Co znajdziemy w pudełku?
Po ostatnich testach odkurzaczy pionowych chyba trochę byłam gotowa na pudło wypełnione milionem części, zwłaszcza że było ono ogromne i ciężkie. Na szczęście miło się zaskoczyłam, bo w środku części było niewiele. W jednym kartoniku rampa do stacji dokującej, w drugim zasilacz, pady mopujące, zapasowy worek na kurz, płyn do mycia i instrukcja. W kolejnym czekał już robot, a resztę kartonu zajmowała stacja. Dzięki temu całość miałam zmontowaną dosłownie w kilka minut i to działa naprawdę na plus. Dreame zadbało, by przygotowanie robota do pracy nie zajmowało zbyt wiele czasu. Podoba mi się to, w końcu te urządzenia właśnie do tego służą.

Moja wersja Dreame L50s Pro Ultra jest czarna, na stacji są subtelne złocenia i ogólnie wygląda to bardzo elegancko. Zdecydowanie nie ma się czego wstydzić, gdy zostawimy stację w korytarzu lub w salonie, w zależności, gdzie mamy akurat wolne miejsce. W stacji znajdują się też dwa pojemniki na czystą i brudną wodę, worek, do którego automatycznie odsysany jest kurz (według producenta może wystarczyć nawet na 100 dni pracy) oraz pojemnik na detergent. Przed sprzątaniem trzeba uzupełnić środek do mycia oraz wodę, podpiąć pady, a potem… potem możemy praktycznie zapomnieć o obsłudze urządzenia.
Robot, który nie panikuje na widok kabla
Jak już wspomniałam na początku, mojemu mieszkaniu daleko jest do ideału, więc Dreame L50s Pro Ultra miał dość ciężki test przed sobą i przyznam tu szczerze, że chociaż przed pierwszym sprzątaniem ogarnęłam trochę ilość rzeczy na podłodze, to nadal coś się znalazło – zapomniany kabel, zabawka czy ciuch, który niepostrzeżenie zsunął się z krzesła. Dreame L50s Pro Ultra korzysta jednak z technologii Smart Pathfinder Technology oraz systemu 3DAdapt, dzięki którym rozpoznaje ponad 220 typów obiektów. W praktyce oznacza to tyle, że robot naprawdę sensownie porusza się po mieszkaniu.

Już przy mapowaniu mieszkania mogłam w aplikacji podejrzeć znajdowane przez robota przeszkody, które są odpowiednio oznaczane. Najważniejsze jednak, że L50s Pro Ultra sprawnie to wszystko omija i nie robi tego w chaotyczny sposób. Planuje trasę, dostosowuje ją do zmieniającego otoczenia i nie sprawia przy tym wrażenia zagubionego. Nie kręci się bez sensu w kółko i nie próbuje na siłę wjeżdżać tam, gdzie ewidentnie się nie zmieści. Nie obija się też o meble, bo czujniki podpowiadają mu, że w dane miejsce nie wjedzie, więc nie ma potrzeby pchania się na siłę.

A skoro przy tym jesteśmy, to warto jeszcze wspomnieć o systemie EasyLeap, który pozwala pokonywać przeszkody o wysokości do 4 cm w przypadku progów dwuwarstwowych. Jeśli mieszkacie w miejscu, gdzie przejazd między pokojami przypomina mały tor przeszkód, naprawdę docenicie tę funkcję. Kółka są duże, „terenowe”, co zapewne pozwala też na bezproblemowe manewrowanie po dywanach. Ja jednak ich nie mam, dlatego nie mogę tego ocenić.
30 000 Pa i koniec negocjacji z sierścią (prawie)
Dreame wyposażyło ten model w technologię Vormax, odpowiadającą za moc ssania na poziomie 30 000 Pa i to czuć. Kurz, piasek, sierść, okruchy czy rozsypana karma dla psa znikają bez większego problemu zarówno z paneli, jak i płytek. Najbardziej ciekawiło mnie jednak to, jak robot poradzi sobie z włosami i sierścią. Mam długie włosy i dobrze wiem, jak szybko szczotki odkurzaczy potrafią z tym przegrać. Tutaj producent zastosował system HyperStream Detangling DuoBrush, czyli dwie współpracujące szczotki zaprojektowane tak, by ograniczać plątanie się włosów. Najważniejsze — to faktycznie działa.



