Test Sony A7 III. Najbardziej opłacalna pełna klatka w 2021 roku?

Arkadiusz Dziermański Z-ca Redaktora Naczelnego

Sony A7 III nie jest najnowszym aparatem producenta, ale jest jednym z lepiej wycenionych aparatów pełnoklatkowych. A coś czuję, że z okazji Czarnego Piątku oraz dzisiejszej premiery Sony A7 IV, może zostanie solidnie przeceniony i wtedy warto wiedzieć, czy będzie to dobry zakup.

Specyfikacja i zestaw testowy

Specyfikacja Sony A7 III

  • obudowa o wymiarach 127 x 96 x 74mm, masa 650 gramów (z akumulatorem), uszczelniona,
  • pełnoklatkowa matryca EXMOR R, MSI CMOS, 24,3 Mpix,
  • ISO 100-512000, rozszerzone 50, 204800,
  • 5-osiowa optyczna stabilizacja obrazu,
  • 4-krotny zoom cyfrowy,
  • autofocus – 693 punkty (pokrycie kadru 93%), 425 pól z detekcja kontrastuj, Eye AF,
  • zdjęcia seryjne do 10 kl/s (do 177 JPEG, 89 RAW z kompresją, 40 RAW bez kompresji),
  • dwa gniazda kart pamięci,
  • 3-calowy ekran TFT, 921 600 punktów, 100% pokrycie kadru, dochylany, dotykowy,
  • wizjer elektroniczny OLED, 2,359 mln punktów,
  • akumulator NP-FZ100 (do 710 zdjęć), możliwość ładowania przez port USB-C,
  • cena: 7 898 zł.

Aparat testowałem z dwoma obiektywami – Sony FE GM f/1.4 oraz Sony FE 12-24mm F2.8 GM.

Bo aparaty pełnoklatkowe to są duże i ciężkie… Patrzę na Sony A7 III i się nie zgadzam

Przesiadając się z używanego na co dzień Olympusa OM-D E-M1 II na aparaty pełkoklatkowe zazwyczaj od razu widzę i czuję różnice w wymiarach i masie. Nie miałem tego w przypadku Sony A7 III, który jest niemal identycznych rozmiarów i waży ok 75 gramów więcej (w sumie 650 gramów). Dlatego jeśli ktoś skreśla aparaty pełnoklatkowe z powodu ich wymiarów, to Sony może go skutecznie do siebie przekonać.

Aparat jest bardzo dobrze wykonany. Uszczelniona (ale nie w pełni szczelna) konstrukcja ze stopów magnezu bez problemu przetrwa poniewieranie się po dnie plecaka lub torby. Grip mógłby być nieco bardziej miękki, bo jest naprawdę twardy i nieco surowy, ale jest duży i wygodnie można trzymać aparat jedną ręką.

Całość jest, typowo dla Sony, nieco kanciasta i dzięki temu z daleka można powiedzieć, z jakim aparatem mamy do czynienia.

Ergonomia Sony A7 III bez zastrzeżeń. No prawie…

Może od tego prawie zacznijmy. Chodzi o przycisk zwolnienia obiektywu umieszczony po jego prawej stronie, obok gripu. Przez co mamy do niego nieco utrudniony dostęp, a i początkowo stresowałem się, że przypadkiem będę go wciskać.

Poza tym ergonomia jest na bardzo dobrym poziomie. Na górze znajdziemy pokrętło zmiany trybów (nieblokowane) oraz pokrętło ekspozycji. Choć nie przepadam za takim rozwiązaniem, korzysta się z niego wygodnie. Ma lekki opór i skok przy zmianie każdej wartości. Z góry znajdziemy też dwa programowalne przyciski (C1 i C2) oraz włącznik z pewnie działającym spustem migawki. Przed spustem migawki, na górze gripu znajduje się jeszcze jedno programowalne pokrętło.

Kolejne pokrętło znajdziemy z tyłu obudowy, a obracane jest też koło d-pada. Szczególnie przydatne do przeglądania zdjęć. Od zawsze lubię tę funkcję w aparatach Sony. Poza tym mamy tu programowalny przycisk C3, przyciski AF-ON, AEL, szybkie Menu pod FN, Menu, przycisk odtwarzania zdjęć oraz kasowania, będący jednocześnie programowalnym przyciskiem C4. Na deser zostaje dżojstik pomocny w ustawianiu ostrości.

Na koniec ogrom gniazd. Na lewym boku jest to wejście mikrofonu, wyjście słuchawkowe, mikro-HDMI, USB 3.1 typu C oraz złącze wielofunkcyjne. Na prawym boku mamy dwa gniazda kart pamięci. Nie brakuje tutaj kompletnie niczego. Szczególnie, że do gorącej stopki możemy podłączyć nie tylko lampę, ale też mikrofon czy odbiornik GPS.

