Testuję Google Pixel 11 Pro XL. Mogę narzekać, ale nie mogłem się z nim rozstać

Po prawie dwóch miesiącach wiem jedno. Sztuczna inteligencja to teraz oczko w głowie Google. W efekcie i topowy smartfon tej firmy, Google Pixel 11 Pro XL staje się nie tyle ulepszeniem technicznym, co bramą wstępu do kolejnych rozwiązań spod szyldu Gemini. Wejściówki są droższe, więc warto się zastanowić, czy warto w ogóle iść tą drogą. Widzę pewne wady, ale nie mogę odmówić czaru flagowemu Pixelowi.
Google Pixel 11 Pro XL
Google Pixel 11 Pro XL

Co roku mówi się, że to iPhone’y na Androidzie, ale mimo tego Google sprzedaje ułamek tego, co Apple. Jednocześnie widać pewne ruchy na rynku smartfonów premium i przynajmniej w Stanach Zjednoczonych firma wykrozystała m.in. niemoc Apple w dziedzinie konsumenckiego AI i ugrało dla siebie nieco rynku. W tym roku producent jeszcze mocniej podkreśla, że jego urządzenie to przedłużenie mocy Gemini, a Android ma stać się systemem inteligentnym, w którym asystent sam będzie mógł robić za nas rzeczy na telefonie. 

Google Pixel 11 Pro XL nie jest li tylko kontynuacją z diodą zamiast sensora temperatury. W końcu z podstawowej wersji zabrano 4 GB RAM-u, ale za to dano większy sensor do aparatu tele, zwiększono jasność ekranu i nieco zmniejszono pojemność baterii. Jak widzicie, porównanie z poprzednikiem nie jest w sumie jednoznaczne. Czy jednak jest dobrym smartfonem? Przekonajmy się!

Google Pixel 11 Pro XL – specyfikacja

Zobaczmy, co kryje się w największym Pixelu:

Cecha / ParametrSpecyfikacja Google Pixel 11 Pro XL
PremieraSierpień 2026 r.
Procesor (CPU)Google Tensor G6 (3 nm TSMC), 8-rdzeniowy z koprocesorem bezpieczeństwa Titan M3
Grafika (GPU)PowerVR CXTP-48-1536
Pamięć RAM12 GB / 16 GB LPDDR5X
Pamięć wewnętrzna128 GB / 256 GB / 512 GB / 1 TB (UFS 4.0), brak slotu na kartę microSD
Ekran6.8 cala, Super Actua LTPO OLED, 24-bitowa głębia kolorów (16.7 mln barw), HDR10+, powłoka Corning Gorilla Glass Victus 2
Rozdzielczość i odświeżanie2992 x 1344 pikseli (QHD+), ~486 ppi, odświeżanie 1-120 Hz, jasność szczytowa do 3600 nitów
Aparat główny (tył) • 50 Mpix – szerokokątny (f/1.68, Dual Pixel PDAF, OIS, 1/1.31″)
• 48 Mpix – ultraszerokokątny (f/1.7, 123°, Dual Pixel PDAF, tryb Makro)
• 48 Mpix – peryskopowy teleobiektyw (f/2.8, OIS, zoom optyczny 5x, Pro Res Zoom do 30x)
Aparat przedni (selfie)42 Mpix (f/2.2, Dual Pixel PDAF, ultraszerokokątny)
Nagrywanie wideoTył: 8K przy 30 kl./s (Video Boost AI), 4K przy 24/30/60 kl./s; Przód: 4K do 60 kl./s
Akumulator5115 mAh (bateria litowo-jonowa)
ŁadowanieSzybkie ładowanie przewodowe 45 W (USB PD 3.0 PPS), bezprzewodowe 25 W (Pixel Stand / Qi2 ze wsparciem magnetycznym), zwrotne bezprzewodowe (Battery Share)
System operacyjnyAndroid 17 z interfejsem Pixel UI (7 lat wsparcia aktualizacji)
Łączność i komunikacja5G (Sub-6 GHz + mmWave), Wi-Fi 7 (802.11be), Bluetooth 6.0, NFC, Ultra-Wideband (UWB), satelitarna łączność SOS, USB Type-C 3.2
Karta SIMDual SIM (Nano-SIM + eSIM / Multi-eSIM)
ZabezpieczeniaUltrasoniczny czytnik linii papilarnych pod ekranem, rozpoznawanie twarzy, procesor Titan M3
Certyfikat odpornościIP68
Wymiary i waga162.7 x 76.5 x 8.5 mm, waga 226 g
Inne funkcjeGłośniki stereo z dźwiękiem przestrzennym Spatial Audio, czujnik temperatury, funkcje AI (Gemini Nano, Magic Editor, Call Assist, Pixel Screenshots)