Nie oznacza to oczywiście, że nigdy nie będzie trzeba niczego wyczyścić, ale różnica względem starszych konstrukcji jest ogromna. Robot nie zamienia się po kilku dniach w kulę włosów z dodatkiem odkurzacza. U mnie trochę psiej sierści wkręciło się z boku kółek, ale też nie było większego problemu z pozbyciem się tego.

Nie jest jednak idealnie, choć nie jest to bezpośrednia wada tego konkretnego urządzenia, a po prostu robotów sprzątających. Nie wjadą one wszędzie i nie dotrą w każdy zakamarek. Mój pies gubi sporo sierści i najczęściej odkłada się ona w zakamarkach pod kanapą, pod komputerem czy pod komodą, a tam ani Dreame L50s Pro Ultra, ani chyba żaden podobny sprzęt nie sięgnie. To małe ograniczenie, z którym należy się liczyć, gdy macie sytuację podobną do mojej. Co prawda szczotka boczna w wielu przypadkach dobrze sobie radziła ze zgarnianiem sierści, ale w zakamarkach nadal trzeba było poprawić.
To nie jest mopowanie. To już prawie szorowanie podłogi
Starsze roboty często „mopowały” w sposób, który delikatnie mówiąc, bardziej przypominał przeciąganie wilgotnej ściereczki po podłodze niż faktyczne mycie. Jeśli włączamy robota codziennie i nie mamy zwierzaka albo dzieci, to zapewne wystarczy, jednak u mnie to by się nie sprawdziło. Dobrze więc, że Dreame L50s Pro Ultra podchodzi do tego zupełnie inaczej.
Robot korzysta z systemu Dual Omni-Scrub, czyli dwóch rotacyjnych mopów obracających się z prędkością 165 obrotów na minutę i dociskających do podłogi z siłą 13 N. Przekładając na język ludzki, po mopowaniu moja podłoga nie wyglądała na lekko przetartą, tylko na porządnie umytą. Robot naprawdę szoruje powierzchnię, zamiast tylko ją symbolicznie przejechać.




Bardzo spodobała mi się też możliwość regulacji wilgotności mopów. Inaczej ustawia się płytki w przedpokoju, gdzie regularnie pojawia się piach i błoto, a inaczej panele, które niekoniecznie lubią nadmiar wody. Świetnie działa również MopExtend RoboSwing, czyli wysuwane ramię mopujące. To właśnie ono pozwala docierać bliżej listew przypodłogowych oraz pod meble.
Dalej mamy też system OmniDirt Detection, który analizuje stopień zabrudzenia wody po myciu mopów. Jeśli robot uzna, że jakiś fragment podłogi był szczególnie brudny, po prostu wraca tam i myje go ponownie. Co więcej, przy trudniejszych zabrudzeniach potrafi zwiększyć nacisk mopów i szorować podłogę ruchami przypominającymi łuki. Na papierze brzmi to bardzo futurystycznie, ale liczy się efekt, a ten widać jak na dłoni. Moja podłoga była idealnie czysta, a ja już chciałam wyrzucać klasycznego mopa i wiadro do kosza.
Stacja PowerDock zrobiła praktycznie wszystko za mnie
W przypadku droższych robotów sama stacja dokująca jest dziś równie ważna jak odkurzacz. I Dreame doskonale o tym wie. PowerDock opróżnia pojemnik na kurz, uzupełnia wodę, dozuje detergent, myje i suszy mopy oraz czyści samą siebie. Najbardziej imponujący jest jednak system ThermoHub, czyli mycie mopów wodą o temperaturze 100°C. To kwestia zarówno higieny jak i wygody. W tańszych robotach wilgotne mopy potrafią po czasie zacząć pachnieć… cóż, niezbyt zachęcająco. Tutaj ten problem praktycznie znika.


