Edge sam podpowie, co psuje stronę
Nowa funkcja pojawi się w aktualizacji planowanej na czerwiec i nosi bardzo korporacyjną nazwę „Improved website compatibility with site troubleshooting controls”. Na szczęście jej działanie jest dużo prostsze niż sama nazwa. Jeśli Edge wykryje, że jakaś witryna działa nieprawidłowo, przeglądarka sama poinformuje użytkownika o możliwej przyczynie, pokaże szybkie rozwiązanie problemu i przekieruje bezpośrednio do odpowiednich ustawień.
Przykład? Jeśli ochrona prywatności w trybie „Strict” blokuje skrypty potrzebne do działania strony, Edge zasugeruje chwilowe poluzowanie zabezpieczeń właśnie dla tej konkretnej witryny. I to jest akurat bardzo sensowne. Bo kiedy widzimy zepsutą stronę, nie mamy pojęcia, czy winna jest przeglądarka, ustawienia prywatności, ciasteczka, zainstalowane blokery czy może problem leży po stronie samej witryny. Większość z nas nie ma specjalistycznej wiedzy i korzysta z przeglądarki do otwierania stron. Nie grzebiemy w ustawieniach, bo nawet jeśli wiemy, że są tam przydatne funkcje, to sposób ich podania jest całkowicie anty-użytkownikowy.
Przeglądarki zrobiły się zbyt „techniczne”
Mam wrażenie, że przez ostatnie lata przeglądarki coraz bardziej skupiały się na dodawaniu kolejnych funkcji, a coraz mniej na tłumaczeniu użytkownikowi, co właściwie się dzieje. Efekt? Internet momentami psuje się „po cichu”. Włączamy ostrzejszą ochronę prywatności i nagle sypie się płynność, a multimedia się w ogóle nie ładują. Twórcy przeglądarek często łączą ze sobą niektóre funkcje i chyba naiwnie myślą, że każdy, kto korzysta z ich programu, czyta dokładnie opisy i dzienniki zmian wydawane z aktualizacjami…
Czytaj też: Ludzie chcieli podglądać cudze wiadomości. Skończyło się wielkim scamem
Microsoft najwyraźniej w końcu przestał myśleć życzeniowo i spojrzał prawdzie w oczy – nie, przeciętny użytkownik nie czyta dziennika zmian i nie ma technicznej wiedzy. Dlatego przeglądarka musi ją mieć za niego i poprowadzić go za rękę, gdy pojawi się jakaś usterka. To bardziej ludzkie i realistyczne podejście do sprawy. Nie da się nagle zmienić milionów użytkowników, o wiele łatwiej więc zmienić samą przeglądarkę Edge.
Najciekawsze jest jednak to, że Microsoft bardzo wyraźnie dotyka tutaj większego problemu współczesnego internetu. Im bardziej próbujemy chronić prywatność poprzez blokowanie śledzenia, ograniczanie ciasteczek czy restrykcyjne ustawienia, tym częściej „psujemy” sobie działanie stron. Niestety, to nie zawsze wynika ze złej woli przeglądarek. Dzisiejszy internet jest po prostu zbudowany na ogromnej ilości skryptów, trackerów i zewnętrznych usług. Czasami wyłączenie jednego elementu powoduje efekt domina. Microsoft najwyraźniej uznał więc, że zamiast ukrywać ten konflikt, lepiej zacząć go tłumaczyć użytkownikowi.
To może być początek bardziej „ludzkiego” oprogramowania
Po tygodniu pełnym dziwnych newsów o przeglądarkach — od problemów z bezpieczeństwem po ciche pobieranie modeli AI — informacja o Edge’u brzmi wręcz zaskakująco rozsądnie. To też kierunek, w którym powinno iść nowoczesne oprogramowanie. Nie tylko dodawać kolejne funkcje, ale też pomagać ludziom rozumieć technologię, której używają.
Czytaj też: Google daje mi więcej prywatności w Chrome, ale nadal na własnych zasadach
Bo prawda jest taka, że dla większości osób biały ekran albo niedziałający przycisk to nie „problem kompatybilności witryny”, tylko zwykłe: „No i co się znowu zepsuło?”. Jeśli więc Edge faktycznie zacznie tłumaczyć takie rzeczy prostym językiem, może się okazać, że Microsoft zrobił coś dużo ważniejszego niż kolejną funkcję przeglądarki. Może po prostu sprawił, że internet stanie się odrobinę mniej frustrujący, a zamiast tego zacznie być zrozumiały nie tylko dla mnie, ale też dla mojej mamy czy nawet babci.
Źródło: Microsoft