W pudełku ze smartfonem nie znajdziemy nic szczególnego oprócz urządzenia. Ot, producent postawił na podstawowy kabel z dwoma złączami USB-C i garść instrukcji oraz informację o klasie energetycznej B. To tyle. Testowany egzemplarz ma 512 GB pamięci na pliki i 16 GB RAM-u.

Jakość wykonania Google Pixel 11 Pro XL

Google Pixel 11 Pro XL to smartfon z ciężkiej kategorii wagowej. Producent starał się, by wyważyć to urządzenie jak najlepiej, ale przy masie 226 gramów po prostu nie będzie to najporęczniejszy telefon z dużym ekranem. Google stara się ten fakt nieco osłodzić – boczne ramy są lekko wyprofilowane i to przekłada się na nieco lepszy chwyt. Są też wykonane na wysoki połysk, co oznacza, że dość szybko przyklei się do nich brud.

Jako ciekawostkę powiem wam, że smartfony Google Pixel na testy docierają do większości redakcji z etui, które zazwyczaj należy zakupić osobno. Krótko o nim: to silikon, który jest przyjemny w dotyku, z którego niemal na pewno po czasie wypadnie wtłoczone do środka “G” i które ochrania ekran oraz wyspy aparatów tylko nieznacznie. Zachowuje łączność z magnesami w standardzie Qi 2.2, a w środku wyściełane jest miękkim materiałem.

Wyspa aparatów zbiera wokół siebie dużo kurzu

Zdejmujmy jednak to etui, by przyjrzeć się bardziej szczegółowo obudowie. Tył wykonano z jednolitej tafli szkła, na której połysk zbliżony do tego w bocznych ramkach ma charakterystyczna litera “G”. Wbrew moim obawom, miejsce to nie zebrało brudu. Półką na kurz jest jednak wyspa aparatów, której kształt ma jednak niepodważalną zaletę – telefon nie kołysze się przy dotyku na płaskiej powierzchni. Podczas testów szkło ochronne nie zebrało rys.

Szklane plecki, aluminiowa rama – zero zaskoczeń

Błyszczące boki gromadzą brud, a ten widać szczególnie w okolicy przycisków (głośność na dole, blokada u góry – inaczej niż u reszty konkutencji) na prawej krawędzi. Te poruszają się z odczuwalnym luzem w górę i w dół, ale mają przyjemny skok i czuć, że są głęboko osadzone w obudowie. Przez chwilę miałem wrażenie, że całość bocznej ramki podczas testów się porysowała, ale na szczęście tak nie było, to tylko odciski palców. Na dole, poza portem USB-C, dwie maskownice, ale tylko za jedną skrywa się głośnik. Za drugą umieszczono mikrofon. Tacka na kartę SIM mieści się u góry.