Uchylany ekran nie pomoże w robieniu selfie. Polubiłem wizjer, ale Menu to nadal nie moja bajka

Sony A7 III jest wyposażony w uchylany ekran o przekątnej 3 cali i rozdzielczości 921 600 punktów. Panel TFT wypada bardzo dobrze w codziennym użytkowaniu. Jest jasny, kontrastowy, ma szerokie kąty widzenia i można go z powodzeniem używać w praktycznie każdych warunkach. Wyświetlacz jest dotykowy i również można go używać do punktowego ustawiania ostrości. Choć mam wrażenie, że w zasadzie tylko do tej funkcji został stworzony. Jakiekolwiek inne czynności działają nieprecyzyjnie.

Ekran jest wychylany i nie można go skierować do przodu, więc robienie selfie, jak i vlogowanie odpada. Chyba że zainwestujemy w dodatkowy wyświetlacz. Nie mniej ekran sprawdza się podczas fotografowania. Nawet w różnych, nieco dziwnych pozycjach.

Wizjer jest świetny. Okular jest duży i miękki oraz zapewnia korekcję dioptrii od -4 do +3. Wizjer to ekran OLED o rozdzielczości 2,359 mln punktów, oferuje powiększenie 0,78x oraz 100% pokrycie kadru. W trakcie korzystania z niego można automatycznie wygaszać ekranu (działa tu czujnik zbliżeniowy), ale też możemy to ręcznie wyłączyć. Wizjer pozwala m.in. na stosowanie linii pomocniczych i przybliżanie kadru podczas ręcznego ustawiania ostrości.

Jeśli chodzi o Menu… nadal Sony mnie do siebie nie przekonuje. Co prawda mamy tu postępującą od lat ewolucję i faktycznie interfejs jest coraz bardziej intuicyjny. Ale przesiadając się z innego systemu wymaga dużo więcej przyzwyczajenia, niż np. aparaty Canona. Dla osób, dla których będzie to pierwszy aparat, przyzwyczajenie się do Menu nie powinno sprawiać najmniejszych problemów. Duży plus należy się za bardzo dobrą szybkość działania oraz w zasadzie nieograniczone możliwości personalizacji. Tutaj wszystko można dosłownie wyciągnąć na wierzch i przypisać do dowolnych skrótów.

W autofocusie Sony A7 III można się zakochać! A i stabilizacji obrazu niczego nie brakuje

Dawno już nie widziałem tak dobrze działającego autofocusu jak w Sony A7 III. I chyba jeszcze nigdy nie musiałem ręcznie ustawiać ostrości tak rzadko, jak w tym przypadku. Szczególnie przy zdjęciach produktowych, których robię dużo, jestem przyzwyczajony do konieczności przesunięcia punktu ostrzenia. Na dobrze ponad 2500 zdjęć wykonanych Sony A7 III, poza sytuacjami kiedy faktycznie chciałem skorzystać z ręcznego ustawienia ostrości, sytuacji w których musiałem korygować wstępne ustawiania było dosłownie kilkanaście.

Szybkość ostrzenia jest wzorowa. Oczywiście nieco zwalnia w trudnych warunkach oświetleniowych, ale nadal jest to poziom wyróżniający.

Metod ostrzenia mamy całą masę. Do wyboru mamy autofocus ciągły, punktowy, w mniejszej lub większej strefie, którą możemy dowolnie przesuwać za pomocą dżojstika lub ekranu dotykowego, a przy ostrzeniu ręcznym możemy skorzystać z powiększenia kadru lub podświetlenia konturów. Nie zabrakło też sprawnie działającego ustawiania autofocusu na oku (również zwierząt, miłośnicy kotów będą zadowoleni) oraz blokady ostrości na poruszającym się obiekcie. Pierwsza funkcja działa bardzo dobrze, druga… różnie. Często zależy to od używanego obiektywu.

W fotografowaniu pomaga też 5-osiowa stabilizacja obrazu SteadyShot. Co tu dużo mówić – działa. Wszystkie zdjęcia zamieszczone w materiale były wykonywane z ręki. Ze zdjęciami nocnymi włącznie. Zdecydowanej większości ujęć nie musiałem ponawiać.

A skoro mówimy i miłości, to miłością przez łzy jest migawka. Jej dźwięk jest przepiękny. Po powrocie do Olympusa dźwięk migawki brzmiał jak kociak przy potężnym lwie. Ale ma to swoją wadę, bo kopnięcie aparatu jest dosyć spore i jeśli dużo korzystacie ze zdjęć seryjnych, statyw będzie obowiązkowy. Stabilizacja obrazu nie zawsze sobie z tym radzi. Migawkę można wyciszyć, ale mówimy tu o przejściu na migawkę elektroniczną. Nie mniej, podczas kilku wydarzeń okazało się to bardzo użyteczne.

