Do testu trafiło sześć par słuchawek TWS: soundcore Liberty 5 Pro, soundcore Liberty 5 Pro Max, Bose QC Ultra Earbuds 2, Apple AirPods Pro 3, Samsung Galaxy Buds4 Pro oraz Sony WF-1000XM6. Przed rozpoczęciem odsłuchów i prób rozmów modele zostały oznaczone losowo, a ich tożsamość pozostała przed nami ukryta aż do zamknięcia ocen. Każdy produkt dostał noty w pięciu kategoriach: jakość rozmów, komfort i stabilność, jakość dźwięku, ANC oraz sterowanie i użyteczność. Dopiero później, po ujawnieniu nazw, można było dopisać kontekst aplikacji, ekosystemu, etui, funkcji dodatkowych i ceny.
W teście brałam udział razem z Rafałem, który w codziennej pracy ma bardzo dużo wspólnego z dźwiękiem. To nie był więc odsłuch jednej osoby z jedną playlistą i jednym zestawem przyzwyczajeń. Rafał słuchał Chaka Khan, Sade i Simple Minds, czyli materiału opartego na rytmie, wokalu, przestrzeni i bardziej organicznej produkcji. Ja sięgnęłam po The Weeknd, X Ambassadors i Arctic Monkeys, więc do gry weszły mocniejszy bas, współczesna kompresja, elektronika i gitarowa energia.

Warto doprecyzować jedną rzecz. Przy komforcie, dźwięku, ANC oraz sterowaniu mamy oddzielne oceny moje i Rafała, bo każde z nas sprawdzało słuchawki na własnych uszach, przy swoim repertuarze i swoich przyzwyczajeniach. Rozmowy ocenialiśmy jako wspólną kategorię, bo liczył się efekt po obu stronach połączenia: to, jak słuchawki zbierają głos, jak radzą sobie z wiatrem i ile tła zostawiają rozmówcy. Dlatego przy rozmowach podajemy jedną notę testową dla modelu, ale opisujemy, co faktycznie słyszeliśmy i jak odbieraliśmy zachowanie słuchawek.
Jak testowaliśmy? Słuchawki były oznaczone losowo od A do F, a ich nazwy pozostały ukryte do końca głównej części testu. Najpierw ocenialiśmy to, co da się sprawdzić bez marki: rozmowy, komfort, dźwięk, ANC i sterowanie. Dopiero później można było dopisać kontekst aplikacji, ceny, ekosystemu, etui i funkcji dodatkowych.

Co właściwie testowaliśmy?
A: Apple AirPods Pro 3
AirPods Pro 3 – firma mocno stawia tu na spójność całego doświadczenia: aktywną redukcję hałasu, tryb kontaktu, dźwięk adaptacyjny, personalizację odsłuchu i błyskawiczne działanie w ekosystemie. Ważną nowością tej generacji są też pomiary tętna podczas treningów oraz rozwinięte funkcje związane ze zdrowiem słuchu.
Same słuchawki są lekkie, dokanałowe, z charakterystycznymi krótkimi nóżkami i sterowaniem przez ich ściskanie. Według specyfikacji Apple AirPods Pro 3 oferują do 8 godzin słuchania na jednym ładowaniu z włączonym ANC, do 7,5 godziny przy dźwięku przestrzennym ze śledzeniem ruchu głowy oraz do 6,5 godziny podczas treningów z pomiarem tętna. Etui MagSafe ładuje się przez USB-C i bezprzewodowo.

