Po powrocie z Księżyca, zanim astronauci mogli swobodnie stanąć na Ziemi, czekała ich 21-dniowa kwarantanna. Choć dzisiaj wiemy, że powierzchnia Srebrnego Globu jest jałowa, w 1969 roku nie było to tak oczywiste. Obawiano się, że załoga mogła przywieźć ze sobą nieznane, potencjalnie niebezpieczne mikroorganizmy, które mogłyby zagrozić ziemskiej biosferze. Na szczęście, obawy te okazały się bezpodstawne. Załoga Apollo 11 nie przenosiła żadnych patogenów, ale przywiozła ze sobą imponującą ilość materiału badawczego: około 21,6 kilograma księżycowych skał i próbek gleby, w tym 50 odrębnych okazów.
Księżycowy pył dla nauki… i owadów
Zgromadzone próbki księżycowe służą nauce na wiele sposobów. Priorytetem było wówczas poszukiwanie związków organicznych lub śladów życia. Jednak mając do dyspozycji tak obfitą ilość materiału, naukowcy postanowili pójść o krok dalej. Skoro istniała obawa przed zanieczyszczeniem, należało sprawdzić, jak księżycowy pył wpłynie na ziemskie organizmy. I tak właśnie zrodził się jeden z najbardziej nietypowych eksperymentów w historii eksploracji kosmosu – karmienie zwierząt księżycowym pyłem.
Czytaj także: Program Apollo okłamał nas na temat Księżyca. Dopiero teraz naukowcy dostrzegli pomyłkę
Niezwykli testerzy: karaluchy, krewetki i gupiki
Za ten pionierski projekt odpowiadała doktor Marion Brooks, profesor nadzwyczajna z Katedry Entomologii Uniwersytetu Minnesoty, pełniąca rolę specjalnego konsultanta dla NASA. Jej zadaniem było zbadanie wpływu księżycowej gleby na różnorodne zwierzęta. Wybór padł na łatwo dostępne i proste w utrzymaniu gatunki: karaluchy, krewetki, ostrygi, muchy domowe, małe rybki – muławy i gupiki. Pomysł był prosty: podać zwierzętom sproszkowaną glebę księżycową. Jedna grupa otrzymywała sterylizowany pył księżycowy wymieszany z pożywieniem lub wodą, inna – niesterylizowany. Pechowa grupa kontrolna nie miała okazji skosztować Srebrnego Globu. Dodatkowo, część zwierząt nie jadła pyłu, ale musiała się po nim czołgać w swoich siedliskach.
Czy księżycowa dieta wywarła jakikolwiek efekt? Krótko mówiąc: nie. Co ciekawe, najwyższą śmiertelność odnotowano w grupie kontrolnej małych ryb, które padły ofiarą rozlanego środka dezynfekującego, znajdując się najbliżej jego oparów – było to zdarzenie całkowicie niezwiązane z eksperymentem. Doktor Brooks, która spodziewała się, że na Księżycu nie ma życia, była jednak zaskoczona innym aspektem: próbki księżycowe nie uszkodziły żołądków ani kutikul karaluchów, pomimo że zwierzęta zarówno je spożywały, jak i się po nich czołgały.
Czytaj także: To dlatego ludzkość ma wrócić na Księżyc? Chodzi o miejsce tajemniczej kolizji
Jak zauważyła wówczas Brooks, “Sądziliśmy, że po zmieleniu próbki księżycowej pozostaną ostre, postrzępione krawędzie. Jednak nie było żadnych oznak otarć ani zadrapań.” To odkrycie miało kluczowe znaczenie.
Skąd tak nietypowy eksperyment?
Choć dziś ten eksperyment może wydawać się nieco ekscentryczny, jego sens staje się jasny, gdy uświadomimy sobie kontekst. Dziś wiemy, że Księżyc jest jałowy, ale wtedy, choć naukowcy w dużej mierze to podejrzewali, konieczne było przeprowadzenie rygorystycznych badań, aby to udowodnić. Jak wyjaśnił Charles Berry, szef operacji medycznych podczas misji Apollo: “Musieliśmy udowodnić, że nie skażamy nie tylko ludzi, ale także ryb, ptaków, zwierząt, roślin i tak dalej. Musieliśmy udowodnić, że nie wpłyniemy na żadną z ziemskich biosfer. Dlatego musieliśmy opracować niesamowity program, który został zrealizowany w trakcie trzech lotów.”
Dzięki ciężkiej pracy naukowców NASA, astronautów i, co może brzmieć kuriozalnie, karaluchów, wiemy dzisiaj, że księżycowa gleba jest jałowa i (relatywnie) nieszkodliwa dla życia na Ziemi. Ten niezwykły rozdział w historii badań kosmicznych, pełen niepewności i kreatywnego myślenia, położył podwaliny pod bezpieczne eksplorowanie naszego Układu Słonecznego, usuwając jeden z największych lęków związanych z powrotem z obcego świata. To historia, która udowadnia, że nauka czasem wymaga odrobiny szaleństwa, by odkryć fundamentalne prawdy.