Sony A7 III lubi ciepłe barwy, ale na jakość zdjęć nie można narzekać

Balans bieli w Sony A7 III lubi nadawać zdjęciom ciepłych kolorów nieco bardziej niż większość aparatów. Szczególnie w sztucznym świetle. Wszystko to jest jednak kwestią ustawień. Korzystając z odpowiedniego wzorca lub ręcznie ustawiając temperaturę barwową można bardzo łatwo to zniwelować.

Zdjęcia w formacie JPG są dosyć mocno przetworzone. Algorytmy Sony działają prężnie, ale zdjęcia powinny podobać większości odbiorców. Na dobrą jakość fotografii możemy liczyć do ISO 3200, ale i przy ISO 6400 jest więcej niż akceptowalne. Przy zapisie zdjęć w JPG mamy do wyboru szereg dodatkowych funkcji. Takich jak dodatkowe wyostrzanie kadru, czy różnego rodzaju efekty kolorystyczne oraz HDR.

Przy zdjęciach RAW zobaczymy większe szumy dopiero przy ISO 6400, choć jest to poziom łatwy do zaakceptowania lub skorygowania. Ale jeśli nie planujemy profesjonalnego wydruku naszych zdjęć i będziemy je przeglądać tylko cyfrowo, to spokojnie można celować nawet w wyższe wartości ISO.

Duża pochwała należy się za dynamikę, szczególnie kiedy w kadrze mamy kontrastujące ze sobą mocne cienie oraz silne źródło światła. Aparat bardzo dobrze potrafi zachować jasne elementy tam, gdzie trzeba, bez prześwietlania tych ciemnych, ale z pozostawieniem na nich odpowiedniej ilości szczegółów. Dla przykładu, stojąc w ciemnej bramie i fotografując jasną ulicę nie musimy już wybierać, czy chcemy mieć szczegółową ulicę, czy ściany przy bramie. Możemy mieć jedno i drugie w bardzo dobrych detalach.

Pomówmy o obiektywach – Sony FE GM f/1.4 i Sony FE 12-24mm F2.8

Sony FE 12-24 F2.8

Ten obiektyw powinien zostać oficjalnie zakazany! Używanie go jest szalenie niebezpieczne, bo po zrobieniu kilku zdjęć plenerowych nie będziecie w stanie patrzeć z entuzjazmem na żaden inny obiektyw.

Sony FE 12-24 F2.8 to pierwszy obiektyw, który stresował mnie w trakcie użytkowania. To zasługa mocno wystającego szkła przy najniższej ogniskowej. Chodząc z aparatem w ręce profilaktycznie przesuwałem się na 24mm tylko po co, żeby szkło znajdowała się nieco głębiej, żeby go przypadkiem nie uszkodzić. Dodatkowo chroni je potężna osłona przeciwsłoneczna wykonana z bardzo grubego plastiku. Początkowo nawet pomyślałem, że to metal. Obiektyw jest oczywiście duży i ciężki, ale nie odczuwałem dyskomfortu podczas używania go. Na upartego da się też fotografować jedną ręką.

Kąt widzenia Sony FE 12-24 F2.8 jest obłędny. Obiektyw widzi więcej niż nasze oczy. Pozwala objąć bardzo szeroki kadr, a szerokie lub wysokie budynki można fotografować stojąc dosłownie kilka metrów od nich. Obiektyw był też nieoceniony podczas fotografowania wnętrz samochodów. Trzymając go między przednimi siedzeniami, byłem w stanie objąć kadr sięgający nawet połowy przednich szyb. Mógłbym go używać nawet tylko do tych konkretnych zdjęć.

Jeśli chodzi o nieco bardziej użytkowe informacje. Autofocus działa bardzo precyzyjnie i szybko. Ostrość jest wzorowa niemal na całej długości ogniskowej. Dopiero przy 12mm i maksymalnie otwartej przysłowie zobaczymy lekkie rozmycie na brzegach kadru, ale dopiero przy sporym powiększeniu. Sztuczna dystorsja jest niewielka, za to naturalne jest, że fotografując coś z bliska tak szerokim kadrem, proporcje mogą zostać mocno zaburzone.

Dla osób dużo fotografującym w plenerze, Sony FE 12-24 F2.8 to pozycja obowiązkowa. Tylko przy tej cenie, na pewno mocno rozważyłbym najpierw dużo tańsze zamienniki Sigmy lub Tamrona. Nawet kosztem utraty jakości, bo ponad 14 000 zł potrafi szybko ostudzić każdy entuzjazm.

Zdjęcia przykładowe:

Sony FE GM F/1.4

Ogniskowa 35mm ma swoich wielbicieli i przeciwników. Dla wielu osób idealna, ale też nie brakuje zwolenników szerszych 24mm, jak i węższych 50mm. Nie mniej 35-ką zrobimy niezłe zdjęcie w plenerze, jak i nieco szerszy portret, bez zniekształcania twarzy osoby fotografowanej. Można się też pobawić podchodząc bliżej do kwiatków czy innych roślinek.