Google Pixel 11 Pro XL ma małe, ale nie najwęższe ramki

Front zabezpieczono szkłem Gorilla Glass Victus 2. Szkoda, że w erze Privacy Display czy matowych szkieł rozwiązanie od Google błyszczy się niczym szkło w telefonach wielokrotnie tańszych. Ramki dookoła ekranu też mogłyby być mniejsze, bo także i tańsze telefony potrafią pod tym względem dominować. To jednak stylistyczne czepialstwo, a najważniejsze jest, że po ponad miesiącu noszenia w kieszeni na telefonie nie ma żadnych rys.

Obudowa spełnia normę IP68, co na nikim nie robi już wrażenia i jest oczekiwane. Mam nadzieję, że Google powoli będzie doprowadzał do większej liczby innowacji. Na razie jego flagowiec pod względem wykonania jest “bezpieczny”, czyli zapewne bardziej opłacalny niż gdyby producent chciał odchudzić obudowę lub postawić na matowy ekran.

Nowy ekran Super Actua nie tak nowy?

W tym roku Google postanowiło podkreślać, że ich wyświetlacz Super Actua jest najjaśniejszym, jaki dotychczas przygotowali. Przy maksymalnej jasności w trybie HDR ekran rozświetla się do 3605 luksów, ale tylko i wyłącznie w centrum. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie jasność spada do około 3270 lx, a to już blisko 10% odchyłu. Niestety, przekłada się to na nie aż tak mistrzowskie kąty widzenia – zamiast jednolitego białego ekranu, po odłożeniu telefonu obok biurka jego panel lekko różowieje na brzegach.

Google Pixel 11 Pro XL ekran
Wyświetlacz Pixel 11 Pro XL

Co do zasady to naprawdę dobry ekran. Nie uświadczyłem problemów związanych z minimalną, niską jasnością, a więc zielenienia szarości czy różowej poświaty przy przewijaniu białych czcionek na czarnym tle. Panel LTPO OLED zmienia też dość płynnie częstotliwość odświeżania. Zmiany jasności przebiegają bardzo płynnie. Kolory prezentują się żywo, jak powinny, choć mam wrażenie, że kąty widzenia mogłyby być nieco szersze.

Google Pixel 11 Pro XL – wysoka jasność

Miłym dodatkiem jest regulacja stopnia jasności HDR. Jeśli czasem niektóre nagrania w mediach społecznościowych oślepiają was znienacka, to ustawienie ochroni wasz wzrok. Podobnie miłą rzeczą jest ustawianie czułości dotyku, choć nie mamy tu wpływu na stały parametr, a jedynie możemy zdecydować się na większą intensywność lub adaptacyjną regulację.

Szkoda, że to rozwiązanie nie jest idealne – czasem telefon nie reaguje i trudno ustalić, czy to wina aplikacji czy adaptacyjnego ustawienia. Do tego nie mamy pełnej kontroli nad wyświetlanymi kolorami czy dodatkowego obniżania jasności.

Jakość dźwięku bez zmian – wibracje na wysokim poziomie

Zastosowany w Google Pixel 11 Pro XL system głośników nie jest symetryczny. Poza maskownicą na dole zastosowano tu dość standardowy głośnik w górnej części obudowy. To nie jest złe rozwiązanie, ale jeśli chodzi o doprowadzanie dźwięku do nas, dolny głośnik robi to z większą mocą i donośnością.

Szkoda, że telefon nie daje ustawień korektora graficznego. Oczywiście część osób bardziej doceni dźwięk adaptacyjny, czyli dopasowanie głośności do warunków, w jakich jest smartfon oraz przełącznik dźwięku przestrzennego, ale Google nie daje nam pobawić się ustawieniami. Szkoda, bo przecież wsadził tu całkiem klarownie grający zestaw stereo, który także i przy dużej głośności potrafi brzmieć przyjemnie.

