Zacznijmy od tego, że FIIDO M1 Pro zalicza się do typowego grona elektrycznych rowerów bardziej do zabawy i codziennych dojazdów z punktu A do punktu B niż robienia formy czy podejmowania się szczególnie specyficznych wypraw. Ładnie wygląda, zaskakuje zaawansowaniem niektórych podzespołów, ale jednocześnie jest ciężki, ma przeciętny napęd, a mimo mechanizmu składania, wcale nie należy do specjalnie mobilnych e-bike. Innymi słowy, jest to dziwny rower elektryczny, ale w tej dziwności można dostrzec potencjał. Zwłaszcza w tej cenie, która obejmuje 24-miesięczną gwarancję z wyłączeniami eksploatacyjnymi oraz 36-miesięczną gwarancję na ramę.

Pudło, wyposażenie i montaż FIIDO M1 Pro
Początek przygody z FIIDO M1 Pro do łatwych nie należy, ale dręczy to większość e-bike tego typu. Ten rower dociera do nas w ogromnym pudle o sumarycznej wadze 30 kg, a choć wzmocniony karton ma w sobie specjalne uchwyty na bokach, to niemożliwe jest chwycenie ich w pojedynkę po rozwarciu ramion. Wewnątrz oprócz błotnika przedniego, roweru zabezpieczonego ogromną ilością wyprofilowanych pianek i opasek zaciskowych, znajdziemy też dodatkowe większe pudło, w którym producent umieścił wszystkie potrzebne narzędzia, dwa kluczyki konieczne do włączenia roweru oraz instrukcję obsługi.





Sam proces montażu jest już prosty. Wyjmujemy błotnik, karton z narzędziami, poświęcamy kilka minut instrukcji oraz opaskom zaciskowym, a poniżej godziny już będziemy mieli rower gotowy do jazdy. W ramach procesu składania musimy tylko przykręcić kierownicę, zamontować platformy pedałów, przednie koło na szybkozamykaczu, reflektor i błotnik, a finalnie tylny odblask na sztycę. Bagażnik, siodełko, tylny błotnik i akumulator są już na swoim miejscu.





Kilka pierwszych przejechanych kilometrów powinno zaś wystarczyć, aby poczuć, że przerzutce przyda się regulacja, a podnóżka nie została dobrze zamontowana. Koniecznie musicie też zwrócić uwagę na oba koła, bo nie są to typowe “oszprychowane” modele, które można wycentrować, więc jakiekolwiek nadmierne bicie oznacza, że trzeba skontaktować się z producentem i wymienić całe koło na nowe. W moim egzemplarzu na szczęście to nie wystąpiło.




Na tym etapie testowania FIIDO M1 Pro doceniam przede wszystkim komplet narzędzi, który wystarcza zarówno do przygotowania roweru do jazdy, jak i ewentualnych napraw. Podoba mi się zwłaszcza klucz imbusowy w kształcie litery Y, który ułatwia cały proces składania. Na plus należy też zaliczyć pełne oprzyrządowanie i zgodność z przepisami, wliczając w to przednie i tylne światło zasilane z poziomu akumulatora, z czego tylne rozświetla się dodatkowo mocniej podczas hamowania.
Z FIIDO M1 Pro szacun na dzielni jest gwarantowany
Patrząc na FIIDO M1 Pro nie mogłem pozbyć się wrażenia, że producent zaoferował rynkowi coś wizualnie wyjątkowego. Połączenie stylistyki typowego składanego w pół e-bike z małymi grubymi kołami oraz szczyptą BMX-owego i nawet motocyklowego (przez amortyzatory) charakteru od razu przyciąga wzrok.

Zwłaszcza przez wyjątkowy kolor ramy o lakierze mieniącym się w słońcu oraz wykończenie boków opon, bo nie wiem, jak wam, ale mi przynosi to na myśl bardzo stare rowery, na których jeździli jeszcze nasi dziadkowie w czasach PRL-u. Szereg grubych spawów wzmacniających na łączeniach części ramy tylko to podkreśla, ale zewnętrznie prowadzone okablowanie moim zdaniem dziwnie tu nie pasuje, choć w tej cenie i formie jest racjonalne.




