Roborock ma pewną przewagę. Firma od dawna zajmuje się robotami, które muszą wiedzieć, gdzie się znajdują, omijać przeszkody i poruszać się według mapy. Tyle że tym razem zamiast kanapy, stołu i porzuconych kapci są drzewa, rabaty, kamienie, skarpy i trawa. RockMow Z120 LiDAR wykorzystuje skaner 3D LiDAR pracujący w zakresie 360 stopni, wspierany przez VSLAM i dwie przednie kamery. Nie wymaga przewodu granicznego ani anteny RTK.
To ostatnie ma większe znaczenie, niż może się początkowo wydawać. W ogrodach z dużą liczbą drzew, ścianami budynków czy innymi elementami ograniczającymi widoczność nieba rozwiązania mocno uzależnione od pozycjonowania satelitarnego mogą mieć trudniejsze warunki. RockMow Z120 buduje sobie natomiast przestrzenny obraz otoczenia na miejscu.
Mapowanie ogrodu przypomina ustawianie robota sprzątającego
Pierwsze uruchomienie wymaga przeprowadzenia RockMow Z120 po granicach trawnika i stworzenia wirtualnej mapy. Potem można podzielić ogród na strefy, wyznaczyć przejazdy, obszary zabronione, ustawić wysokość trawy, kierunek koszenia oraz harmonogram. Robot obsługuje do 15 stref i jest przeznaczony do powierzchni do 2000 m².
Podoba mi się takie podejście bardziej niż uzależnianie urządzenia od anteny stojącej gdzieś przy domu. LiDAR skanuje otoczenie z zasięgiem do 70 metrów i analizuje do 200 tysięcy punktów na sekundę. Kamery pomagają natomiast zauważać mniejsze obiekty, zwierzęta czy ludzi. Dzięki temu robot może zachować orientację również pod drzewami i w miejscach, gdzie system satelitarny miałby trudniejsze warunki.

W praktyce samo poruszanie się po zapisanym ogrodzie wypada bardzo dobrze. Roborock pracował przez kilka tygodni na rozbudowanej posesji z kilkoma strefami, roślinami, kamiennymi przejazdami i miejscami trudniejszymi dla napędu. Nie miał problemów z odnajdywaniem poszczególnych części ogrodu ani z powrotem do stacji.
W testach RockMow bardzo dobrze reagował na ludzi i psy, zmieniając kierunek jazdy. Ominął także konewkę oraz piłkę o średnicy około 25 cm. Mała piłka tenisowa okazała się już znacznie trudniejszym przeciwnikiem – robot całkowicie ją zignorował, mimo mocnego kontrastu między żółtym przedmiotem a zieloną trawą.
Gorzej wypadły węże ogrodowe. Z120 po prostu po nich przejeżdżał. Przy wysokości cięcia ustawionej na 35 mm ostrza podczas testu nie uszkodziły węża, jednak osobiście nie chciałabym za każdym razem sprawdzać, czy tym razem scenariusz będzie równie szczęśliwy. Przed uruchomieniem robota nadal warto więc zebrać z trawnika drobniejsze rzeczy.
W dzień widzi dobrze. Nocą robi się trudniej
LiDAR ma tę zaletę, że do określenia położenia robota nie potrzebuje światła słonecznego. Teoretycznie Z120 może więc pracować również po zmroku. I rzeczywiście potrafi zachować wtedy orientację w terenie.
Problem pojawia się przy niewielkich przeszkodach, ponieważ za ich rozpoznawanie w dużej części odpowiadają kamery.

W długim teście właśnie nocą wydarzyła się jedna z nielicznych sytuacji, kiedy robot rzeczywiście potrzebował pomocy. Wjechał między elementy rośliny i zaplątał się w jej podpory, po czym wysłał komunikat w aplikacji. Wbudowane doświetlenie okazuje się niewystarczające, aby skuteczność rozpoznawania niewielkich obiektów pozostała taka sama jak za dnia.
Zresztą nocne koszenie ma jeszcze jeden problem – ogród nie jest wtedy pusty. Jeże, żaby czy ropuchy potrafią być aktywne właśnie wtedy, gdy my już o trawniku nie myślimy. W aplikacji można na szczęście ustawić godziny, podczas których robot nie powinien pracować. I z tej możliwości zdecydowanie bym korzystała.
Napęd 4×4 ma tutaj sporo sensu
RockMow Z120 jest sporym, ważącym ponad 21 kg urządzeniem i wygląda bardziej terenowo niż wiele kosiarek automatycznych. Napęd trafia na wszystkie cztery koła, do tego dochodzą aktywne sterowanie i zawieszenie pomagające dopasować się do nierówności.
Producent deklaruje możliwość pracy na nachyleniach do 80%, czyli około 39 stopni, oraz pokonywanie przeszkód terenowych do 8 cm wysokości. Robot potrafi również przejeżdżać przez przejścia o szerokości około 70 cm.