AirPodsy nie wygrały u mnie żadnej kategorii z takim zapasem, żeby od razu było wiadomo, kto stoi za tym modelem. Ich zaleta wyszła gdzie indziej. W ciągu całego testu bardzo rzadko dawały powód, żeby się na nie zirytować.
W rozmowach dostały od nas wspólnie 8,5/10. Głos pozostawał czytelny, kiedy w tle pojawiał się wiatr i uliczny szum. Mikrofony oczywiście obrabiały dźwięk, więc głos nie brzmiał całkiem naturalnie, ale rozmówca nadal słyszał całe zdania. To dużo ważniejsze niż próba stworzenia sztucznej ciszy wokół każdej sylaby.
W muzyce odbieraliśmy je trochę inaczej. Rafał dał im 9/10 i postawił obok Sony. Docenił porządek, dobrą kontrolę oraz naturalną średnicę. W „Ain’t Nobody” Chaki Khan rytm był dobrze prowadzony, ale bas nie zasłaniał wokalu. W „Cherish the Day” Sade głos miał odpowiednią bliskość, a w „Someone Somewhere” Simple Minds instrumenty nie zbierały się w jednym miejscu.
Ja dałam AirPodsom 8,5/10. W „Starboy” The Weeknd bas był kontrolowany, tylko nie miał takiego uderzenia jak w Sony. „R U Mine?” Arctic Monkeys pozostało czytelne, perkusja i gitary nie mieszały się ze sobą, ale całość była spokojniejsza niż lubię. Apple grają bardzo równo, choć nie zawsze dają ten moment, w którym odruchowo podkręca się głośność.

ANC oceniłam na 8,5/10, Rafał na 9/10. AirPodsy skutecznie ograniczały ogólny hałas, dobrze radziły sobie z miejskim tłem i nie powodowały wrażenia, że słuchawki próbują odciąć świat za wszelką cenę.
W komforcie zgodziliśmy się bez większej dyskusji: po 8/10. Siedziały lekko, stabilnie i nie wymagały ciągłego poprawiania. Rafał dał im 9/10 za sterowanie, przede wszystkim przez wyraźne potwierdzenie komend na nóżkach. Ja zostałam przy 8/10.
Wynik z podstawowej części testu: 85 punktu.
B: soundcore Liberty 5 Pro
soundcore Liberty 5 Pro były w tym porównaniu najtańszym modelem, ale nie występowały w roli statysty. W polskim kontekście cena 699 zł od razu ustawia je inaczej niż Apple, Bose czy Sony. To słuchawki, które próbują wejść w obszar mocnych modeli TWS zestawem funkcji: adaptacyjnym ANC, rozbudowaną obsługą rozmów, personalizacją brzmienia i etui z ekranem.

Liberty 5 Pro mają 9,2-milimetrowe przetworniki z membraną wool-paper, Bluetooth 6.1, odporność IP55, multipoint, personalizację HearID 5.0 oraz adaptacyjne ANC 4.0. soundcore podkreśla też zestaw 8 mikrofonów, 2 czujników VPU i chip Anker Thus AI, który ma pomagać w rozmowach i odcinaniu hałasu. Czas pracy z ANC to do 6,5 godziny na samych słuchawkach i do 28 godzin z etui, a szybkie ładowanie ma dawać do 4 godzin odtwarzania po 5 minutach ładowania. W tej specyfikacji widać, że soundcore nie próbuje być tylko „tańszą alternatywą”. Próbuje zabrać argumenty modelom z wyższej półki.
Liberty 5 Pro wypadły dobrze przede wszystkim tam, gdzie słuchawki najłatwiej zaczynają przeszkadzać: podczas rozmów, zmiany utworów czy dłuższego słuchania.
W rozmowach dostały od nas wspólnie 8,5/10. Głos pozostawał zrozumiały, tło nie przejmowało połączenia, a słuchawki dobrze radziły sobie również w trudniejszych warunkach. Liberty 5 Pro nie tylko dotrzymywały kroku droższym modelom, ale w codziennym telefonowaniu potrafiły wypaść pewniej niż część słuchawek z bardziej oczywistymi ambicjami premium.
Dźwięk dostał od nas po 7,5/10. Liberty 5 Pro grały mocniej i bardziej efektownie niż naturalnie. Bas był obecny, góra wyraźna, a muzyka od razu miała energię. W „Ain’t Nobody” bas nie wpadał w dudnienie, ale Rafałowi brakowało jego lepszego konturu.
Ja w „Starboy” słyszałam przyjemne, mocne granie. W „Sunoco” było dużo masy, lecz mniej głębi. W „R U Mine?” chłodniejsza góra i cofnięty środek potrafiły podkreślić ostrość nagrania zamiast lepiej uporządkować gitarową energię.

