Duża moc w wyjątkowo smukłej konstrukcji. Test Dreame Air Station

Rynek odkurzaczy pionowych jest już tak nasycony, że producentom coraz trudniej wymyślić coś, co faktycznie przyciągnie uwagę. Większa moc ssania, kolejne tryby pracy, podświetlenie szczotki czy systemy zapobiegające plątaniu włosów stały się właściwie standardem. Dreame postanowiło jednak pójść w nieco innym kierunku i zamknąć całkiem sporo możliwości w wyjątkowo smukłej konstrukcji. Tak powstał Air Station, czyli odkurzacz, który nie zajmuje wiele miejsca, nie wymusza wcześniejszego chodzenia na siłownię, a do tego sam opróżnia swój pojemnik na kurz. Brzmi obiecująco? Sprawdziłam, jak wypada w codziennym użytkowaniu.
Duża moc w wyjątkowo smukłej konstrukcji. Test Dreame Air Station

Mały, lekki i z własną stacją

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście konstrukcja. Dreame Air Station jest smukły i minimalistyczny, a jego jednostka centralna waży około 1,1 kg. To przekłada się na całkiem przyjemną obsługę, szczególnie gdy trzeba szybko zebrać kurz z podłogi, odkurzyć trudno dostępne miejsce albo sięgnąć po jedną z dodatkowych końcówek.

Jak wypakowałam go z pudełka, to przez moment zastanawiałam się, gdzie tu w ogóle jest silnik, nie wspominając o pojemniku na kurz. Nie martwcie się, wszystko jest. Dreame zrezygnowało z klasycznej konstrukcji, gdzie przy rączce mamy duży moduł mieszczący silnik oraz wspomniany pojemnik. Tu wszystko zostało upchnięte w smukłej rurze. W ten sposób trochę wygląda to jak retro mechaniczne odkurzacze. Na szczęście to jedynie wygląd, który zresztą ma masę zalet.

Air Station jest znacznie bardziej poręczny, a jego konstrukcja pozwala również na odkurzanie pod meblami. Głowica ma przegub umożliwiający położenie urządzenia niemal na płasko, dzięki czemu można dotrzeć do miejsc, które zwykle wymagają przesuwania kanapy lub innych mebli. Wystarczy odpowiednio niski prześwit.

W zestawie znajdziemy również stację dokującą z funkcją automatycznego opróżniania pojemnika. To jeden z tych dodatków, które faktycznie ułatwiają życie. Zwykle, gdy opróżnia się pojemnik na kurz, drobiny siłą rzeczy lecą dookoła, a my to wdychamy. Natomiast kiedy w zestawie jest automatyczna stacja, ten problem znika. Po zakończeniu sprzątania wystarczy odstawić odkurzacz na miejsce, a stacja zajmie się przetransportowaniem zebranych zanieczyszczeń do większego worka. Nie trzeba więc za każdym razem samodzielnie opróżniać zbiornika i zastanawiać się, czy właśnie nie wypuściliśmy połowy zebranego pyłu z powrotem do mieszkania.

Worek w stacji ma pojemność 1,5 litra, co pozwala ograniczyć częstotliwość jego wymiany. Sama stacja nie jest przy tym szczególnie rozbudowana, więc nie powinna przesadnie dominować we wnętrzu i zajmować dużo miejsca. Jedynie, co akurat całkowicie zrozumiałe, trzeba trzymać ją blisko kontaktu.

Moc ssania bez zarzutu

Smukła konstrukcja może budzić pewne wątpliwości dotyczące możliwości urządzenia. W końcu przyzwyczailiśmy się, że odkurzacze o większych gabarytach potrafią zaoferować naprawdę wysoką moc ssania. Dreame Air Station pokazuje jednak, że nie zawsze potrzeba dużej obudowy, żeby skutecznie pozbywać się zabrudzeń.

Producent deklaruje moc ssania na poziomie 100 AW i siłę ssania wynoszącą 20 000 Pa. Dla porównania, w przypadku podobnych konstrukcyjnie odkurzaczy, takich jak Dyson PencilVac, parametry prezentują się skromniej. Nie będę jednak udawać, że mogę rozstrzygnąć pojedynek tych urządzeń na podstawie własnego doświadczenia, ponieważ Dysona nie miałam okazji testować. Mogę natomiast powiedzieć, że w codziennym użytkowaniu Dreame nie sprawiało mi problemów z żadną z powierzchni, na których go sprawdzałam.