Co prawda nie miałam okazji przetestować go w moim ogrodzie na tych granicznych warunkach, ale mniejsze nachylenia nie robią na nim wrażenia.
Z120 regularnie pokonywał między innymi przejazd wykonany z nierównych kamieni polnych osadzonych w zaprawie. Nie próbował chaotycznie szukać łatwiejszej drogi, tylko utrzymywał zadany kierunek i sprawnie docierał do kolejnej strefy. Poradził sobie też na około 40-procentowej skarpie.
Jeszcze ciekawiej zachowywał się na piachu. Na działce znajdowały się dwa piaszczyste fragmenty, na których inny robot z napędem AWD regularnie się zakopywał. RockMow Z120 przez cały okres normalnego użytkowania ani razu nie wymagał tam pomocy. Dopiero podczas celowych prób zakopania go przy ręcznym sterowaniu udało się doprowadzić do sytuacji, z której miał problem z wyjazdem. Nawet wtedy większość pracy wykonał sam, próbując uwolnić się za pomocą ruchów obrotowych.
To właśnie tutaj Z120 zaczyna uzasadniać swoją cenę. Na idealnie płaskim prostokącie trawy znaczna część jego możliwości będzie zwyczajnie niewykorzystana. Przy ogrodzie podzielonym na kilka części, ze skarpą, drzewami, ścieżkami i nierównym podłożem sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Waży ponad 20 kg, a mimo to obchodzi się z trawą dość delikatnie
Dodatkowym plusem jest sposób skręcania. Cztery napędzane koła nie oznaczają agresywnego szorowania trawnika przy każdym nawrocie. Przednie koła mogą mocno skręcać, dzięki czemu urządzenie wykonuje ciasne nawroty bez typowego dla wielu robotów obracania się poprzez przeciwstawne ruchy kół.

To brzmi jak techniczny detal do momentu, w którym ciężki robot zaczyna przez kilka tygodni regularnie zawracać w podobnych miejscach.
Dla mnie to jeden z ciekawszych argumentów za całym układem 4×4 i aktywnym sterowaniem. Deklarowane 80% nachylenia robi wrażenie w tabeli, ale w codziennym użytkowaniu znacznie częściej docenię robota, który po dwóch miesiącach nie zostawi mi na trawniku kolekcji łysych placków.
Mały jak na 4×4, ale czasem sam boi się miejsc, do których spokojnie by wjechał
Kompaktowe wymiary jak na robota z pełnym napędem 4×4 powinny pomagać Z120 w ciasnych fragmentach ogrodu. I częściowo tak jest. W testach bez problemu przejeżdżał przez furtkę o szerokości około 70 cm, docierając nią do kolejnej części posesji i później wracając do stacji.
Jednocześnie zdarzały się miejsca, w których robot zachowywał przesadną ostrożność. Mimo że sam ma niespełna 48 cm szerokości, nie chciał wjeżdżać w niektóre przestrzenie szerokie na około 80 cm między rośliną a murkiem. Dojeżdżał do zwężenia, zatrzymywał się i wybierał objazd.
Sprzętowo nie miałby problemu z przejazdem. Decyzję podejmuje jednak algorytm.
To jeden z przykładów pokazujących, że mechanicznie Z120 jest miejscami bardziej dojrzały niż jego oprogramowanie. Trochę szkoda, bo niewielkie rozmiary są przecież jedną z jego przewag nad naprawdę dużymi robotami 4×4.