ANC oceniłam na 8,5/10, Rafał na 8,5/10. soundcore wyraźnie ograniczały tło i dobrze sprawdzały się w codziennym ruchu. Komfort dostał od nas po 8/10. Sterowanie również po 8/10. Reakcje były szybkie, a gesty nie wymagały kilku prób ani sprawdzania, czy słuchawki naprawdę przyjęły komendę.
Po ślepej części testu Liberty 5 Pro dostały 4 dodatkowe punkty za funkcje dostępne poza podstawowymi kategoriami.
Wynik po uwzględnieniu funkcji dodatkowych: 85,5 punktu.
C: soundcore Liberty 5 Pro Max
Liberty 5 Pro Max są technicznie bardzo blisko zwykłych Liberty 5 Pro, ale dodają większe, bardziej rozbudowane etui z ekranem i funkcjami AI. To właśnie etui jest tu najbardziej widoczną różnicą. soundcore opisuje ten model jako słuchawki z inteligentnym ekranem i funkcją AI Note-Taker, czyli nagrywaniem, transkrypcją, rozpoznawaniem mówców i wyciąganiem z rozmów najważniejszych punktów. W praktyce to produkt, który próbuje wyjść poza klasyczne „słucham muzyki i odbieram telefony”.

Wersja Pro Max kosztuje 899 zł, więc nadal jest tańsza od wielu flagowych modeli. Ma ten sam kierunek co Liberty 5 Pro: mocne rozmowy, adaptacyjne ANC, personalizację brzmienia, Bluetooth 6.1, odporność IP55, multipoint i zestaw funkcji opartych o chip Anker Thus AI. Różnica polega na tym, że Pro Max po ujawnieniu nazwy zaczynają grać mocniej jako cały produkt, bo etui z ekranem i funkcje notowania AI dają im argument, którego większość rywali w tym porównaniu po prostu nie ma.
Liberty 5 Pro Max były jednym z ciekawszych wyników całego porównania. Najlepiej było to słychać podczas rozmów. Wspólnie daliśmy im 8,5/10, czyli dokładnie tyle samo co Liberty 5 Pro. Jest to spójne również od strony technicznej: oba modele wykorzystują ten sam zestaw ośmiu mikrofonów, dwóch czujników VPU oraz układ THUS AI, który odpowiada za przetwarzanie głosu i ograniczanie hałasu.
Głos był wyraźny, tło skutecznie ograniczane, a obróbka nie rozrywała wypowiedzi na sztuczne fragmenty. Rafał zwracał uwagę, że przy trudniejszych warunkach Liberty 5 Pro Max wypadały pewniej niż kilka droższych modeli. Ja najbardziej zauważyłam to, że różnica między rozmową w spokojniejszym miejscu a telefonem przy wietrze była niewielka. Nadal było słychać, że rozmawiamy przez mikrofony w słuchawkach TWS, ale połączenie nie zamieniało się w walkę o każde zdanie.
Dźwięk dostał od nas po 7,5/10. Pro Max grały energicznie, z wyraźną górą i miększym basem. W „Starboy” dawały przyjemne uderzenie, ale Sony lepiej trzymały dół pasma. W „R U Mine?” soundcore potrafiły dodatkowo podkreślić ostrość nagrania. To nie są słuchawki dla osoby, która szuka neutralnego grania. Ich mocną stroną pozostaje połączenie rozmów, sterowania, ANC i dodatkowych możliwości.

ANC oceniłam na 9/10, Rafał na 8,5/10. Komfort dostał od nas po 8/10, a sterowanie po 8,5/10. W teście w ciemno działało szybko, czytelnie i bez konieczności uczenia się słuchawek przez kilka dni.
Po sprawdzeniu aplikacji Liberty 5 Pro Max dostały jeszcze 5 dodatkowych punktów za funkcje, które wykraczają poza podstawowe używanie słuchawek.
Wynik po uwzględnieniu funkcji dodatkowych: 87,5 punktu.
D: Bose QC Ultra Earbuds 2
Bose QC Ultra Earbuds 2 wchodzą do takiego testu z bardzo konkretną reputacją. To marka, od której oczekuje się przede wszystkim świetnego ANC. W tym modelu mamy aktywną redukcję hałasu, tryb świadomego słuchania otoczenia, personalizację dźwięku przez aplikację Bose, funkcje związane z dźwiękiem przestrzennym Bose Immersive Audio oraz obsługę Bluetooth 5.3. Specyfikacja obejmuje kodeki SBC, AAC i aptX Adaptive, w tym tryb o niskim opóźnieniu przy kompatybilnych urządzeniach.

