Efektem dwóch lat prac badawczo-rozwojowych jest model FiiO CP11, czyli urządzenie, które ma szansę stać się absolutnym liderem kasetowego renesansu, bo chociaż służy do odtwarzania bardzo retro nośników, to jednocześnie ma w sobie dużo nowoczesności.
Świetne połączenie starego z nowym
Wbrew pozorom, droga do stworzenia tego modelu nie była prosta. FiiO planowało początkowo zadebiutować z wyższym modelem CP15, ale inżynierowie napotkali spore opory przy projektowaniu ultra-cienkiego mechanizmu transportu taśmy. Zamiast kazać fanom czekać w nieskończoność, firma postanowiła zmienić harmonogram i wyposażyć w tę nową technologię nieco bardziej przystępny model CP11. I trzeba przyznać, że wymiary robią wrażenie. To nareszcie sprzęt, który bez problemu wsuniemy do kieszeni, nawiązując do złotej ery Walkmanów, zamiast nosić w torbie grubą, nieporęczną cegłę.

Wewnątrz obudowy zrezygnowano z tanich kompromisów. Zamiast zwykłego silniczka zastosowano tu jednostkę bezszczotkową z nowym napędem i całkowicie przebudowanym układem scalonym. Oznacza to znacznie stabilniejsze obroty taśmy i wyeliminowanie irytującego „pływania” dźwięku. Do tego dochodzi udoskonalona głowica magnetyczna – w końcu nawet najbardziej analogowe, ciepłe brzmienie jest tylko tak dobre, jak element, który je odczytuje.

To jednak nie brzmi jeszcze aż tak nowocześnie, ale spokojnie, teraz czas na takie udoskonalenia. Na pokładzie znalazł się moduł Bluetooth. Poprzedni, całkowicie analogowy model CP13 nie oferował łączności bezprzewodowej, tymczasem tutaj możemy bez problemu sparować odtwarzacz ze swoimi ulubionymi słuchawkami bezprzewodowymi i słuchać starych mixtape’ów bez plątaniny kabli. Miłośnicy klasyki nie muszą się jednak martwić, bo tradycyjne gniazdo jack 3,5 mm wciąż znajduje się na swoim miejscu.
Minimalizm, USB-C i przyciski, które czuć pod palcem
Nawet wizualnie widać, że FiiO dobrze przemyślało ten projekt. Nie uświadczymy tu żadnego retro-kiczu, po prostu czystą, minimalistyczną obudowę w kilku wersjach kolorystycznych. Ciekawym detalem jest klapka baterii na spodzie, bo sugeruje możliwość jej samodzielnej wymiany, a to akurat detal, który bardzo cenię, bo pokazuje, że to sprzęt przewidziany na lata. Zupełnie jak stare Walkmany.

Co prawda nie mamy tu zwykłych paluszków, tylko akumulator. Jest to zdecydowanie wygodniejsze i bardziej ekologiczne. W dodatku ładowanie odbywa się przez współczesne złącze USB-C (5V/2A), więc nie trzeba szukać po szufladachdedykowanych zasilaczy.
Z kolei na górnej krawędzi umieszczono fizyczne, przyjemnie klikające przyciski do sterowania odtwarzaniem oraz dedykowany guzik do parowania Bluetooth. Żadnego przeklikiwania się przez ekrany dotykowe czy aplikacje w telefonie – cała obsługa ma pozostać czysto haptycznym, fizycznym doświadczeniem. To przyjemne odejście od typowego trendu i sprawia, że to połączenie dwóch epok jest takie udane.

Cena nie została jeszcze oficjalnie ujawniona, ale biorąc pod uwagę, że poprzednik sprzedaje się w przedziale 99–110 dolarów, nowy wariant raczej nie wyczyści nam konta do zera. Premiera powinna się odbyć jeszcze w tym roku, choć na razie nie ma żadnych szczegółów.
