Pociski Martlet

Pociski Martlet przetestowane. Będą stanowić jeden z elementów obrony brytyjskich lotniskowców

Zatopienie lotniskowca, choć pozornie proste, to coś wręcz nieosiągalnego. Potwierdza to fakt, że od 1945 roku nie zatopiono żadnego lotniskowca, choć po drodze wydarzyło się kilka konfliktów zbrojnych na większą skalę. Tak się składa, że Królewska Marynarka Wojenna testując pociski Martlet, dołożyła właśnie kolejną cegiełkę do tego, żeby jej lotniskowiec także wpisał się w twierdzenie z pierwszego zdania.

Zniszczenie lotniskowca nie jest łatwe, ale niektóre sytuacje to ułatwiają

Z pozoru praktycznie nieuzbrojone lotniskowce są bardzo, ale to bardzo łatwymi celami w razie wojny, których zatopienie jest na dodatek związane z utratą przez wroga nie tylko olbrzymiego kawałku stali, ale też dziesiątek myśliwców, helikopterów i samolotów, którym nie uda się opuścić pokładu. Nie wspominając już o amunicji czy tysiącach ludzi z całego zakresu hierarchii dowodzenia.

Czytaj też: „Niszczyciel lotniskowców”, czyli wyjątkowe możliwości, równie wyjątkowego chińskiego bombowca H-6

Jak wypadł EMALS i AAG, katapulta startowa i aerofiniszer po testach, EMALS, AAG
Amerykański lotniskowiec USS Gerard R. Ford

W rzeczywistości są wprawdzie wielkie, ale tylko z pozoru płyną wolno, choć zdecydowanie najważniejsze w kwestii ich obronności jest to, że przy każdej misji towarzyszy im eskorta. Mowa o okrętach podwodnych, niszczycielach, myśliwcach, samolotach czy śmigłowcach, które sprawdzają teren na wiele setek kilometrów od lotniskowca. Wróg musi więc pokonać kilka warstw obrony, zaprojektowanych do wykrywania i niszczenia wszystkiego – od torped po pociski manewrujące, aby wreszcie przedrzeć się do lotniskowca.

Czytaj też: Rusza druga tura testów indyjskiego lotniskowca INS Vikrant. To pierwsze takie dzieło państwa

Teoretycznie jedyną okazją do łatwiejszego zniszczenia lotniskowca jest moment, kiedy ten zbliża się do wrogiego portu. Wtedy można przypuścić zmasowany atak rojem małych statków, skuterów czy nawet dronów, mając nadzieję, że przynajmniej kilka z nich dotrze wystarczająco blisko kadłuba, aby wyrządzić na nim katastrofalne w skutkach szkody. To właśnie zagrożenie na celownik wzięła Królewska Marynarka Wojenna testując pociski Martlet.

Helikopter Wildcat wypełnił właśnie lukę w obronie brytyjskiego superlotniskowca HMS Queen Elizabeth

W ramach niedawnego testu, helikopter Wildcat po raz pierwszy z powodzeniem wystrzelił lekkie pociski rakietowe Martlet podczas operacji na linii frontu. Wysłane z okrętu HMS Defender na Pacyfiku śmigłowce, obrały na cel fałszywe zagrożenie w pierwszej takiej operacyjnej demonstracji zdolności do przeciwdziałania rojom małych statków.

Czytaj też: F-35B i Izumo, czyli jak Japonia załatała militarną lukę od czasów II WŚ

Martlet to 76-mm dwustopniowy lekki pocisk na paliwo stałe, przeznaczony do misji morskich, ziemia-ziemia, ziemia-powietrze i powietrze-powietrze. Waży 13 kg, ma zasięg operacyjny ponad 6 kilometrów i może zostać wystrzelony m.in. z wielozadaniowego helikoptera bojowego Wildcat, zanim użyje wielozadaniowego systemu naprowadzania laserowego. Na pokładzie tych helikopterów może znaleźć się do 20 pocisków, a niedawny test objął zwolnienie jednego z nich z Wildcata. Pocisk w ciągu 0,3 sekundy przyspieszył do prędkości 1,5 Macha.