Sześć ostrzy i 24 cm szerokości. Koszenie jest dokładne, lecz nie rekordowo szybkie
Główne kosisko ma szerokość 24 cm i wykorzystuje sześć ostrzy. Wysokość można elektrycznie regulować w aplikacji od 20 do 70 mm, co ciekawe z dokładnością do 1 mm. Pływający mechanizm dopasowuje pozycję tarczy do nierówności podłoża, dzięki czemu wysokość cięcia pozostaje bardziej równomierna również na mniej perfekcyjnie przygotowanym trawniku.
Sam sposób koszenia oceniam bardzo dobrze. Z120 prowadzi kolejne przejazdy w równych liniach, zachowując niewielką zakładkę na wcześniej skoszony fragment. Trawnik po pracy wygląda uporządkowanie i nie ma wrażenia przypadkowego krążenia po ogrodzie.
Nie jest jednak rekordzistą wydajności. Pełne skoszenie powierzchni 1 300 m² zajęło mu około 10 godzin. Potrzebował przy tym w zależności od trybu pracy trzy, czy cztery doładowania.
Realny czas pracy Z120 wynosił w tym teście od około 90 do 130 minut. Naładowanie akumulatora od 15 do 85% zajmowało 57-61 minut, choć producent deklaruje około 50 minut. Pełniejsze ładowanie od 15 do 100% trwało mniej więcej 80 minut.

Ładowanie od 15 do 85% pochłaniało około 0,109 kWh, a od 15 do 100% około 0,132 kWh. Koszenie dużego ogrodu będzie więc trwało długo, ale pod względem rachunku za energię nie jest to urządzenie, którego szczególnie trzeba się obawiać.
Nie traktowałabym wolniejszego koszenia jako dyskwalifikującej wady. Robot może wyjeżdżać regularnie i samodzielnie, więc właściciel nie stoi przecież obok niego ze stoperem. Przy niemal 2000 m² zaczyna mieć to jednak znaczenie, szczególnie gdy pogoda daje krótkie okno na pracę albo nie chcemy wypuszczać urządzenia nocą.
PreciEdge – mała przystawka, którą przy tej cenie wolałabym znaleźć w pudełku
Do RockMow Z120 można dołożyć boczny moduł koszący PreciEdge. To właśnie on odpowiada za docięcie trawy przy obrzeżach i może zbliżyć ostrze na około 3 cm do granicy trawnika. Robot automatycznie wykrywa zamontowane akcesorium i udostępnia dodatkowe strategie koszenia krawędzi.
Sam montaż jest prosty. Trzeba zdjąć osłonę głównego kosiska, odkręcić maskownicę przygotowanego gniazda, wsunąć PreciEdge i przykręcić moduł. W środku znajduje się niewielki obrotowy talerz z dwoma ostrzami. Po wykryciu przystawki w aplikacji pojawiają się dwie strategie pracy przy krawędzi, a tryb SmartBeta pozwala podejść najbliżej.

W praktycznych testach przy murkach i budynkach pozostawało około 3-4 cm nieskoszonego pasa. To już zdecydowanie lepszy wynik niż bez bocznego modułu i w wielu miejscach pozwala mocno ograniczyć korzystanie z podkaszarki.
Nie wszędzie działa jednak równie dobrze. Wokół roślin zachowanie robota potrafi być zaskakująco różne. Przy jednych hortensjach Z120 podchodził bardzo blisko obrzeża, a przy innych zostawiał nawet około 40 cm wolnego miejsca, mimo podobnie wyznaczonej granicy. To ponownie wygląda bardziej na kwestię algorytmu niż możliwości mechanicznych samego urządzenia.
Brakuje mi także prostego ustawienia w aplikacji, które pozwalałoby przesunąć tor pracy przy granicy o kilka czy kilkanaście centymetrów. Jeżeli robot zostawia za duży margines, jednym ze sposobów jest ręczne skorygowanie samej wirtualnej granicy. Da się to zrobić, ale przy urządzeniu tej klasy oczekiwałabym wygodniejszej regulacji.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden zgrzyt. PreciEdge jest sprzedawany osobno. Kosztuje około 550 zł, podczas gdy RockMow Z120 LiDAR był oferowany za około 11 500 zł.
Rozumiem sprzedawanie osobno garażu czy kół z bardziej agresywnym bieżnikiem. Boczne kosisko wydaje mi się jednak elementem znacznie bliższym podstawowej funkcji robota. Jeżeli wydaję ponad 11 tysięcy złotych po to, żeby możliwie rzadko myśleć o koszeniu, perspektywa późniejszego chodzenia wokół ogrodzenia z podkaszarką trochę psuje ten układ. PreciEdge szybko znalazłby się więc na mojej liście obowiązkowych dodatków.

