
Region 4366, czyli źródło rekordowej aktywności
Wszystkie erupcje pochodziły z tego samego, niestabilnego obszaru na powierzchni Słońca, oznaczonego przez naukowców numerem 4366. To miejsce, w którym silne pole magnetyczne przebija się przez fotosferę, tworząc charakterystyczne, ciemniejsze plamy. To właśnie tam dochodzi do gwałtownych uwolnień nagromadzonej energii. Obszar ten przez kolejne dni pozostanie zwrócony w stronę naszej planety, co każe się spodziewać dalszej, wzmożonej obserwacji. Całą sytuację nieustannie śledzi Obserwatorium Dynamiki Słonecznej (SDO) należące do NASA, które rejestruje te zjawiska w ultrafiolecie. Na publikowanych obrazach rozbłyski są podświetlane na złoto, czerwień lub turkus, w zależności od długości fali, ukazując swój naprawdę imponujący zasięg.
Czytaj też: Zorze polarne nad Meksykiem i Japonią to był dopiero początek. Superburza słoneczna ujawniła coś więcej
Seria rozpoczęła się 1 lutego od trzech erupcji: najpierw o sile X1.0, następnie niespodziewanie potężnego X8.1, a zaraz po nim X2.8. Kolejnego dnia zarejestrowano rozbłysk X1.6, a 3 i 4 lutego odpowiednio X1.5 oraz X4.2. Ta sekwencja pokazuje, jak dynamiczny i nieprzewidywalny potrafi być ten konkretny region plam słonecznych. Siłę rozbłysków mierzy się w skali, gdzie litery A, B, C, M i X oznaczają kolejne rzędy wielkości. Każdy kolejny poziom w obrębie klasy X oznacza dziesięciokrotny wzrost mocy, co dobrze ilustruje, jak ekstremalny był rozbłysk oznaczony jako X8.1. Niektóre źródła szacują go nawet na X8.3, co plasuje go w pierwszej dwudziestce najsilniejszych erupcji od 1996 roku. To jednocześnie najpotężniejsze takie zjawisko od maja 2024 roku, co jest szczególnie ciekawe, biorąc pod uwagę, że teoretycznie aktywność Słońca powinna już słabnąć po przejściu szczytu cyklu.
Skutki dla Ziemi: zakłócenia łączności i brak zórz
Energia elektromagnetyczna z rozbłysków dociera do naszej planety w zaledwie osiem minut. Wszystkie sześć zdarzeń spowodowało krótkotrwałe, acz odczuwalne zakłócenia w łączności radiowej wysokiej częstotliwości, głównie na półkulach wystawionych akurat na działanie Słońca. W skrajnych przypadkach łączność mogła zaniknąć nawet na godzinę. Zanotowano także subtelne fluktuacje w sieciach energetycznych, niewielki wpływ na pracę niektórych satelitów oraz zakłócenia w nawigacji ptaków wędrownych, które polegają na polu magnetycznym Ziemi.
Warto rozróżnić tu dwa zjawiska: sam rozbłysk słoneczny i koronalny wyrzut masy (CME). Ten pierwszy to błyskawiczny impuls promieniowania, podczas gdy drugi polega na wyrzuceniu w przestrzeń ogromnych ilości namagnetyzowanej plazmy. To właśnie CME, a nie rozbłyski, są odpowiedzialne za spektakularne zorze polarne, gdy ich naładowane cząstki oddziałują z ziemską magnetosferą. Niestety, obserwacje nie potwierdziły istotnego wyrzutu masy towarzyszącego erupcjom z regionu 4366, co dla miłośników nocnych nieboskłonów oznacza rozczarowanie. Mówiąc krótko, pomimo rekordowej mocy rozbłysków, szanse na zorze są znikome.