Jednocześnie FIIDO M1 Pro nie jest jakimś szalonym projektem stworzonym wyłącznie po to, aby przyciągać wzrok, a rowerem gotowym na trudy codziennego życia, wliczając w to typowe zagrożenia, co gwarantuje certyfikat IP54 na cały rower, IP67 na czujnik momentu i IP68 na wyświetlacz.





Oprzyrządowanie obejmuje z kolei:
- podwójny system amortyzacji (prosty damper sprężynowy o sumarycznej długości 125 mm oraz wizualnie imponujący przedni widelec o skoku 80 mm z regulacją, ale bez tłumienia powrotu),
- bagażnik o udźwigu 25 kg,
- szerokie i grube siodełko (regulacja wysokości od 84 do 110 cm),
- pełne plastikowe błotniki z 3 punktami mocowania,
- 7-biegową (przeciętną) przerzutkę tylną Shimano Toruney z wolnobiegiem TZ500 (14-28T),
- regulowaną sztycę,
- pełne oświetlenie zasilane z akumulatora,
- przednie koło na szybkozamykaczu (przydatne przy transporcie w samochodzie),
- hydrauliczne hamulce dwutłoczkowe
W kwestii podstawowej FIIDO M1 Pro wyróżnia się też dużą przednią tarczą (52T), manetką Shimano TX50 i ogólnie dobrym projektem oraz wykonaniem. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, obok których nie można przejść obojętnie.
FIIDO M1 Pro jest w tym wszystkim… dziwny
Oczywiście nie wszędzie FIIDO M1 Pro zachwyca, bo np. sama szeroka (70 cm) kierownica ustawiona na wysokości 117,5 cm nie doczekała się regulacji (ma być wystarczająca dla użytkownika o wzroście 155-200 cm), wspomniane koła pozbawione tradycyjnych szprych są niemożliwe do naprawienia przy awarii, zastosowane gripy z ergonomicznym przedłużeniem nieco się obracają na kierownicy i kompletnie nie pasują do reszty stylistyki, a brak składanej kierownicy i platform pedał utrudnia transportowanie roweru.

Najgorsze w tym jest to drugie, bo składany e-bike aż prosi się o takie udogodnienia, a mimo to producent nie zawalczył z tymi ograniczeniami tak. Mógłby np. zapewnić prostszy sposób odkręcenia tych problematycznych części na wypadek konieczności transportu i dorzucić do środka ramy miejsce na narzędzia, które są potrzebne do tego procesu. Innymi słowy, M1 Pro mimo opcji złożenia nie jest wcale mobilny, bo waży 26,8 kg z akumulatorem (on sam waży 3,07 kg), a po złożeniu zajmuje 960 x 910 mm zamiast 1778 x 1175 mm, choć jednocześnie kierownica zajmuje niezmiennie 70 cm. Po złożeniu rower opieramy na wspawanej w ramę metalowej podporze, która chroni przednią zębatkę i jej plastikową osłonę przed uszkodzeniami, czyli producent niczego innowacyjnego tutaj nie zastosował.



Podniesienie e-bike nawet po wyjęciu akumulatora jest po prostu trudne i to nie tylko przez wysoką wagę, ale też bryłę i nietypowe rozłożenie ciężaru. Trzy grosze dorzucają do tego wielkie 20-calowe opony CST szerokie na 4 cale. Swoją drogą, mają one bieżnik drogowy, a nie terenowy, ale po kamieniach, leśnych ścieżkach czy szutrze da się na nich przejechać. Problem zaczyna pojawiać się dopiero przy mokrej i grząskiej nawierzchni. Wygląda to więc tak, jakby M1 Pro był poniekąd dziwnym “składakiem” bez jednego konkretnego charakteru i komunikacja ze strony marki tylko utrudnia wpisanie go w konkretny schemat. Na całe jednak szczęście mechanizm składania ramy jest solidny i nie budzi wątpliwości.


