Naukowcy z Florida International University postanowili przyjrzeć się dokładności tych pomiarów i wnioski są ciekawe, choć dość kłopotliwe dla użytkowników smartwatchy i opasek. Okazuje się bowiem, że zamiast rzetelnego odzwierciedlenia naszej pracy, urządzenia systematycznie i ze sporą marginesem błędu przeszacowują ilość spalanych kalorii.
Pułapka uwięziona w algorytmach
Zacznijmy oczywiście od tego, że większość osób raczej zdaje sobie sprawę, że dane przedstawiane na smartwatchach nigdy nie są prawdą objawioną i nie będą w 100% dokładne. Producenci też tego nie ukrywają, zwykle dopisując, że są to tylko „szacunkowe wyniki”. Mimo to, ciężko w codziennym życiu aż tak bardzo o tym pamiętać i często zwyczajnie polegamy na tym, co nam jest pokazywane.
Zanim przejdziemy do tego, co ustalili badacze, warto przypomnieć sobie, jak dokładnie zegarki w ogóle uzyskują te wyniki. Niemal wszystkie urządzenia tego typu bazują na technologii zwanej fotopletyzmografią (PPG). Polega ona na naświetlaniu skóry za pomocą diod LED i mierzeniu odbitego światła, co pozwala urządzeniu rejestrować mikrofluctuacje w objętości krwi pod skórą. O ile optyczne czujniki tętna bardzo dobrze radzą sobie podczas odpoczynku, snu czy umiarkowanego marszu, o tyle gwałtowne ruchy nadgarstka, napinanie mięśni, pocenie się oraz przyspieszona praca serca drastycznie obniżają precyzję tych odczytów.
Prawdziwy problem zaczyna się jednak w momencie, gdy wewnętrzne algorytmy próbuje przeliczyć tętno na wydatek energetyczny. Kiedy śledzimy spalone kalorie, bazujemy na wzorach, które bywają niezwykle zawodne. Dlatego właśnie nie można traktować liczby spalonych kalorii dostarczanej przez zegarek jako wartości dokładnej, ponieważ nią nie jest. W skali każdego tygodnia pomiar może mijać się z prawdą o kilkaset kalorii, przez co łatwo wpaść w nadwyżkę kaloryczną, będąc przekonanym, że znajduje się w deficycie.

Różnica jest niestety znacząca
Choć o skali błędu wiemy, to nikt nie chwali się tym, jak duża ona może być. Żeby nam to przybliżyć, zespół dr. Kostrny postanowił przetestować cztery popularne urządzenia na grupie 58 ochotników o zróżnicowanej budowie ciała, odcieniu skóry oraz zawartości tkanki tłuszczowej. Uczestników poddano intensywnej próbie wysiłkowej na ergometrze rowerowym, a wyniki z zegarków porównano z profesjonalną aparaturą laboratoryjną analizującą wymianę gazową.
Błędy na zegarkach wynosiły średnio od 80 do 110 kalorii na sesję, co przekłada się na błąd rzędu 15 do nawet 25 procent. Z testowanej czwórki modele Samsung Galaxy Watch 5 oraz Garmin Forerunner 955 najsilniej i najbardziej systematycznie zawyżały wydatek energetyczny. Z kolei Apple Watch Series 8 charakteryzował się wyraźnie mniejszym przeszacowaniem wyników. Najdziwniej wypadł Fitbit Sense 2 – choć w ogólnym rozrachunku średni błąd wydawał się niski, to aż 13 procent jego odczytów było całkowicie niedorzecznych i niemożliwych z biologicznego punktu widzenia. Biorąc pod uwagę te aberracje, urządzenie okazało się najmniej niezawodne ze wszystkich testowanych
Niejako przy okazji naukowcy udowodnili też, że odcień skóry uczestników nie wpływał zauważalnie na spadek dokładności czujników. Największą zmienną rozbijającą precyzję pomiarów okazał się poziom tkanki tłuszczowej. Im wyższy, tym bardziej niedokładne i zniekształcone stawały się odczyty. Nie jest co prawda do końca jasne, czy wynika to bezpośrednio ze stłumienia światła przechodzącego przez tkankę podskórną, czy też z ograniczeń algorytmów, które nie potrafią poprawnie przeliczyć dynamiki przepływu krwi u osób z większą masą ciała.
Narzędzie motywacyjne, a nie laboratorium na nadgarstku
Tak samo, jak w przypadku funkcji monitorowania zdrowia, tak i te aktywnościowe pomiary powinniśmy zawsze brać z lekkim przymrużeniem oka. Naukowcy nie chcą tym badaniem sprawić, byśmy zaprzestali noszenia smartwatchy. Warto jednak pamiętać, że ilość spalonych kalorii jest podawana jedynie orientacyjnie i ten margines błędu powinien być brany pod uwagę, zwłaszcza gdy jesteśmy na deficycie kalorycznym. Nie powinno się więc podejmować kluczowych decyzji w sprawie diety, treningów czy zdrowia w oparciu o to, co pokazuje nam zegarek.
Lepiej traktować zegarki i serwowane przez nich pomiary jako motywację. Takie dane często ludziom pomagają w dbaniu o formę, bo stanowią silną motywację do dalszego wysiłku. Warto jedynie pamiętać o ich ograniczeniach, a przede wszystkim o tym, by nie fiksować się za bardzo na wynikach. To wciąż jedynie narzędzie wspomagające, a nie wyrocznia.
Źródło: PLOS One