To słuchawki dokanałowe o dość dużej konstrukcji, z charakterystycznymi tipsami i opaskami stabilizującymi. W teorii powinny dobrze trzymać się ucha, choć praktyka pokazała, że komfort był u nas jedną z najbardziej podzielonych kategorii. Bose są produktem dla osób, które w pierwszej kolejności chcą odciąć hałas: w samolocie, komunikacji, biurze albo w domu, gdy tło zaczyna przeszkadzać. Pytanie testowe brzmiało jednak szerzej: czy tak samo dobrze wypadają w rozmowach, dźwięku i codziennej obsłudze?
Bose najmocniej pokazały, że świetne ANC i dobre mikrofony do rozmów nie są tym samym.
W redukcji hałasu były wyraźnie najlepsze. Rafał dał im 10/10, ja 9,5/10. Niski pomruk, rozmowy, uliczny szum i ten stały dźwięk miasta, który zwykle wchodzi w muzykę nawet wtedy, gdy słuchawki grają głośno, znikały tu skuteczniej niż w pozostałych modelach. Po przejściu z innych słuchawek Bose po prostu zostawiały mniej świata po drugiej stronie.
Rozmowy wyglądały już zupełnie inaczej. Wspólnie daliśmy im 5,5/10, najniżej ze wszystkich modeli. Przy mocniejszym wietrze głos tracił pełnię, wyższe tony bywały ucinane, a część tła nadal przedostawała się do połączenia. Dla osoby noszącej słuchawki otoczenie znikało bardzo skutecznie. Rozmówca nie dostawał jednak równie komfortowych warunków.
To nie przekreśla Bose, tylko bardzo wyraźnie ustawia ich miejsce. Są dobrym wyborem dla kogoś, kto dużo podróżuje, pracuje w hałasie albo chce odciąć się od otoczenia. Przy dłuższych rozmowach na spacerze czy podczas dojazdów lepiej wypadły inne modele.

Dźwiękowo Bose były pełne, miękkie i przyjemne. Ja dałam im 8/10, Rafał 8,5/10. W „Ain’t Nobody” bas miał dobrą masę, „Cherish the Day” dobrze korzystało z ich ciepła, a „Someone Somewhere” brzmiało szeroko. Bose nie wydobywały z nagrań tylu drobnych różnic, ale słuchało się ich dobrze bez potrzeby analizowania każdego elementu.
Komfort podzielił nas najmocniej. Rafał dał pełne 10/10. Dla niego były najstabilniejsze, najlepiej osadzone i najbardziej pewne podczas ruchu. Ja dałam 7/10. Nie były niewygodne, ale wyraźniej czułam ich konstrukcję w uchu. Większa obudowa i sposób osadzenia sprawiały, że trudniej było mi o wrażenie, że słuchawki po prostu znikają.
Wynik: 80 punktów.
E: Samsung Galaxy Buds4 Pro
Samsung Galaxy Buds4 Pro były w tym porównaniu modelem najmocniej związanym z ekosystemem Galaxy. Samsung stawia tu na 24-bitowy dźwięk Hi-Fi z kodekiem Samsung Seamless Codec UHQ, 2-drożny układ głośników, adaptacyjny korektor, 360 Audio ze śledzeniem ruchu głowy, funkcje Galaxy AI, Super Clear Call oraz aktywną redukcję hałasu. Część najlepszych funkcji jest najmocniej powiązana z telefonami Galaxy, więc poza tym ekosystemem słuchawki mogą tracić część przewagi.

