
Nothing Headphones (a) – parametry
- typ słuchawek: zamknięte, wokółuszne
- przetwornik: 40 mm dynamiczny, plastik powlekany tytanem
- pasmo przenoszenia: 20 Hz – 40 kHz
- pasmo przenoszenia mikrofonu: bd.
- łączność: Bluetooth 5.4, multipoint
- obsługiwane kodeki: SBC, AAC, LDAC
- skuteczność ANC: do 40 dB
- czas pracy przy odtwarzaniu muzyki:
- AAC:
- 135 h bez ANC
- 75 h z ANC
- LDAC:
- 90 h bez ANC
- 62 h z ANC
- rozmowy
- 72 h bez ANC
- 50 h z ANC
- AAC:
- ładowanie: przewodowe USB-C, akumulator 1060 mAh, pełne ładowanie 2 h, 5 min ładowania = 5 / 8 godzin pracy
- certyfikaty: IP52
- waga: 310 g
- funkcje dodatkowe: Fast Pair/Swift Pair
- cena: ~699 zł
Wzornictwo i konstrukcja
Nothing przyzwyczaił użytkowników do swojego ekstrawaganckiego wzornictwa. Może się ono podobać lub nie, ale z pewnością produkty firmy wyróżniają się w tłumie. W przypadku najnowszych smartfonów mam wrażenie, że firma Carla Pei się trochę pogubiła i zaczęła mylić ekstrawagancję z brzydotą, ale Headphone (a) to na szczęście nie dotyczy – mamy dobrze znaną bryłę Haedphone (1) z kilkoma zmianami.

Zewnętrzną część muszli Headphone (a) stanowi przezroczysty, owalny element – tu nastąpiła największa zmiana wizualna, szczerze mówiąc, w pierwowzorze pod plastikiem były bowiem schowane różne ozdobne „elementy”, w Headphone (a) natomiast tutaj dodany jest prosty akcent kolorystyczny w postaci różowego, żółtego, lub białego koloru. W przypadku wariantu czarnego także inne elementy są wykończone w ten sposób. Tutaj też dochodzi mocowanie pałąka i zawiasy, które niestety nie pozwalają na zbyt wiele – jedyne można nauszniki obrócić na płask, co nie czyni Headphone (a) sprzętem specjalnie mobilnym,
Druga część także wykonana jest z plastiku i to kolejne wskazanie na to, że Nothing chciał ograniczyć tu koszty, w pierwowzorze bowiem mieliśmy do czynienia z aluminium. Na prawym nauszniku w tym miejscu są też skoncentrowane wszystkie elementy sterujące – od wewnątrz przycisk parowania, od zewnątrz programowany przycisk asystenta, na bocznych krawędziach przycisk – rolka sterowania głośnością i pracą ANC i podłużne wychylane „wiosło” do kontroli odtwarzania.

Czytaj też: Test MSI Prestige 16 Flip AI+ C3MTG-067PL. Ultrabook z nowym procesorem Intela
Na dolnej części znalazł się włącznik zasilania, port USB-C i – uwaga – minijack. Słuchawki mogą pracować w trybie USB Audio oraz analogowo, jednak wyłącznie w trybie aktywnym – wyłączenie słuchawek zawsze przerywa odtwarzanie.
Nauszniki wykonane zostały z cienkiej sztucznej skóry, podobnie jak amortyzująca poduszka na pałąku. Wygląda to porządnie, aczkolwiek zdecydowanie wolałbym tu welur, w którym człowiek mniej się poci. Z doświadczenia niestety wiem też, że często takie nauszniki to pierwsze elementy, które ulegają zniszczeniu z upływem czasu, a trudno mi orzec, czy element ten jest w Headphone (a) wymienny.

Jakość wykonania mimo pewnych zastrzeżeń oceniam jednak bardzo dobrze, przejście na plastik zamiast aluminium słuchawkom nie zaszkodziło, jeśli chodzi o wrażenie, jakie robią. Dobre wrażenie. Szkoda tylko, że w ramach oszczędności zrezygnowano także ze sztywnego futerału – zamiast niego jest materiałowy woreczek z nadrukiem, o wątpliwej estetyce i właściwościach ochronnych.
Test Bayerdynamic MMX 150 Wireless – połączenie komfortu i jakości siadło tu aż za dobrze
Parę słów o komforcie
Słuchawki Nothing Headphone (a) mają ekstrawaganckie wzornictwo, niechybnie zatem pojawia się pytanie: czy to jest wygodne? I odpowiedź brzmi: „tak, ale”. Do ułożenia na głowie nie mam zastrzeżeń – dopasowują się idealnie, nie naciskając nadmiernie na głowę, ani nie przejawiając tendencji do spadania. Trochę większe mogłyby być nauszniki, które rozmiarami są gdzieś pomiędzy słuchawkami nausznymi i wokółusznymi i w moim przypadku nie obejmowały całej małżowiny, opierając się na jej dolnej części. Nie powoduje to, co prawda, wielkiego dyskomfortu, ale ma wpływ na drugi element, mianowicie grzanie – przy zapewnianej przez materiał nausznika wysokiej izolacji uszy i głową się po prostu bardzo grzeją i pocą. Warto o tym pamiętać i robić sobie przerwy.
Oprogramowanie Nothing X
Słuchawki Nothing Headphone można podłączyć klasycznie, wyszukując je w menu Bluetooth (wszystkie systemy) albo korzystając z mechanizmów szybkiego parowania z Androida i Windows. I będzie działało, o czym przekonałem się, używając tydzień przed oficjalną premierą, gdy dostępne w Google Play i AppStore oprogramowanie jeszcze ich nie obsługiwało.