Obiektyw zaskoczył mnie względnie kompaktowymi wymiarami. Jest niemal takich samych rozmiarów jak Sigma 16mm F/1.4 dla systemu micro 4/3. Obiektyw wyróżnia pokrętło zmiany przysłony, które może pracować skokowo lub płynnie, całkowicie bezgłośnie. O tym, że to szkło z wyższej półki wskazuje choćby alcantara znajdująca się w wewnętrznej części osłony przeciwsłonecznej.

Sony FE GM F/1.4 jest świetnym obiektywem. Szybko ostrzy, nawet w trudnych warunkach oświetleniowych i jest przy tym ostry jak brzytwa, nawet przy maksymalnym otworze przysłony. Ten z kolei jest nieoceniony w ciemniejszym otoczeniu. Bez problemu można robić zdjęcia nocne z ręki, bez wchodzenia na wysokie wartości ISO. Tutaj mamy do tego bardzo miły dla oka efekt bokeh, z pięknie rozmytymi źródłami światła. Po stronie minusów mamy dosyć duże winietowanie, co często wymaga korekty oraz pojawiającą się aberrację. Ale przy ogromie zalet, jakie szkło oferuje, są to wady, na które bardzo łatwo jest przymknąć oko.

Zdjęcia przykładowe:

Testy, w których znajdziecie zdjęcia sprzętu wykonane Sony A7 III:

Test Sony WH-XB910N. Dużo basu i ANC z solidnej średniej półki
Test Dreame Z10 Pro Robot Vacuum. Udany odkurzacz z ekosystemu Xiaomi
Test realme 8i – 120 Hz ekran za 849 zł? Teraz to możliwe!
Test Samsung Galaxy Watch4 40mm. Operacja Wear OS nieudana, ale pacjent żyje
Test Oppo Reno6 5G – elegancja i styl w średniej półce cenowej
Test Sony Xperia 5 III – powolna ewolucja w dobrą stronę
Test vivo X60 Pro. Najbardziej opłacalny w swojej klasie?

Smart aparat i ładowanie przez port USB

Sony A7 III dostałem bez ładowarki i nie stanowiło to najmniejszego problemu. Aparat ładuje się z portu USB-C i jest to genialne rozwiązanie, które powinno pojawiać się dzisiaj w każdym tego typu urządzeniu.

Akumulator NP-FZ100 jest w stanie wykonać ponad 600 zdjęć w trybie mieszanym (wizjer + ekran), co jest świetnym wynikiem. W zasadzie ani razu nie miałem problemu z tym, ze aparat za szybko mi się rozładował. A w razie czego wystarczyłoby podpiąć go do powerbanku.

Dzięki łączności Wi-Fi aparat można łatwo sparować ze smartfonem. Co pozwala na zdalne fotografowanie oraz szybkie zgrywanie zdjęć między urządzeniami. Fotografie od razu po wykonaniu można mieć na urządzeniu mobilnym, a za moment w mediach społecznościowych.

Sony A7 III to obecnie jeden z bardziej opłacalnych aparatów na rynku

Body Sony A7 III kosztuje obecnie w granicach 7 989 zł. To cena bardzo adekwatna do jego możliwości. Aparat oferuje świetnie działający i celny autofocus, wysoką jakość zdjęć JPG oraz RAW, bardzo dobre wykonanie i szybki czas pracy. Można go niemal dowolnie skonfigurować i dopasować pod własne wymagania, a mniej zaawansowani użytkownicy powinni się szybko odnaleźć w gąszczu dostępnych funkcji. Choć pierwsza konfiguracja potrafi zabrać sporo czasu. Duży plus należy się też za ładowanie przez port USB-C.

Po stronie minusów mamy skłonności do ocieplania temperatury barwowej , szczególnie w sztucznym oświetleniu, co nie powinno przeszkadzać bardziej doświadczonym użytkownikom. Nie do końca pasuje mi umieszczenie guzika zwolnienia obiektywu z jego prawej strony, a grip mógłby być nieco bardziej miękki, co znacznie poprawiłoby jakość uchwytu. Również ekran dotykowy mógłby działać nieco lepiej, tak żeby przydawał się nie tylko do ustawiania ostrości.

Koniec końców Sony A7 III to dzisiaj jeden z lepszych wyborów jeśli nie chcemy wydawać astronomicznych kwot na aparat pełnoklatkowy. A w związku ze zbliżającym się Czarnym Piątkiem jestem niemal pewny, że niedługo kupimy go w znacznie niższej cenie. Aparaty Sony potrafią być bardzo mocno przeceniane z tej okazji.