W teorii to model bardzo kompletny: nowoczesny, funkcjonalny, z mocną integracją systemową i naciskiem na rozmowy oraz dźwięk wysokiej jakości. W praktyce test w ciemno pozwolił sprawdzić, ile z tych argumentów zostaje, gdy znika logo i gdy nie oceniamy prezentacji produktowej, tylko komfort, scenę, mikrofony, ANC i sterowanie.
Samsungi nie wypadły źle. W tej stawce trudno było jednak znaleźć moment, w którym naprawdę przejmowały prowadzenie.
W rozmowach dostały od nas wspólnie 6/10. Głos był zrozumiały, ale przy wietrze robił się mniej pełny, a tło częściej przebijało się do połączenia. Rafał oceniał je jako model, który nie rozpada się całkowicie, ale nie daje też dużego marginesu bezpieczeństwa. Ja miałam podobne wrażenie. Krótki telefon nie stanowił problemu. Przy dłuższej rozmowie poza domem szybciej zaczynało się myśleć o tym, czy druga osoba nadal słyszy głównie nas.
Dźwięk oceniliśmy po 7/10. Samsungi były poprawne, ale mniej przestrzenne i mniej swobodne. Rafał zwrócił uwagę na scenę w „Someone Somewhere”. Syntezatory, gitara i perkusja nie rozkładały się tak szeroko, a całość miała mniej oddechu. U mnie w „Starboy” brakowało większej skali i lepszej separacji elektroniki. W „Sunoco” gęstsze brzmienie robiło się bardziej zwarte, a w „R U Mine?” gitara, perkusja i wokal tworzyły ciasną masę.

ANC wypadło lepiej niż rozmowy i dźwięk. Rafał dał 8,5/10, ja 8/10. Wyciszenie było wyraźne i przydatne. Część rozmów, wiatru i niskich częstotliwości jednak łatwiej przedostawała się do środka.
Komfort znów nas podzielił. U mnie Buds4 Pro dostały 8/10. Siedziały poprawnie, nie przeszkadzały w dłuższym użyciu i nie wymagały ciągłego szukania lepszego ułożenia. Rafał dał 6/10, bo u niego stabilność była słabsza, a całe doświadczenie szybciej stawało się męczące.
Wynik: 71 punktów.
F: Sony WF-1000XM6
Sony WF-1000XM6 były w tym teście jednym z najmocniejszych kandydatów do zwycięstwa w dźwięku. To następca bardzo cenionej serii dokanałowych słuchawek Sony, z naciskiem na jakość brzmienia, ANC, rozbudowaną aplikację i obsługę kodeków wysokiej jakości. Specyfikacja obejmuje 8,4-milimetrowe przetworniki, Bluetooth 5.3, odporność IPX4, tryb ambient, Quick Attention, ładowanie przez USB-C i bezprzewodowe ładowanie etui.

Według danych technicznych Sony słuchawki działają do 8 godzin z włączonym ANC i do 12 godzin bez ANC. W rozmowach czas pracy jest krótszy, co jest typowe dla tej kategorii. Sony tradycyjnie mocno stawia też na aplikację i ustawienia dźwięku, więc po ujawnieniu nazw można je traktować nie tylko jako słuchawki „wyjęte z pudełka”, ale też jako sprzęt do dopasowania pod własne preferencje.
W teście w ciemno najważniejsze było jednak pierwsze, bezpośrednie wrażenie: komfort, dźwięk, wyciszenie, rozmowy i sterowanie bez pomocy logo.
Sony były jedynymi słuchawkami, którym z Rafałem zgodnie daliśmy po 9/10 za dźwięk. I to chyba najlepiej oddaje ich charakter. Nie próbowały robić wrażenia samym basem ani przesadnie podkreśloną górą. Po prostu dobrze układały muzykę.
W „Starboy” bas miał ciężar, ale nie przykrywał elektroniki ani wokalu. W „Sunoco” X Ambassadors słuchawki dobrze prowadziły ciemniejszy klimat nagrania, nie zamieniając go w jedną zwartą masę. W „R U Mine?” gitary, perkusja i wokal nie zaczynały ze sobą walczyć, nawet gdy utwór robił się naprawdę gęsty.
Rafał zwracał uwagę na scenę. W „Someone Somewhere” Simple Minds syntezatory, gitara i perkusja miały własną przestrzeń. Nie było poczucia, że muzyka robi się płaska albo zaczyna się nerwowo zwężać. W „Ain’t Nobody” bas pozostawał sprężysty, a „Cherish the Day” zachowywało bliskość wokalu bez spłaszczania tła.
Rozmowy dostały od nas wspólnie 8/10. Głos był wyraźny, tło nie przejmowało połączenia, a słuchawki dobrze trzymały poziom także poza spokojnym pomieszczeniem. Przy mocniejszym wietrze najlepsze modele odrobinę lepiej chroniły wypowiedź, ale różnica nie była duża.