Ustawień wibracji jest sporo

Czego Google nie dodał przy dźwięku, to nadrobił w wibracjach. Tu ustawień jest sporo, choć wibracje możemy zmieniać tylko w trzech stopniach regulacji. Różnice, siłą rzeczy, są więc odczuwalne. Mamy za to sporo ustawień – klawiaturę, połączenia, powiadomienia, alarmy i inne. Sam silnik wibracji to wzorowe rozwiązanie, które jest niesamowicie precyzyjne i osoby korzystające ze smartfonów Apple czy Samsunga pod tym względem będą czuły się tu jak w domu.

Wydajność Tensor G6, czyli jak bardzo za konkurencją jest Google?

Podczas, gdy producenci na Androidzie prześcigają się, kto lepiej wykorzysta moc Snapdragona lub MediaTek Dimensity, a Apple co roku podkręca wydajność układów z serii A, Google obstaje przy własnej jednostce. Obietnice co do Tensor G6 są duże – poprawić miała się efektywność energetyczna oraz wydajność w zastosowaniach AI. Co ciekawe, to wszystko z jednym rdzeniem procesora mniej niż poprzednio, za to z rozwiązaniami ARM C1-Ultra i C1-Pro.

Prawda jest taka, że Google Pixel 11 Pro XL nadal ma problemy, które dwa lata temu trapiły mnie podczas recenzji Pixela 9 Pro. W oprogramowaniu zdarzają się problemy z wydajnością, przede wszystkim przy zewnętrznych aplikacjach i wczytywaniu przez nie plików (np. galeria w Messengerze) i potrafią one być dotkliwe. Dorzućmy do tego problematyczną obsługę dotyku oraz jeden raz, gdy telefon musiałem siłą wyłączyć (przytrzymaniem przycisków przez ok. 20 sekund), bo nie reagował na nic i niestety 5% czasu ze smartfonem było dalekie od flagowego doświadczenia.

Co z pozostałymi 95%? Smartfon działa płynnie, utrzymuje w pamięci operacyjnej aplikacje przez długi czas i lepiej niż mniejszy Pixel przed dwoma laty radzi sobie z odprowadzaniem ciepła. Na co dzień telefon jest bezproblemowy, a przycięcia animacji poza tymi związanymi z ładowaniem plików się nie zdarzają. Smartfon ma panel gier, ale ten nie jest szczególnie rozbudowany, za to pozwala transmitować na żywo na Youtube. Wydajność Pixela 11 Pro XL jest dobra, ale nie dla graczy – to telefon w dalszym ciągu za konkurencją. Może pora coś w tym zmienić?

Nakładka Pixel UI obala mit czystego Androida. To przez nią Google Pixel 11 Pro XL wciąga

Android 17 w wykonaniu Google to coś znacznie odmiennego od tego, co znajdziemy jako AOSP. Pixel UI korzysta z pewnych wizualnych podobieństw do bazowego Androida – ma być prosto i w miarę minimalistycznie, choć z charakterystycznymi zaokrągleniami, widżetami i asystami, które subtelnie przypominają nam, że to Pixel, a nie kolejny smartfon z czystym Androidem.

Personalizacja odbywa się za pośrednictwem styli. Pojawiły się też pierwsze motywy do pobrania, jak chociażby ten z Harrym Potterem, który zmienia całkowicie ikony i kolory. Te można też zmieniać osobno, niezależnie od tapety, w tym skorzystać z generatywnej sztucznej inteligencji, by ta stworzyła styl wszystkim ikonom. Google nie będzie bawił się w zatrudnianie artystów i płacenie im procenta ze sklepu z motywami. Wybierzemy też jeden z kilku zegarów ekranu blokady, który przeniesie się na wyświetlacz zawsze włączony.

Google krok po kroku czyni Pixel UI doświadczeniem odmiennym od Androida, ale przez to też lepszym. Dyktowanie bez potrzeby składnego wyrażania się jest tą funkcją, z której jako osoba absolutnie niezdolna do pisania podczas chodu, skorzystałem najmocniej. Liczę, że to rozwiązanie pojawi się w każdym urządzeniu z dostępem do klawiatury GBoard, bo dzięki niemu dyktowanie staje się wielokrotnie przyjemniejsze. Apple będzie miało swój odpowiednik, choć nie wiemy, czy w języku polskim. 