Mieszane uczucia budzi z kolei zastosowany mechanizm blokowania akumulatora na spodzie głównej rury (przy sztycy), który sprowadza się do kluczyka działającego w ramach dwóch pozycji. Wyciągnięcie kluczyka pozwala wyjąć akumulator, przekręcenie go “raz” blokuje akumulator, a trzeci (trzeba wcisnąć i przekręcić) pozwala dopiero aktywować rower, czyli włączyć ekran. Oznacza to, że kluczyk jest konieczny do działania roweru, bo nie można go wyciągnąć na ostatniej pozycji.

Takie podejście wiąże się również z ryzykiem niespodziewanego wypadnięcia akumulatora po złożeniu i postawieniu roweru bez wsadzonego kluczyka, choć jednocześnie samo wyjmowanie akumulatora jest dosyć łatwe dzięki wbudowanej w ten magazyn energii składanej rączce. Wsuwanie go w ramę również jest łatwe, ale na szczęście nie trzeba tego zawsze robić, bo producent przewidział osłoniętą prostą uszczelką dziurę na złącze dołączonej ładowarki.
Napęd, czujnik momentu i akumulator FIIDO M1 Pro
Elektryczny napęd FIIDO M1 Pro opiera się na silniku w piaście tylnego koła o znamionowej mocy 250 W i deklarowanym momencie obrotowym 50 Nm. Nie są to liczby, które mają zwalać z nóg, zwłaszcza przy rowerze ważącym 26,8 kg i toczącym się na oponach 20 x 4 cale, ale podczas jazdy szybko przestałem patrzeć na same cyferki. Silnik ma wystarczająco dużo siły, żeby bardzo sprawnie rozpędzać M1 Pro do przepisowych 25 km/h i pomagać na naprawdę konkretnych podjazdach. Do tego stopnia, że zabrałem ten sprzęt w rejony okolicznych małych szczytów, gdzie napęd miał zdecydowanie więcej pracy niż podczas typowej przejażdżki po ścieżce rowerowej.

Najważniejszym elementem całego systemu nie jest jednak sam silnik, a czujnik momentu obrotowego Mivice S200. Ten działa po prostu bardzo dobrze, a nawet zaskakująco dobrze, jak na e-bike w tej cenie. Reaguje szybko i pozwala dozować wsparcie naciskiem na pedały, zamiast czekać, aż prosty czujnik kadencji zorientuje się, że korba zaczęła się obracać. Efekt jest taki, że M1 Pro nie zachowuje się jak ciężki e-bike, który po ruszeniu pedałami nagle próbuje wystrzelić spod rowerzysty. Przyspieszenie jest przewidywalne i łatwo kontrolować je własnymi nogami, choć przy bardzo wolnej jeździe w trudniejszym terenie nadal trzeba uważać, bo mocniejsze naciśnięcie pedału może pchnąć te prawie 27 kg trochę dalej, niż akurat planowaliśmy. Na wąskich ścieżkach w lesie to już problem. Zwłaszcza jeśli z jednej strony straszy wielka skarpa.

Po aktywowaniu w aplikacji pięciu poziomów wspomagania każdy z nich pozwala finalnie dobić do 25 km/h, ale sposób osiągania tej prędkości jest zupełnie inny. Na Turbo+ na płaskiej drodze wystarczą mniej więcej 3-4 mocniejsze obroty korbą, żeby znaleźć się blisko limitu. Eco wymaga już kilkunastu obrotów i zdecydowanie większej pracy własnej. Podoba mi się takie podejście, bo tryby nie ograniczają sztucznie maksymalnej prędkości, a po prostu pozwalają zdecydować, ile pracy ma brać na siebie silnik. Nie podoba mi się za to przechodzenie z najwyższego poziomu bezpośrednio na zerowy po kolejnym kliknięciu przycisku zwiększania wspomagania. Jeśli nie pamiętacie, że jedziecie już na maksimum, możecie nagle zostać bez silnika dokładnie w momencie, kiedy najbardziej go potrzebujecie, np. na stromym podjeździe.


