Szwajcarski producent zaprezentował właśnie najnowszą odsłonę swojego flagowego divera Ocean Star 200 i zrobił coś, co wprawiło fanów w lekki szok. Nie dość, że naprawił niemal wszystkie bolączki poprzednika, to jeszcze zszedł z ceną poniżej magicznej granicy tysiąca dolarów.
Odchudzanie ikony i powrót do korzeni
Mido Ocean Star 200 nie próbuje wymyślać koła na nowo. To po prostu rzetelnie, wręcz podręcznikowo zaprojektowany zegarek nurkowy, który ma służyć jako idealny kompan na co dzień. Co się zmieniło? Przede wszystkim gabaryty. Producent posłuchał głosów płynących z rynku i zmniejszył stalową kopertę z dość masywnych 42,5 mm do świetnie zbalansowanych 41 mm. Przy grubości zaledwie 11,7 mm zegarek idealnie leży na nadgarstku, zapewniając świetną prezencję bez uczucia noszenia na ręce ciężarka. Większość powierzchni jest matowa, szczotkowana, co przełamano jedynie eleganckim, polerowanym ścięciem na bokach.
Sama tarcza to ukłon w stronę maksymalnej czytelności. Dostała ziarnistą, matową teksturę, która nadaje jej głębi i stanowi świetne tło dla potężnych, nakładanych indeksów wypełnionych masą Super-LumiNova. Szkieletowe wskazówki są masywne, a ta sekundowa została zwieńczona charakterystycznym rombem z pomarańczowym akcentem – to detal wspólny dla całej linii. Na godzinie trzeciej znajdziemy ramkę z datownikiem wskazującym dzień tygodnia i miesiąca, idealnie dopasowaną kolorystycznie do tarczy.

Jednokierunkowy, obrotowy bezel wyposażono z kolei w aluminiową wkładkę, co nadaje zegarkowi oldschoolowego, surowego charakteru. Pod pełnym deklem (ozdobionym tradycyjną rozgwiazdą w reliefie) pracuje sprawdzony i doskonale nam znany mechanizm Mido Calibre 80 (czyli brandowana wersja słynnego Powermatic 80 od ETA). Oferuje on imponującą, 80-godzinną rezerwę chodu oraz antymagnetyczną sprężynę balansu Nivachron.
Detale, które robią różnicę (i małe potknięcie)
Na start dostajemy pięć wersji kolorystycznych, z których cztery oferowane są na stalowej bransolecie. Klasyczny czarny wariant jako jedyny może parować się z czarnym, gumowym paskiem, dodającym sportowego sznytu. Dostępna jest też wersja niebieska oraz dwie odmiany srebrno-białe. Jedna z nich stawia na monochromatyczny szary bezel, druga – na którą sama bez wahania bym postawiła – maksymalizuje kontrast za pomocą czerni na bezelu, obwódek indeksów, a to w połączeniu z pomarańczowymi, bardzo subtelnymi wstawkami.





Co niezwykle ważne, bransoleta typu Oyster doczekała się w końcu systemu szybkiej wymiany oraz zapięcia z funkcją przedłużenia nurkowego. I tu pojawia się moje jedyne, małe „ale”. Projektanci zdecydowali się na wypolerowanie środkowych ogniw bransolety. Moim zdaniem to trochę gryzie się z surowym, matowym i narzędziowym stylem samej koperty. Zegarek stał się przez to odrobinę zbyt krzykliwy, ale hej – dzięki szybkiemu systemowi wymiany, zawsze można go błyskawicznie wymienić na świetny pasek NATO.
Specyfikacja premium w budżetowej cenie
Przejdźmy do rewolucji cenowej. Dzięki potężnemu zapleczu Swatch Group, Mido mogło pozwolić sobie na cennik, który dla niezależnej konkurencji jest zwykle po prostu nieosiągalny. Nowy Ocean Star 200 z wodoszczelnością do 200 metrów kosztuje zaledwie 950 dolarów na gumowym pasku oraz 980 dolarów na stalowej bransolecie (czyli około 3570-3680 zł w surowym przeliczeniu). Poprzednia, większa generacja była zauważalnie droższa.
Czy warto? Bez dwóch zdań, o ile szukacie porządnego divera. W tej cenie dostajemy szwajcarskiego nurka ze świetnym mechanizmem, dopracowaną ergonomią i bogatą historią marki akcentowaną na deklu. To doskonały dowód na to, że da się stworzyć zegarek lepszy, ładniejszy i tańszy jednocześnie. Mam głęboką nadzieję, że inni producenci zaczną bacznie obserwować ruch Mido, bo choć większość z nas nigdy nie zejdzie z tym zegarkiem na 200 metrów pod wodę, to sama świadomość posiadania tak świetnie wycenionego, wszechstronnego potwora na nadgarstku daje ogromną satysfakcję.
Źródło: Mido