Podłogi twarde, gęsty dywan, wycieraczka czy tapicerka – wszystko było odkurzane bez konieczności wielokrotnego poprawiania tego samego miejsca, chyba że było tam wybitnie dużo sierści mojego psa, ale to akurat normalne, bo kiedy sierść wbije się w materiał, jej usunięcie łatwe nie jest. Ogólnie moc ssania oceniam bardzo dobrze i nie miałam poczucia, że smukła konstrukcja wymusza jakieś szczególne kompromisy w skuteczności sprzątania.

Na uwagę zasługuje również elektroszczotka z podwójnym zestawem wałków. Zastosowano w niej rozwiązanie TangleCut, które ma ograniczać problem włosów i sierści owijających się wokół szczotki. I tu z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to działa. Odkurzacz dobrze zbiera futro z podłogi, co w moim domu jest dość istotnym kryterium. Mój pies zdecydowanie nie należy do tych, które zostawiają po sobie dwa włoski na tydzień. Powiedziałabym nawet, że traktuje gubienie sierści jak swoje hobby…

Skoro jeszcze jesteśmy przy odkurzaniu, to na pokładzie nie mogło zabraknąć podświetlenia. Dreame jednak nie byłoby sobą, gdyby i tutaj nie poszło swoją drogą. Zwykle podświetlenie skierowane jest do przodu, ale tu oświetla też tył, przez co z łatwością możemy zauważyć, że coś pominęliśmy.

Do wyboru mamy trzy tryby – od 1 do 3, przy czym ten ostatni to takie typowe „turbo”, którego użyłam podczas sesji sprzątania zaledwie kilka razy. Zwykle operowałam na pierwszym lub drugim stopniu mocy, jedynie, gdy przychodziło do wyciągania kurzu z trudniej dostępnych miejsc, jak zakamarki kanapy albo kiedy odkurzałam legowisko psa, musiałam posiłkować się mocniejszym trybem.

Psiarze, uważajcie na pojemnik

Tu przechodzimy do lekkiego narzekania. Dreame Air Station dobrze radzi sobie z sierścią, ale nie oznacza to automatycznie, że będzie idealnym wyborem dla każdego właściciela zwierzaka. Problemem nie jest sama skuteczność zbierania futra, lecz niewielki pojemnik na kurz, którego pojemność wynosi zaledwie 160 ml. Chyba już wiecie, do czego zmierzam.

Przy regularnym odkurzaniu nie musi to być szczególnie uciążliwe. Sytuacja zmienia się jednak wtedy, gdy sprzątanie odkładamy na kilka dni albo pupil stawia sobie za punkt honoru zostawianie kłębków wszędzie, gdzie się da (a mój tak robi…). Przekonałam się o tym na własnej skórze. Po dwudniowej przerwie od sprzątania musiałam dość często wracać do stacji, ponieważ zbiornik szybko zapełniał się sierścią (i pewnie moimi włosami również).

Automatyczne opróżnianie jest oczywiście wygodne, sam proces opróżniania to sekundy, więc ogólnie nie stanowi to ogromnego problemu. Mimo to, jeśli w domu mieszka pies lub kot, który intensywnie gubi sierść, warto wziąć to pod uwagę przed zakupem. Dreame Air Stationmoże się sprawdzić, pod warunkiem, że będziemy odkurzać regularnie i nie pozwolimy, by futro zdążyło zgromadzić się w większej ilości. Jeżeli natomiast należymy do osób, które wolą zrobić porządne sprzątanie raz na kilka dni, częste powroty do stacji mogą szybko zacząć irytować.

Tu jeszcze wspomnę o pewnej kwestii, która mnie bardzo zaskoczyła podczas testów. Zwykle, kiedy mamy odkurzacz z automatyczną stacją, wystarczy odstawić tam urządzenie, by kurz został odessany. W Air Station może być jeszcze konieczne użycie suwaka na rurze. Jego zadaniem jest bowiem przepchnięcie zanieczyszczeń bliżej otworu. Nie zawsze trzeba tego używać, ale warto o tym pamiętać. Podobnie jak o okazjonalnym czyszczeniu filtra HEPA, choć ogólnie w każdym odkurzaczu filtry trzeba raz na jakiś czas czyścić. To akurat żadna nowość.