ANC oceniłam na 8,5/10, Rafał na 9/10. Sony dobrze radziły sobie z hałasem. W zwykłym używaniu Sony dawały bardzo dobrą izolację. Dopiero bezpośrednie porównanie sprawiało, że Bose wypadały jeszcze szczelniej.
Największa różnica między nami pojawiła się przy komforcie. Dla mnie Sony były najwygodniejsze w całym teście. Dałam im 10/10, bo siedziały naturalnie, nie przesuwały się i szybko przestawałam o nich myśleć. Rafał dał 7/10. Nie uznał ich za niewygodne, ale nie dawały mu takiego samego poczucia pewnego osadzenia.
Sterowanie dostało od nas po 7,5/10. Funkcji nie brakowało, ale przy poprawianiu słuchawki łatwiej było przypadkiem uruchomić komendę albo zastanawiać się, czy dotyk został odczytany.
Wynik: 84 punkty.
Po ujawnieniu nazw zaczyna się druga część gry
Test w ciemno powinien kończyć się przed ujawnieniem marek. Dopiero później można rozmawiać o aplikacji, trybie transparentnym, etui, ekosystemie, cenie i funkcjach dodatkowych. To właśnie tutaj soundcore Liberty 5 zaczynają grać mocniej jako cały produkt, a nie tylko para słuchawek oceniana bez logo. Chcę jednak wyjaśnić, za co przyznaliśmy te dodatkowe punkty.
Wersja Pro Max kosztuje 899 zł, czyli mniej niż Samsung, Bose, Apple i Sony z naszego porównania. Jej największą przewagą po ujawnieniu modelu jest etui z ekranem AMOLED oraz funkcje AI. soundcore zastosował tu 1,78-calowy ekran w etui, z poziomu którego można sterować częścią funkcji bez sięgania po telefon: zmieniać tryby ANC, uruchamiać rejestrator głosu, zarządzać ustawieniami słuchawek czy przypiąć wybrane widżety. To nie jest drobiazg, który wpływa na sam dźwięk, ale zmienia sposób korzystania ze słuchawek. Zamiast za każdym razem wyciągać telefon i wchodzić do aplikacji, część decyzji można podjąć bezpośrednio z etui.

Najciekawsza jest jednak funkcja AI Note-Taker. Etui Pro Max może służyć jako rejestrator spotkań, wykładów albo rozmów, a później – przez aplikację soundcore – przygotować transkrypcję, podsumowanie i listę najważniejszych punktów do wykonania. soundcore opisuje to jako narzędzie do zapisywania spotkań i wyciągania z nich konkretnych ustaleń, a nie tylko jako kolejny tryb w aplikacji. W praktyce to przesuwa słuchawki w stronę małego narzędzia do pracy, szczególnie dla osób, które często siedzą na spotkaniach, robią wywiady, nagrywają notatki głosowe albo muszą wracać do ustaleń po rozmowie.
Nagrywanie i podsumowywanie spotkań to funkcja zaprojektowana z myślą o konkretnej grupie użytkowników: osobach, które regularnie uczestniczą w spotkaniach, negocjacjach lub wywiadach i chcą mieć pewność, że żadne istotne ustalenie nie zostanie pominięte. Dla kogoś, kto odbywa kilka spotkań dziennie, możliwość automatycznego otrzymania transkrypcji, podsumowania i listy zadań zaraz po zakończeniu rozmowy, bez uruchamiania osobnego rejestratora w telefonie lub dodatkowego narzędzia, realnie oszczędza czas. AI Note-Taker najlepiej sprawdza się właśnie w takim kontekście: w codziennej pracy biurowej i zdalnej, gdzie liczy się szybkie przejście od rozmowy do działania.