Silnik ma też dwie charakterystyczne cechy. Pierwsza jest zdecydowanie pozytywna, bo nawet podczas długich i wymagających podjazdów nie udało mi się doprowadzić go do przegrzania. Druga jest już znacznie mniej przyjemna – M1 Pro jest głośny. Przy spokojnej jeździe słychać typową pracę silnika w piaście, ale pod maksymalnym obciążeniem dochodzą do niej bardziej nietypowe odgłosy, które początkowo potrafią zabrzmieć wręcz niepokojąco. Po grubo ponad 100 kilometrach nic złego się z napędem nie wydarzyło, więc najwyraźniej taka jego uroda, ale pod względem kultury pracy FIIDO ma jeszcze sporo do poprawienia. Tyczy się to również łańcucha, bo jest na tyle luźny na wysokim przełożeniu, że w terenie raz co raz obija o dolną część tylnych widełek, a nawet prostej osłony tam nie dostaliśmy.

Energię zapewnia wyjmowany akumulator 48 V o pojemności 11,6 Ah, czyli 556,8 Wh. Producent może chwalić się znacznie okazalszymi zasięgami w łagodniejszych warunkach (do 90 km), ale moje użytkowanie miało z nimi niewiele wspólnego. Przy ostrych górskich trasach i praktycznie ciągłym korzystaniu z Turbo+ uzyskiwałem około 20-30 km na jednym ładowaniu. Gdy nadal jeździłem w górach, ale znacznie rozsądniej korzystałem ze wspomagania, wynik rósł do około 30-50 km. Stanowi to już poziom, który uważam za znacznie bardziej reprezentatywny dla kogoś, kto rzeczywiście kupuje M1 Pro do zabawy, a nie spokojnego kręcenia po idealnie płaskim asfalcie.


Co ważne, spadek poziomu naładowania przez większość czasu nie odbiera napędowi jego charakteru. Dopiero przy spadku do około dwóch kreskach wyraźnie czułem, że maksymalna dostępna moc jest niższa. Podjazd, który wcześniej pokonywałem bez większego problemu, nagle wymagał znacznie większego wkładu z mojej strony. Nie jest to szczególnie zaskakujące, ale warto o tym wiedzieć przed planowaniem ostatnich kilometrów górskiej trasy.
Znacznie mniej imponująco wygląda ładowanie. Dołączona ładowarka 48 V/2 A potrzebuje około 6,5-7,5 godziny, żeby napełnić pusty akumulator. Wieczorem podpinamy, rano mamy pełny i voila, problem rozwiązany. Jeśli jednak w połowie dnia rozładujemy M1 Pro podczas ostrzejszej zabawy w górach i chcemy ruszyć na szlak ponownie po obiedzie, to raczej możemy już planować trasę na kolejny dzień. Na szczęście akumulator można ładować zarówno w ramie, jak i po wyjęciu, więc nie trzeba stawiać całego 27-kilogramowego roweru przy gniazdku.
Aplikacja FIIDO. Fajny dodatek, ale używajcie go z głową
Aplikacja FIIDO jest przy tym bardziej rozbudowana, niż początkowo zakładałem. Po połączeniu przez Bluetooth (aktywacja połączenia następuje po wciśnięciu dwóch przycisków na kontrolerze) dostajemy podgląd poziomu akumulatora, aktualnej prędkości, wysokości, czasu jazdy, dystansu, średniej i maksymalnej prędkości, a także prostą mapę oraz zapis tras z GPS, które zapisują się tylko w razie połączenie smartfonu z rowerem.


Z poziomu telefonu możemy też zmieniać tryb wspomagania, przełączać rower między trzema i pięcioma poziomami wsparcia, włączać światło, zmieniać jednostki, aktywować lub wyłączać manetkę oraz jej fabryczny tryb wolny ograniczony do 6 km/h. Do tego dochodzi aktualizacja firmware’u, powiązanie numeru ramy z kontem oraz opcja “Ochrona roweru”. Interfejs jest trochę chaotyczny i tłumaczenie momentami wygląda tak, jakby przejechało przez automat bez żadnej korekty, ale pod względem liczby funkcji trudno narzekać.



