To podejście wprost stworzone dla osób, które tęsknią za dotykowym rytuałem słuchania muzyki. Pojawia się jednak pytanie: czy w czasach, gdy bezprzewodowe głośniki i streaming oferują bezwysiłkową wygodę, warto płacić za designerski gadżet, który nawet nie potrafi zagrać sam z siebie?
Obraz na ścianie, który gra
Największym atutem Syitren RM1 jest jego uniwersalny charakter. Dzięki dołączonym nóżkom odtwarzacz może z dumą stanąć na biurku lub szafce RTV, ale po ich zdemontowaniu da się go powiesić całkowicie płasko na ścianie. W efekcie dostajemy muzyczny obraz – obracającą się, żywą okładkę ulubionego albumu. Konstrukcja opiera się na metalowych filarach w narożnikach, a całość waży zaledwie 0,9 kg przy grubości 4,2 cm.

Producent zadbał też o klimatyczne detale wizualne. Utwory, poziom głośności i proste animacje prezentuje ciepło-żółta matryca LED o układzie 12 na 8 punktów, a liniowy wskaźnik na bieżąco pokazuje postęp piosenki. Co istotne, laser został przystosowany do stabilnej pracy zarówno w poziomie, jak i w pionie na ścianie. Wbudowany system buforujący zapobiega przeskakiwaniu dźwięku przez 40 sekund dla płyt CD i do 120 sekund dla plików MP3 czy WMA, co ma kluczowe znaczenie, gdy wiszące na ścianie urządzenie zostanie przypadkowo trącone.
Mamy tu jednak do czynienia ze świadomym, ascetycznym wyborem konstrukcyjnym: RM1 nie posiada żadnego wbudowanego głośnika. Dźwięk trzeba przesłać bezprzewodowo przez Bluetooth 5.3 lub wyprowadzić tradycyjnym kablem przez gniazdo AUX 3,5 mm do słuchawek czy zestawu stereo. W ten sposób urządzenie zachowuje imponująco smukły profil, ale bez zewnętrznego nagłośnienia pozostaje po prostu bezgłośną rzeźbą. Coś za coś.
Kultowy rytuał z gwarancją spokoju
Brak wbudowanych głośników, choć może być dla kogoś wadą, oznacza jednocześnie mniejsze zapotrzebowanie na prąd. Zasilanie zapewnia wbudowany akumulator o pojemności 2000 mAh, który gwarantuje od 6 do 8 godzin ciągłego odtwarzania. Ładowanie odbywa się przez uniwersalne gniazdo USB-C i trwa około dwóch godzin. To w zupełności wystarczy na długi wieczór ze zbiorem ulubionych płyt.

Do dyspozycji dostajemy podstawowe tryby odtwarzania: powtarzanie jednego utworu, sekwencję oraz losową kolejność. Zrezygnowano ze skomplikowanych ekranów cyfrowych na rzecz prostej, analogowej obsługi. Sprzęt ma służyć celebracji muzyki – wyciągnięciu płyty z pudełka, położeniu jej na obracającym się trzpieniu i patrzeniu, jak dźwięk staje się częścią domowej przestrzeni.
Ta przyjemność ma jednak swoją cenę
Cena w kampanii na Kickstarterze zaczynała się od 89 dolarów w limitowanej opcji, przechodząc do standardowych 129 dolarów (około 500 zł), podczas gdy przewidywana cena detaliczna ma wynieść 179 dolarów. Za wariant w zestawie z dedykowanym głośnikiem bezprzewodowym Syitren N200 trzeba zapłacić 139 dolarów. Planowane dostawy do wspierających mają ruszyć jesienią.

Nie ukrywajmy: Syitren RM1 to drogi gadżet dla osób, które stawiają estetykę na równi z brzmieniem. Większość z nas więcej czystej wygody uzyska z tradycyjnego wieży stereo czy dobrego głośnika Bluetooth. Odtwarzacz od Syitren nie wygrywa jednak wyłącznie parametrami audio. Jego siła tkwi w genialnym wyglądzie, eksponowaniu fizycznego nośnika i możliwości stworzenia grającej instalacji na ścianie.
Sama nie kupowałabym RM1 wyłącznie po to, by przesłuchać stary krążek wyciągnięty z szuflady. Bardziej przekonuje mnie myśl, że ulubiony album może kręcić się na ścianie niczym kinetyczny plakat, nadając wnętrzu niepowtarzalny klimat. Za kilkaset złotych taka oprawa to czysty dodatek do wystroju – ale dla miłośników unikalnego designu i nostalgii vintage bywa to luksus całkowicie warty swojej ceny.
Źródło: Kickstarter