Niezmiennie podobają mi się małe funkcje, które się nie narzucają, jak wyszukiwanie utworów w czasie rzeczywistym i pokazywanie ich tytułów na ekranie blokady. I tak, wiem, że oznacza to ciągłą pracę mikrofonu i nie jest mi to obojętne. Jednocześnie wielu ludziom jest, a na Androidzie sensownych alternatyw brakuje. Tak samo producent potrafi przenieść w subtelny sposób najważniejsze informacje z naszego kalendarza czy e-maila na ekran główny.

Jednocześnie mało kto jak Google potrafi sobie strzelić w stopę wizerunkowo nowościami. HiLight, bo taka jest nazwa własna systemu diod, jaki zaprezentowano przy okazji premiery serii Google Pixel 11, nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w oświetleniu. Pozwala jedynie dobrać jeden z pięciu kolorów podświetlenia na wypadek, gdy zadzwoni jeden z 5 ulubionych kontaktów, a do tego świeci się podczas rozmowy z Gemini, gdy odłożymy telefon ekranem do dołu. To tyle, a producent nie przewidział rozbudowania możliwości dla deweloperów zewnętrznych aplikacji.

Nie chodzi nawet o to, że pozbyto się sensora do pomiaru temperatury. Wątpię, by ktoś używał go na poważnie zamiast elektrycznego termometru za 30 złotych. Jednak w zamian Google mógł dać coś faktycznie użytecznego, a dał jedynie namiastkę przydatności.

Pixele ogółem nie są smartfonami z największą liczbą funkcji. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do aplikacji w pływających oknach, tu ich nie znajdzie, podobnie jak wysuwanego z boku paska ze skrótami do funkcji czy też aplikacji. Nie znajdziemy wizualnych fajerwerków czy najpłynniejszych animacji. Zamiast tego Google stawia na integrację wewnątrz ekosystemu, także pod kątem wizualnym. Mimo mocnego stawiania na własną tożsamość udało się przemycić integrację z AirDrop obecnym na urządzeniach Apple.

Udostępnianie w pobliżu działa teraz z urządzeniami Apple

To rozsądne połączenie prostoty z funkcjonalnością sprawiło, że korzystałem z Google Pixel 11 Pro XL jak ze swojego smartfonu. To tu najlepiej działają dymki czatu i to tu najsprawniej przełączało mi między aplikacjami. Po latach testowania przeróżnych urządzeń z Androidem z pewnością znalazłbym kilka rzeczy, których mi brakuje (m.in. aplikacji w oknach), ale zaczynam też doceniać prostotę czy to, że gdy szukam ustawień, mogę wpisać, co mam na myśli i nie muszę znać nazwy funkcji.

Mimo wszystko chciałbym, by Pixele miały coś z Androidowej magii i nieprzywidywalności, by HiLight zyskało więcej funkcji, a integracja ze sztuczną inteligencją stała się pełna nie tylko dla amerykanów, ale i w Polsce. Na razie nie zamówimy aplikacji, nie poprosimy telefonu, by zmienił ustawienia w systemie (a inni to mają), więc zdecydowanie jest pole do poprawy. Na szczęście Google Pixel 11 Pro XL ma dostawać aktualizacje przez 7 lat, więc jest na to czas.

W wariancie z 512 GB pamięci dla użytkownika zostaje 461 gigabajtów. Część z tej pamięci zajmują systemy odblokowywania telefonu. Możemy polegać na skanie twarzy, który często wyprzedza czytnik linii papilarnych i Google traktuje go jako wystarczająco dobrą metodę do weryfikacji np. podczas otwierania Revoluta czy płacenia. Czytnik linii papilarnych ukryty pod ekranem jest jednak na tyle szybki, by nie czuć dyskomfortu, jeśli nie skorzystamy ze skanów twarzy.

