Jeśli też gustujecie w podobnych gadżetach, to Luminox na pewno będzie wam dobrze znany, zwłaszcza ich kultowa linia Navy SEAL, powstająca od 1994 roku we współpracy z elitarną jednostką amerykańskiej marynarki wojennej. Teraz w portfolio marki pojawiły się nowe zegarki Luminox Navy SEAL 3550 i co tu dużo mówić, przyciągają wzrok. Nikt tu nie próbował wymyślić koła na nowo, projektanci skupili się na poprawkach i liftingu.
Nowe zegarki mają odchudzoną kopertę, przeprojektowany bezel i niezawodny mechanizm kwarcowy. GPS-u, asystenta treningowego oraz ekranu OLED nie przewidziano, więc po takie funkcje trzeba udać się na dział ze smartwatchami, jednak jeśli ktoś patrzy na Luminoxy, to wie, czego się spodziewać.
Zegarek dla kogoś, kto szuka pancernej prostoty
Trudno oczekiwać, że współczesny entuzjasta outdooru czy wojskowości zrezygnuje na co dzień ze smartwatcha analizującego sen i parametry życiowe. Luminox nie zamierza konkurować z takimi urządzeniami liczbą funkcji. Seria 3550 pełni inną rolę – ma być symbolem surowego rzemiosła, pancernym narzędziem do odmierzania czasu i zegarkiem, który nakłada się wtedy, gdy sprzęt z delikatną elektroniką po prostu mógłby przegrać z brutalnymi warunkami.

Nowa generacja otrzymała kopertę z opatentowanego kompozytu Carbonox o średnicy 44 mm – o pełen milimetr mniej niż u poprzednika z serii 3500. Tworzywo to jest nieprawdopodobnie lekkie, odporne na uszkodzenia mechaniczne i w pełni obojętne na działanie słonej wody morskiej. Projektanci wyprofilowali na nowo osłonę koronki oraz poprawili ergonomię obrotowego bezela, dzięki czemu pierścień można pewnie obracać nawet w grubych rękawicach taktycznych lub nurkowych. Do tego dochodzi nowy, zintegrowany pasek gumowy, który wyraźnie lepiej układa się na dłoni.



Dostajemy tu również podświetlenie rurkami z gazowym trytem (LLT), które świecą samoczynnie bez potrzeby wcześniejszego naświetlania przez nawet 25 lat, oraz cyfry naniesione oficjalnym krojem pisma marynarki – Liberator Sans Heavy, by były doskonale widoczne w każdych warunkach.
Szwajcarski kwarc pod specjalnym nadzorem
Samo słowo kwarc wciąż bywa traktowane przez purystów zegarmistrzostwa z pewnym dystansem. Luminox pokazuje jednak, że w zegarku o typowo militarnym zacięciu mechanizm zasilany baterią to jedyny rozsądny wybór.

Wewnątrz pracuje szwajcarska Ronda 515. Jest odporna na wstrząsy, powtarzalna i niesamowicie dokładna. W modelu stworzonym z myślą o uderzeniach, wibracjach i pracy w trudnym terenie takie rozwiązanie broni się o niebo lepiej niż delikatny mechanizm automatyczny, który przy pierwszym mocniejszym uderzeniu o skałę mógłby wymagać wizyty u zegarmistrza. A gdzie go szukać w dziczy?

Cena na poziomie 595 dolarów (około 2600 zł w zależności od podatków i dystrybucji) sprawia, że to jeden z najbardziej dostępnych zegarków taktycznych o prawdziwym, potwierdzonym rodowodzie. Płaci się za Carbonox, szwajcarską precyzję, unikalną technologię podświetlenia i dekady historii pisanej na nadgarstkach komandosów.
Militarna legenda na nadgarstku
Oczywiście, tak, jak wspomniałam wcześniej – szczerze wątpię, by większość chętnych na te modele kiedykolwiek znalazła się w ekstremalnych warunkach, z którymi mierzą się często żołnierze. Zdecydowana większość co najwyżej zabierze go na weekendowy trekking, biwak w lesie, a przez większość czasu będzie go nosić przy pracy przy biurku.
Jednak sama świadomość, że nosi się na nadgarstku coś tak wytrzymałego i o prawdziwym legendarnym rodowodzie, jest czymś, za co sporo osób skłonne jest zapłacić. Można kupić go jako praktyczny, niezniszczalny zegarek na trudne warunki albo po prostu jako wysmakowany dodatek o wyrazistym stylu. Bez żadnych natrętnych powiadomień, choć i bez funkcji zdrowotnych, ale nie tego szuka się w tej kategorii. Tu, płacąc te około 2600 zł, dostajemy absolutny spokój ducha – zegarek po prostu wskaże godzinę, niezależnie od tego, jak ciemno, mokro i trudno zrobi się wokół.
Źródło: Luminox