Pro Max mają więc coś, czego nie oferuje reszta modeli z naszego porównania. soundcore dokładają do słuchawek dodatkową warstwę produktywności. Etui nie jest tylko pudełkiem do ładowania. Staje się małym centrum sterowania i rejestratorem, który może obsłużyć część sytuacji bez wyciągania telefonu. W teście w ciemno tego nie ocenialiśmy, bo tam liczyły się uszy, głos, ANC i sterowanie samymi słuchawkami. Po ujawnieniu nazw trudno jednak pominąć fakt, że ten dodatek wyraźnie zmienia możliwości całego produktu.
Zwykłe soundcore Liberty 5 Pro za 699 zł także zyskują po ujawnieniu specyfikacji, choć w nieco inny sposób. Nie mają tak rozbudowanego etui jak Pro Max, ale nadal oferują ekran w etui, rozbudowane sterowanie, adaptacyjne ANC, personalizację brzmienia, multipoint i mocny zestaw mikrofonów do rozmów. W samym teście w ciemno Liberty 5 Pro nie zachowywały się jak tańszy model próbujący nadążyć za droższą konkurencją. Po ujawnieniu ceny ich wynik staje się jeszcze ciekawszy.

Różnica między Liberty 5 Pro a Liberty 5 Pro Max sprowadza się więc nie tylko do ceny, ale przede wszystkim do sposobu wykorzystywania słuchawek. Liberty 5 Pro pozostają mocnym, bardziej klasycznym wyborem, natomiast Pro Max są skierowane do osób, które chcą korzystać ze słuchawek również jako narzędzia pracy: podczas spotkań, wywiadów, negocjacji czy przygotowywania notatek głosowych. W takim scenariuszu ekran AMOLED i AI Note-Taker nie są dodatkami na pokaz, lecz funkcjami, które skracają drogę od nagranej rozmowy do gotowej transkrypcji, podsumowania i listy kolejnych działań.
To właśnie w tej części testu soundcore najbardziej miesza w porównaniu, bo ciężko nie przyznać im gratisowych kilku punktów do zestawienia. Po teście w ciemno można było powiedzieć, że soundcore są zaskakująco równe. Po ujawnieniu nazw i funkcji dochodzi drugi wniosek: to nie tylko równe słuchawki, ale też próba zrobienia z etui czegoś więcej niż pudełka, które zwykle leży w torbie i przypomina o sobie dopiero wtedy, gdy trzeba podładować baterię.

Co wynikło z naszego testu?
Ten test dobrze pokazał, że w słuchawkach TWS cena i marka nie zawsze mówią tyle, ile można by zakładać. Sony WF-1000XM6 za 1 299 zł najlepiej obroniły się dźwiękiem, AirPods Pro 3 za 1 099 zł były najbardziej spójne jako codzienny wybór przy iPhonie – choć wcale nie musi oznaczać to, że są do tego telefonu jedynym wyborem, a Bose QC Ultra Earbuds 2, kosztujące zwykle około 999–1 099 zł, dały najmocniejsze ANC, choć słabsze rozmowy wyraźnie obniżają ich całościową ocenę. Samsung Galaxy Buds4 Pro za 1 099 zł wypadły najbardziej nierówno: mają solidne ANC i potrafią być wygodne, ale w rozmowach i dźwięku odstawały od najlepszych modeli.
Największym zaskoczeniem były soundcore. Liberty 5 Pro za 699 zł i Liberty 5 Pro Max za 899 zł wypadły bardzo ciekawie. Pro Max po ujawnieniu nazw zyskują jeszcze przez etui z ekranem i funkcje AI, czyli coś, czego konkurencja w tym zestawieniu nie oferuje. Jeśli liczy się relacja ceny do możliwości, najmocniej bronią się soundcore, szczególnie że ceny 699 zł i 899 zł stawiają je wyraźnie niżej cenowo od reszty stawki.