Moduły łączności w Google Pixel 11 Pro XL

Zasadniczo z flagowcem od Google nie miałem większych problemów. Lokalizacja działała precyzyjnie i kierowała mnie tak, jak trzeba. Nie było problemów z połączeniem z siecią, a zasięg Wi-Fi i przepustowość wypadały dobrze. Czy Pixel 11 Pro XL nagrzewa się podczas korzystania z sieci 5G mocniej niż inne telefony? Trochę tak, ale nie jest to stopień, który wymagałby zrezygnowania z tej łączności.

Sama jakość rozmów jest w porządku. Cieszy, że zaimplementowano łączność satelitarną i UWB, ale z żadnej z tych dwóch rzeczy nie za bardzo da się w Polsce skorzystać (możecie próbować z niektórymi samochodami). NFC działało dość specyficznie, bo wymagało przyłożenia telefonu nieco niżej niż w przypadku większości urządzeń. Problemów nie uświadczyłem za to z Bluetooth 6.0, który pozwala na szybkie łączenie się z akcesoriami.

Jakość zdjęć i filmów Google Pixel 11 Pro XL

W tym roku Google chce przekonać wszystkich, że nie muszą robić najlepszych technicznie zdjęć nie tylko poprzez narzędzia AI zmieniające oblicze tychże, ale także i poprzez danie filtrów, które celowo “pogarszają” jakość zdjęć, by nawiązywać do kamer z lat 90. Jakby tego było mało, Google upiera się przy innej nawigacji w aplikacji zdjęć niż reszta, przez co szukanie opcji potrafi być problematyczne.

To, co jednak najważniejsze, to jakość zdjęć i filmów. Fotografie z aparatów Google Pixel 11 Pro XL cechują się stałością. Moim zdaniem producent jest o pół półki wyżej niż nadmiernie wyostrzający wszystko Galaxy S26 Ultra i bardzo dobrze wywiązuje się z zachowywania podobieństwa zdjęć. Kolorystyka jest nasycona i nieco przejaskrawiona, ale niemal zawsze w ten sam sposób, nawet gdy światła jest mniej.

Czy Pixel 11 Pro XL może stawać w szranki z fotograficznymi ultraflagowcami? Moim zdaniem jest od nich oddalony o pół kroku, ale i tak dla większości ludzi, którzy nie ekscytują się niezdrowo aparatem tele (jak ja) czy nie doszukują się detali w brzegach kadru, będzie to znakomity smartfon. Jedyną poprawkę, którą uwzględniłbym niezależnie od klasy sprzętu stanowi praca autofokusa. Dobrze to wypada, przy głównym aparacie, ale zoom miewa swoje humory i trudno przełączało się w nim obiekt ostrzenia.

Aparat główny zachowuje najlepszą jakość, przy czym nie jest tak, że reszta rozwiązań znacząco odstaje. Odrobinę większe sensory nie sprawiają, że Google Pixel 11 Pro XL magicznie dogania i wyprzedza konkurencję, ale na pewno zachowuje poziom godny flagowca. Rozmycie tła za obiektem z pierwszego planu, ostrość czy niski poziom zaszumienia to wspólny mianownik każdego z trzech aparatów, choć jak zawsze, aparat ultraszerokokątny wypada najgorzej i najciemniej w tym zestawieniu. Nie rejestruje jednak zbyt mocnego efektu rybiego oka i utraty jakości na brzegach kadru, więc jest na dobrym poziomie jak na drogi smartfon.

Najwięcej czasu spędziłem z aparatem tele i choć brakuje mi pośredniego kroku między bazową ogniskową, a przybliżeniem 5x, tak doceniam jakość zdjęć. Nawet nocą mają sporo detali, piękne rozmycie, a algorytmy dobrze radzą sobie z nadawaniem efektu szerokiej rozpiętości tonalnej. W cieniach znajdziemy sporo detali, a do przepaleń dochodzi rzadko.

