
Rozwiązanie miało być proste, choć niezwykle śmiałe. Skoro naturalna, naładowana warstwa atmosfery bywa kapryśna i podatna na zakłócenia, należało stworzyć jej sztuczny odpowiednik. Miał on składać się z milionów maleńkich miedzianych dipoli, wystrzelonych na orbitę, które odbijałyby fale radiowe jak gigantyczne lustro. Wizja Ziemi otoczonej własnym, miedzianym pierścieniem przestała być jedynie fantazją.
Potrzeba niezawodnej łączności była w czasach Zimnej Wojny absolutnie kluczowa
Podstawowe środki komunikacji na duże odległości opierały się wtedy na dwóch kruchych filarach. Pierwszym były podmorskie kable, które w razie wojny można było po prostu przeciąć. Drugim naturalna jonosfera, odbijająca sygnały radiowe, jednak podatna na zaburzenia, szczególnie te wywołane wybuchami nuklearnymi na niskiej orbicie. Pentagon obawiał się scenariusza, w którym pierwsze uderzenie przeciwnika całkowicie odetnie Amerykę od świata. Koncepcja stworzenia sztucznej, orbitalnej warstwy odbijającej pojawiła się jako desperacka odpowiedź na te słabości. Teoria zakładała, że chmura miedzianych igieł długości kilku centymetrów zapewni wojsku kanał komunikacyjny niemożliwy do szybkiego zniszczenia.
Czytaj także: Ziemia oddala się od Słońca, a robi cię coraz cieplej. O co chodzi?
Kontrowersje wokół projektu były ogromne a środowisko naukowe podzielone
Pomysł spotkał się z natychmiastowym i gwałtownym sprzeciwem części astronomów. Obawiali się oni, że rozproszona chmura dipoli na stałe zanieczyści obraz nieba, uniemożliwiając obserwacje astronomiczne. Pojawiały się też głosy o zagrożeniach dla innych satelitów. Presja była na tyle silna, że Międzynarodowa Unia Astronomiczna oficjalnie ostrzegła przed moralnymi i materialnymi konsekwencjami takiej ingerencji w przestrzeń kosmiczną. Mimo tych protestów, Siły Powietrzne USA przystąpiły do działania. Pierwsza próba w 1961 roku zakończyła się kompletnym fiaskiem – system uwalniania igieł zawiódł i ładunek nie został prawidłowo rozmieszczony. Dopiero druga misja, w 1963 roku, przyniosła oczekiwany efekt. Na orbitę trafiło według szacunków od 120 do nawet 215 milionów miedzianych dipoli, uwalnianych przy pomocy specjalnego żelu, który wyparował w próżni.
System, choć działający, szybko stał się przestarzałym reliktem
Eksperyment technicznie się udał. Inżynierom udało się przesłać głos, tekst i dane pomiędzy stacjami w Massachusetts i Kalifornii, odbijając sygnał od nowo powstałej, sztucznej jonosfery. Wymagało to jednak użycia bardzo precyzyjnej i potężnej aparatury, a sam odbierany sygnał był rozmyty i opóźniony z powodu różnic w prędkościach orbitalnych poszczególnych igieł. Paradoksalnie, prawdziwym ciosem dla projektu okazał się błyskawiczny rozwój technologii satelitarnej. Tradycyjne satelity telekomunikacyjne stały się znacznie bardziej praktycznym i niezawodnym rozwiązaniem, czyniąc cały pomysł z miedzianą chmurą niemal natychmiast nieaktualnym. West Ford to przykład technologii, która zestarzała się, zanim na dobre rozwinęła skrzydła.
Najtrwalszym dziedzictwem projektu okazały się… śmieci kosmiczne
Plan zakładał, że pojedyncze, lekkie igły w stosunkowo krótkim czasie spłoną w atmosferze. Rzeczywistość okazała się inna. Wiele dipoli zbryliło się w większe grudki, które zaczęły zachowywać się jak zwykłe, niebezpieczne odpadki orbitujące wokół Ziemi. Do dziś NASA śledzi 46 takich skupisk pochodzących z West Ford, a część z nich krąży na wysokościach przekraczających 2000 kilometrów. Projekt, mający zapewnić bezpieczeństwo, przypadkiem stał się jednym z wczesnych i doskonałych przykładów zaśmiecania przestrzeni kosmicznej przez człowieka. Te pozostałości to materialny ślad epoki, w której inżynieryjna pomysłowość często wyprzedzała refleksję nad długofalowymi konsekwencjami.
Czytaj także: Ziemia zaczęła się kręcić szybciej po 2020 roku. To pierwszy taki przypadek w całej historii pomiarów
Cała afera miała jednak pewien pozytywny skutek uboczny.
Mimo że ostatecznie nie doszło do katastrofy dla astronomii, gorąca dyskusja wokół West Ford odcisnęła wyraźne piętno na kształtowaniu się międzynarodowego prawa kosmicznego. Kontrowersje te bezpośrednio wpłynęły na sformułowanie Artykułu IX Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej, który zobowiązuje sygnatariuszy do prowadzenia działalności w kosmosie z „należytą starannością”, by nie szkodzić pokojowemu wykorzystywaniu przestrzeni przez inne państwa. Historia miedzianych igieł stanowi więc ważne tło dla dzisiejszych dyskusji o mega-konstelacjach satelitów, takich jak Starlink czy projekt Kuiper. Pokazuje odwieczne napięcie między technologicznym wyścigiem a koniecznością ochrony wspólnego, kosmicznego dziedzictwa. West Ford to przypomnienie, że każdy, nawet najbardziej genialny pomysł, powinien być rozważany z myślą o tym, co pozostawi po sobie na orbicie.