Do tego dochodzi worek na kurz o pojemności 3,2 litra, mający wystarczyć nawet na 100 dni pracy. Oczywiście jeśli macie zwierzaki, rzeczywistość może to trochę zweryfikować, ale nadal oznacza to ogromne ograniczenie codziennej obsługi. Co prawda trzeba pamiętać o opróżnianiu pojemnika na brudną wodę, ale to drobnostka w porównaniu z tym, ile musimy się namęczyć z klasycznym odkurzaczem i tradycyjnym myciem podłogi.


Aplikacja, która zmienia wszystko
Jak to bywa w przypadku podobnych sprzętów, by w pełni wykorzystać możliwości Dreame L50s Pro Ultra, potrzebna jest aplikacja Dreamehome. Parowanie urządzenia przebiega bajecznie łatwo, bo otwieramy klapkę, skanujemy kod, naciskamy odpowiednie przyciski i wpisujemy hasło do Wi-Fi. Potem możemy już działać. W apce znajdziemy mapę mieszkania, na której robot przy każdym sprzątaniu zostawia informacje o ewentualnych przeszkodach, jakie napotkał. Możemy tam ustalić strefy sprzątania, pokoje wolne od mopowania, czy takie, do których robot ma w ogóle nie wjeżdżać.








Z poziomu aplikacji ustalimy też harmonogram, rodzaj sprzątania) odkurzanie, odkurzanie+mopowanie, samo mopowanie), określimy jak mokre mają być pady i wiele, wiele innych. Warto sobie to wszystko przejrzeć. Oczywiście nie brakuje tam podstawowych informacji o poziomie naładowania baterii. Dla właścicieli zwierzaków jest również odpowiednia sekcja. Co więcej, robot może nawet robić zdjęcia zwierzaka, a my na telefonie (będąc na przykład w pracy) możemy sprawdzić, czy się dobrze miewa. Jest też opcja interaktywnej zabawy ze zwierzakiem czy oznaczenia, by koło legowiska albo misek urządzenie sprzątało dokładniej.








Tu jeszcze wspomnę kilka słów o czasie pracy, bo zapewne ta kwestia może was interesować. W moim przypadku robot potrzebował około godziny na odkurzenie całego mieszkania i w tym czasie zeszło mu około 40% baterii. Sądzę więc, że jedno ładowanie bez problemu wystarczy większości z was, chyba że mieszkacie na kilkuset metrach kwadratowych, wtedy może to wyglądać inaczej. Producent zapewnia jednak, że bateria 5200 mAh wystarczy na maksymalnie 171 minut sprzątania.
Czy Dreame L50s Pro Ultra ma jakieś wady?
Jak każdy sprzęt — tak. Przede wszystkim nadal jest to robot sprzątający, a nie magiczne urządzenie eliminujące potrzebę istnienia człowieka. Przy bardzo zaschniętych plamach czasem potrzebny będzie drugi przejazd albo drobna pomoc ręczna. W mieszkaniach pełnych zakamarków i zwierzaków, potrzebne też będzie dodatkowe odkurzanie właśnie w tych trudno dostępnych miejscach. Na to nic się nie poradzi. Odkurzacz magicznie nie zmieści się w kilkucentymetrowe szczeliny czy pod niskie meble. To jednak drobne niedogodności, które nie zepsuły mi przyjemności użytkowania tego sprzętu.
To jeden z tych robotów, które naprawdę odciążają
Idea, stojąca za robotami sprzątającymi, jest prosta – mają odciążać nas w codziennych obowiązkach i oszczędzać nam czas. Dreame L50s Pro Ultra zdecydowanie to właśnie robi. Ludzka ingerencja jest ograniczona do minimum, a efekt bardzo dobry. Jasne, ktoś powie teraz, że w godzinę zdążyłabym odkurzyć, umyć podłogę mopem i wypić herbatę. Tak, mogłabym, ale… po co? Właśnie po to są takie urządzenia, żebym nie musiała tego robić sama.

Dreame, za cenę poniżej 3000 złotych (jak zwykle zależy od kanału sprzedaży) dało mi sprzęt, który sprawnie omija przeszkody, dobrze radzi sobie z sierścią, czyści przy listwach, dba o higienę mopów i wymaga minimalnej obsługi. To oczywiście nie jest niska cena, jednak uważam, że naprawdę warto.