Trzeba jednak zaznaczyć, że dodatkowa konfiguracja w NothingX jest w przypadku Headphone (a) właściwie obowiązkowa, bez włączenia w aplikacji pracy w trybie multipoint będziemy bowiem skazani na uciążliwe przełączanie się ręczne za każdym razem. Słuchawki domyślnie skonfigurowane są jako z dość mocnym wzmocnieniem basu w korektorze, wyłączona jest też możliwość pracy w trybie Hi-Res Audio z kodekiem LDAC – domyślnie słuchawki łączą się ze smartfonem przy użyciu SBC lub AAC.
Skoro już wspomniałem o korekcji, to ta część w słuchawkach Nothing Headphone (a) rozwiązana jest doskonale. Z poziomu oprogramowania mamy dostęp do filtru konturowego o 2 stopniach podbicia (domyślnie jest wyłączony i lepiej tak to zostawić) oraz do korektorów dźwięku – w wersji podstawowej w formie prostego w użyciu koła z trzema regulatorami wpływającymi na barwę dźwięku i kilku preselekcjami, jeśli chcemy skorzystać z gotowca.
W wersji zaawansowanej jest to ośmiopasmowy korektor graficzno-parametryczny, z możliwością samodzielnego definiowania dla każdego regulatora pasma i współczynnika Q (szerokość pasma cięcia/wzmocnienia). O ile korektor w słuchawkach BT jest właściwie standardem, to tak zaawansowany, jak w urządzeniach Nothinga wciąż należy do rzadkości.
Jakość dźwięku Headphone (a)
Do testów odsłuchowych korzystałem jak zwykle z playlisty testowej utworzonej w Apple Music. Składa się z utworów skompresowanych w formacie bezstratnym (zwykłym i Hi-Res) lub przestrzennym Dolby ATMOS. Źródłem sygnału podczas odsłuchów był iPhone 16 Pro Max (AAC, Dolby ATMOS) oraz tablet OnePlus Pad Go 2 (LDAC).
Zanim przejdę do jakości dźwięku, parę ciepłych słów należy się ANC. Słuchawki trafiły do mnie w wyjątkowo niefortunnym momencie, kurier zapukał bowiem do drzwi na chwilę przed moim pośpiesznym i nieplanowanym wyjazdem na SOR i do szpitala. Już po pierwszej nocy spędzonej na oddziale pulmonologicznym błagałem żonę, żeby je przywiozła, zabrane bowiem na szybko TWS nie radziły sobie zupełnie z wytłumieniem hałasu. A było co tłumić – grający non stop od rana do późnej nocy TV, chrapanie, posapywanie i posykiwanie sprzętu wspomagającego oddychanie, wreszcie sążnisty kaszel ciężkiego zapalenia płuc.

W to wszystko wjechały Nothing Headphone (a) i okazało się, że te warunki dla nich to nic – ich domyślna kalibracja okazała się znakomicie sobie radzić z każdym z tych hałasów z osobna i ze wszystkimi razem. Były takie wieczory, że tylko dzięki ANC można było zasnąć.
Zostawiając szpitalny survival, warto zaznaczyć, że ANC nie zmienia dostrzegalnie jakości dźwięku, a jego działanie można dostosować (lub ustawić wariant adaptacyjny) w ustawieniach Nothing X. Słuchawki mają też dobrze działający tryb Transparentność, dostępny przez przytrzymanie rolki.
Wracając jednak do jakości dźwięku: domyślnie słuchawki startują z ustawieniem basowym. To wariant uniwersalny, rozrywkowy, ale wydaje się nie oddawać sprawiedliwości możliwościom Headphone (a). Znacznie lepszy dźwięk popłynie ze słuchawek, gdy korekcję wyłączymy zupełnie albo wybierzemy dość subtelnie działający preset zrównoważony. W ten sposób można zbliżyć się dość skutecznie do brzmienia studyjnego, precyzyjnego i bez zbędnych podbarwień, niepozostawiający wątpliwości co do sceny i separacji instrumentów.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się aż tak dobrego, zrównoważonego i detalicznego brzmienia od nausznych słuchawek za 699 zł, do tego tańszych przecież o połowę od swojego pierwowzoru. W zasadzie nie mam się bowiem do czego przyczepić – słuchawki świetnie radzą sobie z miękkim i ciepłym bluesem, by chwilę później wybuchnąć bogactwem dźwięków barokowej orkiestry kameralnej Jordi Savalla, a w następnej w pełni precyzyjnie oddać subtelną jazzową perkusję albo elektroniczne, tajemnicze dźwięki „Beginnings are such delicate times” Hansa Zimmera.
Podsumowanie
Jeśli nie przeszkadza wam ekscentryczny wygląd tych słuchawek i cena mieści się w granicach możliwości – nie ma się co zastanawiać nad zakupem – warto, zwłaszcza że do zalet dopisuję tu także akumulator nie do zarżnięcia. Oczywiście nie jest to sprzęt bez wad, ale jest ich naprawdę mało – wygląd naprawdę trzeba polubić, nie każdy lubi w czymś takim wyjść na miasto, w Headphone (a) bywa też naprawdę gorąco (a lato dopiero przed nami), nie są specjalnie przenoście. Jednak i tak bym je kupił, ba, pewnie to zrobię…