Aplikacja jest dobra, ale Roborock ma jeszcze kilka rzeczy do dopracowania
Dużą zaletą Z120 jest aplikacja. Możemy podglądać położenie robota na mapie, zarządzać strefami i wysokością koszenia, tworzyć harmonogramy, wyznaczać zakazane miejsca czy ręcznie sterować urządzeniem przez Bluetooth. Jest także zabezpieczenie kodem PIN, alarm po podniesieniu oraz łączność 4G.
Ręczne sterowanie okazuje się zresztą całkiem przydatne. Robot reaguje szybko na wirtualny joystick, a podczas takiej jazdy można uruchomić kosisko i samodzielnie poprawić fragment, do którego automat z jakiegoś powodu nie chciał wjechać.
Szkoda tylko, że skoro z przodu znajdują się kamery, aplikacja nie pozwala zobaczyć ich obrazu podczas ręcznego sterowania. Przy dużej posesji byłoby to naturalnym rozwinięciem tej funkcji.
Znacznie bardziej przeszkadza mi jednak sposób powrotu do stacji. Z120 potrafi wybierać tę samą trasę i po wielu tygodniach regularnego przejeżdżania w jednym miejscu może stworzyć widoczny ślad. W teście po około siedmiu tygodniach na jednej z tras pojawiła się już lekko wyjeżdżona ścieżka. Przydałaby się możliwość automatycznego różnicowania drogi powrotnej, którą oferują już niektórzy konkurenci.












Do listy dopisałabym wspomnianą już nadmierną ostrożność przy niektórych wąskich przejazdach oraz nierówne traktowanie przestrzeni wokół roślin.
Sprzętowo Z120 sprawia znacznie bardziej dojrzałe wrażenie niż software’owo. To akurat dobra wiadomość, bo znaczna część tych niedociągnięć może zostać poprawiona aktualizacjami.
Czy kupiłabym RockMow Z120 LiDAR?
Za ponad 11 tysięcy złotych oczekiwania muszą być wysokie. I RockMow Z120 w wielu miejscach im odpowiada. Dostajemy bardzo dobrą nawigację bez przewodu i anteny RTK, napęd 4×4, świetną mobilność na nierównym terenie, szeroki zakres regulacji wysokości oraz system koszenia, który dobrze pasuje do bardziej skomplikowanych ogrodów.
Co ważniejsze, kilka najbardziej imponujących elementów specyfikacji ma potwierdzenie w praktyce. Napęd 4×4 rzeczywiście pomaga na piachu i kamieniach. Konstrukcja poradziła sobie na około 40-procentowej skarpie. Aktywne skręcanie nie zniszczyło suchej trawy nawet podczas wielotygodniowego testu, a LiDAR pozwala robotowi sprawnie poruszać się pomiędzy różnymi częściami posesji.

Są również rzeczy do poprawy. Z120 jest zauważalnie wolniejszy od części konkurentów, nie zawsze widzi małe przeszkody i węże, nocą skuteczność kamer spada, a czasami omija przestrzenie, w których fizycznie spokojnie by się zmieścił. Stała droga do stacji może zostawiać ślady, a za moduł, który pozwala sensownie dokaszać krawędzie, trzeba dodatkowo zapłacić.
Najwięcej sensu widzę w nim na działkach, na których tańszy robot miałby po prostu ciężkie życie. Skarpy, kilka stref, drzewa, nierówności, piach i trudniejsze przejazdy pozwalają wykorzystać możliwości Z120. Przy małym, płaskim trawniku będzie trochę jak zakup terenówki do jeżdżenia wyłącznie po parkingu pod supermarketem.
Mam też poczucie, że Roborock wszedł do ogrodu dokładnie tą samą drogą, którą wcześniej przeszedł przez nasze mieszkania. Najpierw trzeba nauczyć robota orientacji w przestrzeni. Potem stopniowo zabierać człowiekowi kolejne obowiązki.
RockMow Z120 jest już bardzo blisko momentu, w którym właściciel skomplikowanego ogrodu może rzeczywiście przestać planować weekend wokół koszenia. Do pełni szczęścia dorzuciłabym PreciEdge do podstawowego zestawu i dała programistom jeszcze trochę czasu na dopracowanie zachowania w tych kilku sytuacjach, w których mechanika wyraźnie potrafi więcej niż algorytm.