Ciekawie wygląda też “Inteligentne odblokowanie”, które pozwala sparować rower z zegarkiem Feidao i automatycznie go odblokowywać po wykryciu urządzenia przez Bluetooth. Znacznie gorzej wypada za to podejście do niektórych ustawień, bo aplikacja pozwala np. trwale usunąć funkcję klaksonu i przed zatwierdzeniem sama ostrzega, że operacji nie będzie można później cofnąć. Oczywiście musiałem to sprawdzić i rzeczywiście klakson zniknął, a normalnego przycisku przywracania już nie znalazłem – konieczny jest ponowny flash firmware’u.


Trudno mi zrozumieć, po co użytkownikowi funkcja trwałego kasowania elementu wyposażenia wymaganego do normalnego korzystania z roweru, ale FIIDO najwyraźniej uznało, że zwykły przełącznik byłby zbyt nudny. Nie podoba mi się też pozostawienie w aplikacji opcji odblokowania manetki gazu z roli “trybu dla pieszych” do wspierania 25 km/h, bo aż za bardzo kusi to do łamania prawa.

Sama obecność takiej manetki i wspomagania do 6 km/h jest zresztą w pewnej szarej strefie, bo może zwrócić uwagę przedstawicieli prawa. Zwłaszcza że rower nie ma czujnika w siodełku, aby kategorycznie uciąć wszelkie wątpliwości co do tego, czy aby taka manetka nie pozwala jeździć na tym e-bike wbrew prawa (bez pedałowania), bo w praktyce tak – pozwala, choć jej rola sprowadza się głównie do małego wspomagania przy ruszaniu z postoju.

Wrażenia z jazdy na FIIDO M1 Pro
Pierwsze kilometry na FIIDO M1 Pro szybko uświadamiają, że wygląd tego roweru trochę oszukuje. Masywny widelec, szerokie opony i tylny amortyzator mogą sugerować małą maszynę do katowania górskich ścieżek, ale pozycja za kierownicą jest zdecydowanie bardziej rekreacyjna. Przy moich około 180 cm siedzę dosyć wyprostowany, szeroka na 70 cm kierownica daje dużo kontroli, a grube siodełko oraz szerokie opony zachęcają bardziej do komfortowego toczenia się przed siebie niż atakowania trudnych zjazdów.
Właśnie komfort jest jednym z największych atutów M1 Pro. Opony 20 x 4 cale same z siebie pochłaniają dużą część drobnych nierówności, a przedni widelec i tylny amortyzator dorzucają do tego kolejną warstwę izolacji. Nie są to elementy z wysokiej półki, bo widelec jest prosty i nie oferuje zaawansowanego tłumienia powrotu, a tylny damper również nie udaje komponentu z porządnego MTB, ale razem po prostu działają. Kostka, popękany asfalt, szuter i leśne nierówności przestają specjalnie przeszkadzać. Siodełko również oceniam pozytywnie, choć po kilkudziesięciu minutach jazdy bez zmiany pozycji zaczyna przypominać o swoim istnieniu.
Małe koła sprawiają też, że przy typowej prędkości M1 Pro prowadzi się zaskakująco sprawnie. Zmiana kierunku jest szybka, rower dobrze reaguje na ruch kierownicą, a przy 25 km/h nie daje wrażenia nerwowego czy niestabilnego. Dopiero ruszanie w ciasnym zakręcie przypomina, jak ciężką konstrukcję mamy pod sobą. Tutaj prawie 27 kg, wielkie opony oraz silnik w tylnym kole tworzą zestaw, którym trzeba zarządzać z nieco większym zdecydowaniem.

Da się również jechać po wyłączeniu wspomagania, ale ewidentnie nikt nie chciałby tego robić tego na dłuższym dystansie. Na płaskiej drodze jest jeszcze akceptowalnie. Kiedy pojawia się nachylenie, masa, szerokie opony i cały elektryczny osprzęt natychmiast zaczynają przypominać, że M1 Pro został zaprojektowany z myślą o pracy z ciągłym wspomaganiem. Przynajmniej w trybie Eco.