Nocą widać, że Google mogłoby popracować nad szkłem zabezpieczającym aparaty tak, by wpadające światło nie odbijało się w tak widoczny sposób, co irytuje zwłaszcza na nagraniach. Nieco więcej producent mógłby robić w sprawie przetwarzania światła w najjaśniejszych punktach, bo logotypy czy latarnie mogą oślepiać swoim blaskiem i poświatą.

Jeśli jednak chodzi o zdjęcia dalszych podświetlonych obiektów, to nie mam się do czego przyczepić. Producent wykonał świetną robotę, jeśli chodzi o balans między rozjaśnianiem, a zachowywaniem rzeczywistych kolorów. Nocą fotografie są czytelne, ale nie agresywnie wyostrzane. Nie mamy też poczucia, że noc stała się zbyt jasna, by wyciągnąć wszystkie detale z cieni.

Przedni aparat to dobry aparat. Google lata temu odrobiło lekcję z kolorów i struktur twarzy, więc zarówno szczegółowość jest bardzo dobra, a do tego solidny HDR sprawia, że i w tle nie dochodzi do przepaleń. Ostrość zdjęć, także dzięki autofokusowi, wypada bardzo solidnie, a kolorystyka jest spójna z tym, co prezentują tylne aparaty. Dobra robota.

Szkoda, że po tylu latach, Google nadal nie dogoniło konkurencji pod względem wideo. Po pierwsze – przy nagrywaniu w 4K tracimy spory fragment kadru względem głównego aparatu. Po drugie – wideo jest odczuwalnie ciemniejsze niż w przypadku zdjęć. Na podglądzie pojawiają się szumy, które nie znikają po nagraniu. Tak, możecie je wysłać na serwery Google i producent podbije jego jakość, ale czy o to chodzi? No nie. Dobrze, że przełączanie się między aparatami jest płynne i sam aspekt jakości nagrań jest dobry, ale to za mało.

Doceniam też zestaw funkcji do nagrywania pionowego, choć zauważam, że w Polsce nie zyskamy na obecności promptera. No cóż, może za rok. Znacznie bardziej przyda się odszumianie, które działa dobrze nawet w głośnych otoczeniach i choć głos jest mechaniczny, tak dzięki temu jest szansa, by dostarczyć mowę w trudnych warunkach. To dobry kierunek rozwoju, ale nadal jakościowo materiały są odrobinę za najmocniejszą konkurencją i okazały się dość ciemne.

Nie taka wielka bateria na tak wielki smartfon

Google Pixel 11 Pro XL korzysta z akumulatora o pojemności 5115 mAh, a więc nieco mniejszej niż przed rokiem. Duży ekran wzbudzał moje dodatkowe rozterki. Na szczęście nie było aż tak źle. Czy Pixela da się rozładować w ciągu dnia? Tak, i to nawet po 7-8 godzinach od odpięcia od ładowarki. Procenty najszybciej spadają, gdy korzystamy z sieci 5G i pod tym względem proces jest bardziej dotkliwy niż u Apple czy Samsunga, więc być może chodzi o brak jakichś patentów optymalizujących łączność lub odrobinę gorszy zasięg wymuszający przełączanie.

Kondycja baterii jest w porządku

Realnie potrafiłem jednak odkładać Pixela 11 Pro XL pod koniec dnia z 15-20% baterii. To przekładało się na 5,5-6 godzin z włączonym ekranem i to rezultat, który jest dobry, choć nie mistrzowski. Zdarzały się dni, w których rozładowywałem telefon po 4,5-5 godzinach z włączonym ekranem, ale wymagało to żonglerki między aparatem, wrzucaniem zdjęć i filmów na social media oraz odpisywaniem na wiadomości służbowe. W spokojniejsze dni możliwe są dwa dni pracy na jednym ładowaniu, ale wtedy musicie odkładać smartfon i skorzystać z oszczędzania energii poniżej 20% (domyślnie samo się włącza).