Bateria daje radę, a końcówki zwiększają możliwości

Na szczęście niewielki pojemnik nie oznacza, że podobne ograniczenia dotyczą akumulatora. Producent deklaruje do 40 minut pracy, a podczas moich testów bateria wystarczyła na całe sprzątanie. Nie musiałam przerywać odkurzania i czekać, aż urządzenie odzyska energię, choć – jak wspomniałam – nie korzystałam również długo z najmocniejszego trybu. Jak to bywa w przypadku pionowych odkurzaczy, czas pracy jest mocno uzależniony od tego, jak korzystamy.

Dreame zadbało także o wymienne końcówki, które pozwalają wykorzystać odkurzacz nie tylko do sprzątania podłóg. Dodatkowe akcesoria są przydatne przy odkurzaniu mebli, tapicerki czy trudno dostępnych zakamarków. Ich wymiana nie sprawiała mi problemów, a sama możliwość szybkiego dostosowania urządzenia do konkretnego zadania jest zdecydowanie na plus.

Tu jednak pochylę się na dłużej, bo naprawdę jest na czym. Z racji, że na co dzień też używam modelu pionowego, dodatkowych końcówek używam regularnie. Są one doczepiane do głównego korpusu, czyli do modułu z pojemnikiem na kurz i silnikiem, przez co cały czas trzeba operować większym ciężarem. Niby nie są to jakieś siłowniowe liczby, ale jeśli chce się odkurzyć żaluzje we wszystkich oknach, a przy okazji przejechać też po półkach, to ręka może wysiąść.

Z Dreame Air Station ten problem znika, ponieważ z taką szczotką szczelinową czy końcówką do tapicerki całość waży jakieś 1,2 kg. Łatwość operowania takim odkurzaczem jest więc nieporównywalna z konkurencją. Same końcówki mają swoje miejsce w stacji dokującej, więc nic się nie kurzy, nie gubi i niczego nie trzeba szukać. Niby to drobnostka, jednak ja ją bardzo doceniam, bo zwykle po paru dniach nie pamiętam, gdzie schowałam takie akcesoria.

Czy warto kupić Dreame Air Station? Tak, ale…

Dreame Air Station to ciekawa propozycja dla osób, które szukają lekkiego, poręcznego odkurzacza i nie chcą przeznaczać połowy mieszkania na przechowywanie sprzętu do sprzątania. Jak typowy odkurzacz pionowy daje on kontrolę nad porządkami, nawet większą niż u konkurencji przez wzgląd na swoje gabaryty. Smukła konstrukcja, dobra moc ssania, skuteczna elektroszczotka i automatyczne opróżnianie pojemnika sprawiają, że urządzenie ma sporo argumentów po swojej stronie.

Podczas testów szczególnie doceniłam skuteczność odkurzania różnych powierzchni, wygodę korzystania z dodatkowych końcówek oraz akumulator, który bez problemu wystarczył na całe sprzątanie. Nie miałam również zastrzeżeń do zbierania sierści czy włosów. Problem pojawiał się dopiero wtedy, gdy było jej naprawdę dużo i niewielki zbiornik wymagał częstych wizyt przy stacji.

Dlatego nie nazwałabym Dreame Air Station sprzętem dla każdego. W małym mieszkaniu, przy regularnym odkurzaniu i umiarkowanej ilości zabrudzeń może być bardzo wygodnym pomocnikiem. Jeśli jednak dzielicie dom z wyjątkowo kudłatym zwierzakiem, albo macie dzieci, które… no, są dziećmi, lepiej rozważyć ten zakup.

Z drugiej strony, ten model idealnie może się sprawdzić dla osób starszych, dla których większość odkurzaczy pionowych jest za ciężka. Tu raczej takiego problemu nie powinno być i szczerze mówiąc, do tej pory brakowało mi podobnej alternatywy. Owszem, jest wspomniany Dyson, jednak Dreame bije go na głowę mocą, stacją, dłuższym czasem pracy i większą pojemnością zbiornika na śmieci. A wszystko to w porównywalnej cenie, więc jeśli stoicie przed wyborem, ja bym się nie wahała i brała Air Station.

Podsumowując – to bardzo udany odkurzacz. Może nie akurat do mojego domu, ale mogę polecić go z czystym sumieniem każdemu, kto nie ma u siebie problemu z nadmiarem sierści na podłogach.

Napisane przez

Joanna Marteklas

Redaktor
Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.