Interstellar przewidział przyszłość. Czarna dziura z filmu Nolana istnieje naprawdę

Gdy w 2014 roku na ekrany kin wszedł Interstellar Christophera Nolana, widzowie mogli zachwycać się genialną warstwą audiowizualną. Forma, w jakiej przedstawiono kluczową dla fabuły filmu czarną dziurę – znaną jako Gargantua – wydawała się zbyt idealna, by mogła istnieć naprawdę. Ale mało kto podejrzewał, że za tymi obrazami stoi ścisła współpraca z nauką, a sama wizja okaże się zdumiewająco trafna. Trudno jednak mówić o przypadku, ponieważ w ekipie filmowej znalazło się miejsce dla Kipa Thorne’a, jednego z czołowych fizyków teoretycznych. Jego rolą nie było doradztwo w luźnym tego słowa znaczeniu. Thorne zaangażował się głęboko w proces tworzenia, zapewniając, że każdy szczegół wizualny ma solidne podstawy w równaniach ogólnej teorii względności.
...

Artystyczna wizja z matematycznym zapleczem

Thorne i zespół odpowiedzialny za warstwę efektów wizualnych nie szli na łatwiznę. Zamiast artystycznych uproszczeń, stworzyli zaawansowane symulacje komputerowe oparte na rzeczywistych modelach matematycznych. Produkt końcowy był więc nie tylko ładny, ale i naukowo wiarygodny. Pełne docenienie tej pracy przyszło jednak później. W 2017 roku Kip Thorne otrzymał nagrodę Nobla za badania nad falami grawitacyjnymi, co tylko utwierdziło świat w przekonaniu, iż naukowiec zaangażowany w produkcję filmu znajduje się w absolutnym topie współczesnej fizyki.

Czytaj też: Teleskop Webba rozwikłał zagadkę czerwonych kropek. To nowy typ czarnych dziur

W kwietniu 2019 roku świat obiegła wieść, która sprawiła, że fani Interstellar przecierali oczy ze zdumienia. Zaprezentowano pierwsze w historii bezpośrednie obrazowanie horyzontu zdarzeń czarnej dziury. Obiekt w centrum galaktyki M87, oddalonej o 55 milionów lat świetlnych, na zdjęciu wyglądał niemal identycznie jak filmowa Gargantua. To nie była zwykła zbieżność. Film Nolana, nakręcony pięć lat wcześniej, niemal perfekcyjnie odwzorował to, co naukowcy zobaczyli dopiero teraz. Droga do tego ujęcia była niezwykle kręta. Projekt Event Horizon Telescope polegał na połączeniu ośmiu radioteleskopów rozsianych po całym globie w jeden wirtualny instrument o rozmiarze Ziemi. Zebrane dane były tak ogromne, że ich fizyczny transport na dyskach twardych okazał się praktyczniejszy niż wysyłanie przez internet.

Ciemny cień potwierdza teorię

Odkrycie było nie tylko spektakularnym widowiskiem, ale i poważnym argumentem naukowym. Pozwoliło na precyzyjne zmierzenie masy czarnej dziury w M87, która okazała się monstrualna. Ma ona bowiem około 6,5 miliarda mas Słońca. Co jednak najważniejsze, obserwacja stanowiła kolejny, mocny dowód na potwierdzenie teorii Einsteina. Sam Kip Thorne nie krył uznania, komentując odkrycie w mailu do The New York Times słowami:

Wspaniale jest widzieć niemal okrągły cień czarnej dziury. Nie ma wątpliwości, że to naprawdę jest czarna dziura w centrum M87, bez oznak odstępstw od ogólnej teorii względności

Czytaj też: Uciekające czarne dziury, czyli koszmar istnieje naprawdę. Naukowcy w końcu mają na to dowody

Mimo sukcesu, naukowcy nie spoczywają. Kolejnym, trudniejszym celem jest Sagittarius A*, a więc czarna dziura w centrum naszej własnej Drogi Mlecznej. Choć jest ona znacznie bliżej, jej mniejsza masa i szybsza dynamika otaczającej materii sprawiają, że jej sfotografowanie stanowi nowe, ogromne wyzwanie. Film Nolana zapisał się natomiast nie tylko w historii kina, ale i nauki.