Smartfon naładujemy z mocą do 45W przewodowo. Nazwanie tego ekstremalnym ładowaniem brzmi jak mało śmieszny żart w obliczu tego, że smartfon za 1000 zł sprzed 7 lat potrafił mieć ładowanie o mocy 65W. Dobrze, że Google może nieco obronić wartość swojego smartfonu ładowaniem Qi 2.2 25W z obsługą magnetycznych akcesoriów. To ukłon wobec tych, którzy gromadzili je dla swoich iPhone’ów przez lata, ale i wygoda, którą w większości smartfonów z Androidem zyskamy dopiero po założeniu odpowiedniego etui.

Google Pixel 11 Pro XL - wykres baterii
Google nie podaje czasu aktywnego ekranu

Jako, że nie miałem oficjalnych ładowarek, nie chcę mówić o czasach ładowania nic więcej niż to, że najszybciej naładowałem przewodowo Pixela w 98 minut. Czas ten jednak może nieznośnie się wydłużyć przy korzystaniu z ładowarek niezgodnych ze standardami użytymi przez Google.

Dlaczego Google Pixel 11 Pro XL może się podobać, skoro niewiele zmienia?

Google poszło po bandzie z cenami, a Pixel 11 Pro XL za minimum 6149 złotych na start zdecydowanie nie jest wart tej ceny. Nie dostajemy tu najlepszego ekranu, nie mamy topowej wydajności, a na baterii urządzenie pracuje przez dobry czas, ale nie jest to wynik godny lidera. Do tego nie ma najbardziej wymyślnych funkcji, czy to fotograficznych, potrafi się złośliwie przyciąć, a jak już ma coś wymyślnego, to praktycznie w ogóle tego nie wykorzystuje (jak HiLight).

Google Pixel 11 Pro XL – dobry, choć za drogi

Mimo tego bardzo przyjemnie spędzało mi się czas z tym smartfonem. Najpewniej dlatego, że to drogi i co do zasady (w 95%) dopracowany flagowiec, w dodatku taki, który korzysta z lat moich przyzwyczajeń do Androida na swoją korzyść. Google robi coraz lepsze telefony i może jeszcze w 2026 roku nie jest mistrzem Androidowego świata, ale już tak mocno nie odstaje w aspektach technicznych.

Jeżeli przymkniecie oko na to, że na papierze propozycja Google nie wypada najmocniej, a potem po prostu będziecie używać telefonu, to Pixel 11 Pro XL wypada dobrze jako propozycja dla tych, którzy nie chcą się zbytnio niczym przejmować. Nie ma tu natłoku rozwiązań z chińskich nakładek i ich przaśności, znajdziemy za to poukładane doświadczenie, które może nie ma w sobie fajerwerków, ale jest zestawem użytecznych rozwiązań. Do tego to fotograficzny mocarz, choć z nieco lżejszej kategorii niż fotosmartfony vivo, Xiaomi i OPPO.

Nie jest to mój wymarzony smartfon, ale nie jest zły

Czy warto go wybrać, jeśli moglibyście zaoszczędzić kilka tysięcy złotych i wziąć poprzednika? Nie za bardzo, bo choć wydajność przemawia na korzyść najnowszego Pixela, tak nawet mając w pamięci korzystanie z Pixela 9 Pro nie czuję, by taka przesiadka miała znaczne konsekwencje. Jeśli jednak męczy was już czas pracy waszego starego Pixela, to zmianę warto rozważyć. A jeśli jesteście użytkownikami Apple, to Pixel może was skusić swoim ekosystemem i prostotą, bo w tych aspektach radzi sobie nieźle.

Napisane przez

Michał Mielnik

Redaktor