Mimo terenowego wyglądu nie nazwałbym go też pełnoprawnym rowerem górskim. Opony mają raczej drogowy charakter, choć zaskakująco dobrze radzą sobie na szutrze, leśnych ścieżkach, łąkach oraz większych kamieniach. Problem zaczyna się na mokrym i grząskim podłożu, a wysokie korzenie oraz luźne kamienie wymagają większej uwagi ze względu na małe koła. Błotniki są za to świetne – solidne, mocowane w trzech punktach i rzeczywiście ograniczające ilość błota lecącego na rowerzystę.
M1 Pro przeżył ze mną również znacznie więcej gór, niż początkowo planowałem. Wyjazdy w rejony górskich szczytów o wysokości 800-900 metrów n.p.m. pokazały, że 250-watowy silnik oraz dobry czujnik momentu wystarczą, żeby zrobić z niego bardzo sprawnego pomocnika na podjazdach, a w razie konieczności zejścia z siodełka, manetka pomagała w wystarczającym stopniu. Zjazdy potwierdziły z kolei, że zastosowane hydrauliczne hamulce mają naprawdę dużo zapasu. Przy sumarycznej masie przekraczającej 100 kg zatrzymywały cały zestaw bez problemu nawet na solidnych spadkach. Po kilkuset metrach mocnego hamowania zaczynały wprawdzie piszczeć i ewidentnie przydało im się kilka minut odpoczynku, ale nie zauważyłem nagłego załamania ich skuteczności.
Zresztą to właśnie hamulce bardzo dobrze pokazują charakter całego roweru. Mocy hamowania wystarcza nawet do konkretnych górskich zjazdów, ale opony, małe koła i proste zawieszenie mówią już co jakiś czas: spokojnie, kolego. M1 Pro pozwala zapuścić się daleko poza asfalt, tylko nie należy mylić tej możliwości z przyzwoleniem na bezrefleksyjne latanie po trasach przeznaczonych dla MTB.


Codzienną jazdę uprzyjemnia komplet oświetlenia. Przedni reflektor jest mocny, tylne światło dobrze widoczne, a podczas hamowania zwiększa jasność. Elektroniczny głośny klakson również się przydaje. Sam ekran nie jest jednak bez wad. 1,47-calowy panel ma wysoką jasność i współpracuje z podświetlanymi przyciskami, ale jest mały, szybko łapie rysy i w pełnym słońcu zdarzało mi się robić nad nim daszek dłonią, aby cokolwiek odczytać. Nie dostajemy dokładnego procentu naładowania, tylko tradycyjne kreski, choć przynajmniej wskazanie zachowywało się przewidywalnie. Krótkie naciśnięcie przycisku wyłączania przełącza natomiast ekran na czas aktualnej jazdy oraz przebyty dystans.

Do ergonomii sterownika mam więcej pretensji. Dwuklik zmniejszający poziom wspomagania do zmiany mil na kilometry jest po prostu głupio pomyślany, podobnie jak sterowanie światłem kombinacją, którą łatwo wykonać przypadkiem. Najbardziej irytuje mnie jednak wspomniane przechodzenie z najwyższego poziomu wspomagania na zerowy po próbie dalszego zwiększenia mocy. Na płaskim można się z tego pośmiać. Jednak na stromym podjeździe, kiedy nagle zostajecie sami z prawie 27-kilogramowym rowerem, żart szybko przestaje być zabawny.
Po grubo ponad 100 kilometrach, z których spora część przypadła na kamienie, szutry, góry i mniej przyjazne rowerowi drogi, konstrukcja nie zaczęła skrzypieć ani łapać niepokojących luzów. Pojawiło się kilka zarysowań na widelcu i w okolicy zawiasu, ale było to spowodowane głównie składaniem tego roweru. Sam rower zniósł jednak całe to traktowanie lepiej, niż spodziewałem się po sprzęcie za trochę ponad 4000 złotych.
Test FIIDO M1 Pro – podsumowanie
FIIDO M1 Pro jest jednym z tych e-bike, które trudno zamknąć w jednej kategorii. Ma składaną ramę, ale przez masę 26,8 kg, szeroką kierownicę i nieskładane pedały nie jest specjalnie mobilnym składakiem. Ma grube opony, dwa amortyzatory i wygląd małego elektrycznego motocykla, ale prosty widelec, miejskie ogumienie oraz małe koła nie robią z niego prawdziwego e-MTB. Ma bagażnik, pełne błotniki i oświetlenie, więc sprawdzi się w codziennych dojazdach, ale stylistycznie i charakterem znacznie bardziej zachęca do weekendowej zabawy.

