętrza M1E3 stał się jednak… kontroler do gier. Podczas Detroit Auto Show dziennikarze mogli zobaczyć stanowisko kierowcy z komercyjną kierownicą i wolantem firmy Fanatec, wykorzystywanym jako główny interfejs sterowania. Według przedstawicieli armii chodzi o już istniejący, łatwo modyfikowalny sprzęt, który znacząco skraca czas szkolenia żołnierzy wychowanych na grach wideo. Lokalne media z Detroit cytują wypowiedzi wojskowych, którzy mówią wprost – celem jest to, by nowy rekrut mógł ogarnąć podstawy prowadzenia czołgu po serii krótkich sesji, a nie po wielomiesięcznym kursie.
Stanowiska w kapsule załogi są w pełni cyfrowe i konfigurowalne. Oznacza to, że fizyczne przyciski zastępowane są w dużej mierze ekranami i oprogramowaniem, które można aktualizować jak w nowoczesnym samolocie czy samochodzie. Co istotne, prototyp M1E3 ma być zdolny do jazdy i prowadzenia ognia nawet przy załodze zredukowanej do jednej osoby, choć nie jest to scenariusz przewidziany jako standard, a raczej demonstracja poziomu automatyzacji, jaki Armia USA chce osiągnąć w przyszłym M1A3.
Taki poziom cyfryzacji budzi jednak wątpliwości. Z jednej strony zdecydowanie ułatwia szkolenie, otwiera drogę do aktualizacji software’u i wdrażania nowych funkcji, ale z drugiej opiera przetrwanie czołgu na skomplikowanej elektronice, która musi działać w wibracjach, kurzu, błocie, przy wstrząsach od odpalania armaty i bliskich trafień. Historia innych programów modernizacyjnych pokazuje, że cyfrowe kokpity potrafią generować tyle samo problemów, co rozwiązań, jeśli nie zostaną dobrze dopracowane.
Napęd prototypu M1E3 to nadal klasyka, ale nie na zawsze
Pod względem napędu M1E3 z Detroit jest hybrydą w sensie organizacyjnym, ale nie technicznym. Wojsko przyznaje, że pokazywany demonstrator zachowuje klasyczną turbinę gazową Abramsa, podczas gdy docelowy M1A3 ma otrzymać nową jednostkę wysokoprężną i napęd hybrydowy. Mówi się o współpracy z Caterpillarem i przekładni ACT1075LP od SAPA oraz o potencjalnym wzroście efektywności paliwowej rzędu 40 procent względem obecnych wersji. Jednocześnie Armia USA wyznaczyła cel masowy na poziomie około 60 ton dla M1E3, podczas gdy obecny M1A2 SEPv3, z pełnym ładunkiem bojowym, zbliża się do około 78 ton. Redukcja o te kilkanaście ton przy równoczesnym dodaniu systemu APS, hybrydowego napędu, nowej elektroniki i bezzałogowej wieży brzmi wręcz ambitnie.

Przyszły M1A3 ma też od początku integrować w sobie aktywną ochronę – najpewniej system pokroju Trophy, już dziś stosowany na części Abramsów, albo nowy, bardziej zaawansowany zestaw. Do tego dochodzi wspomniany hybrydowy napęd z akumulatorami, który ma nie tylko oszczędzać paliwo, ale także obniżać sygnaturę termiczną i akustyczną wozu oraz zasilać sensory, radary i systemy walki elektronicznej przy wyłączonym silniku spalinowym.
Czy to jeszcze Abrams, czy już nowa generacja czołgów?
Choć M1E3 formalnie wpisuje się w linię Abramsów, to cały zakres zmian sugeruje raczej przeskok generacyjny niż kolejną wersję rozwojową. Bezzałogowa wieża, kapsuła załogi w kadłubie, integracja APS, hybrydowy napęd, pełna cyfryzacja stanowisk i otwarta architektura systemowa to cechy, które stawiają M1A3 bliżej takich koncepcji jak K2 Black Panther czy T-14 Armata niż klasycznego M1A2 SEPv3. Pozostaje jednak podstawowe pytanie: czy Armia USA zdoła realnie wdrożyć taki wóz w setkach egzemplarzy, unikając pułapki laboratorium na gąsienicach, w której ugrzęzła rosyjska Armata?

Przyspieszenie programu, o którym mówi armia, opiera się na cyfrowym projektowaniu, modularności i z góry założonej akceptacji kontrolowanego ryzyka. Brzmi to nowocześnie, ale wymaga ogromnej dyscypliny inżynieryjnej i stabilnego finansowania przez całą dekadę. Dlatego też na razie M1E3 jest przede wszystkim lustrem, w którym odbijają się wszystkie lęki i ambicje współczesnej broni pancernej. Z jednej strony widać w nim chęć odcięcia się od problemu “za ciężkiego, za paliwożernego” Abramsa i adaptacji do świata dronów, sieci sensorów i inteligentnych pocisków, a z drugiej ryzyko, że w pogoni za cyfrową rewolucją i nowymi hasłami marketingowymi wojsko dostanie wóz bardzo zaawansowany, ale trudny do masowego serwisowania i odbudowy po stratach.
Czytaj też: Stare działa jak zabawki. Nowa “snajperska armata” XM913 przewyższa nawet Bushmastera
Jedno jest pewne: prototyp z Detroit nie jest ostatnim słowem tej historii. To raczej pierwszy szkic nowej generacji amerykańskiego czołgu, który ma walczyć w latach 30. i 40. XXI wieku. Jak bardzo będzie przypominał klasycznego Abramsa, a jak bardzo maszyny w stylu K2 czy Armaty, rozstrzygną nie tylko inżynierowie, ale i doświadczenia z wojen, które dopiero nadejdą.