Jednocześnie za około 4200 złotych dostajemy bardzo dobry czujnik momentu Mivice S200, hydrauliczne hamulce, akumulator o przyzwoitej pojemności 556,8 Wh, kompletne oświetlenie, pełne zawieszenie, wygodną pozycję i konstrukcję, która przeżyła moje górskie traktowanie bez skrzypienia oraz niepokojących luzów. Najbardziej podstawowym elementem pozostaje napęd Shimano Tourney, ale w połączeniu z dużym przednim blatem i po regulacji spełnia swoje zadanie, a przy tej cenie trudno mi wymagać znacznie więcej.

Największą zaletą jest dla mnie sposób działania wspomagania. Czujnik momentu sprawia, że silnik nie odbiera rowerowi całej naturalności, a pięć poziomów pozwala wybrać między spokojnym kręceniem i szybkim rozpędzaniem na Turbo+. Hamulce również zasłużyły na mocną pochwałę, bo nawet górskie zjazdy i ponad 100 kg łącznej masy nie doprowadziły ich do nagłej utraty skuteczności.

Lista wad FIIDO M1 Pro jest jednak konkretna. Silnik pod dużym obciążeniem jest bardzo głośny, aplikacja wymaga dopracowania, ekran szybko się rysuje i nie zachwyca w mocnym słońcu, obsługa niektórych funkcji kontrolera jest zwyczajnie dziwna, a ładowarka potrzebująca około 6,5-7,5 godziny nie zachęca do robienia dwóch długich tras jednego dnia. Mechanizm składania pomaga w przechowywaniu, ale brak składanej kierownicy i pedałów sprawia, że M1 Pro nadal zajmuje po złożeniu mnóstwo miejsca. W moim starym samochodzie Suzuki Splash, które bez problemu poradziło sobie z przeprowadzką, samo złożenie ramy nie wystarczyło, żeby wygodnie wrzucić go do środka.

Nie kupowałbym go też z myślą o długiej turystyce. Przy mocnym górskim katowaniu na Turbo+ uzyskiwałem około 20-30 km, a przy bardziej rozsądnej jeździe po nadal górzystych trasach około 40-50 km. Na płaskim można naturalnie wycisnąć z akumulatora więcej, ale charakter M1 Pro aż prosi się o korzystanie z silnika i zjeżdżanie z idealnego asfaltu. Komu więc go polecam? Przede wszystkim komuś, kto chce charakterystycznego e-bike do miasta, rekreacyjnych wyjazdów, szutru, lasu i okazjonalnych gór, ale nie zamierza codziennie wnosić roweru na czwarte piętro. Właściciel garażu, większego samochodu czy kampera wykorzysta mechanizm składania znacznie lepiej niż osoba łącząca rower z pociągiem i schodami.

Jeśli szukacie lekkiego miejskiego elektryka, M1 Pro jest zdecydowanie zbyt ciężki i przekombinowany. Jeśli chcecie prawdziwego e-MTB do trudniejszych szlaków, to również patrzyłbym gdzie indziej. Jeśli jednak macie około 4200 złotych, chcecie czegoś wygodnego, trochę absurdalnego wizualnie i po prostu dającego frajdę z jazdy, to FIIDO M1 Pro trudno skreślić. Ma swoje dziwactwa i producent ewidentnie ma jeszcze co poprawiać, a to zwłaszcza po stronie oprogramowania oraz ergonomii. Jeśli zaś jesteście rodzicami i nie chcecie, aby pociecha łamała prawo, to… no cóż, musicie liczyć się z tym, że aplikacja w bardzo łatwy sposób pozwala na odblokowanie manetki roweru do 25 km/h, ale spokojnie – manetkę można po prostu zdjąć z kierownicy.

