To, co działo się na Twitterze przez ostatni weekend, można określić wyłącznie mianem chaosu. Elon Musk najpierw zwolnił pracowników, a potem prosił ich o powrót do pracy, gdy nagle okazało się, że jedna z największych platform społecznościowych świata potraciła najważniejsze działy, w tym… dział komunikacji. Co tłumaczy, dlaczego przez ostatnie dni jedyną formą komunikacji z Twitterem był sam Elon Musk, miotający się od jednego pożaru do drugiego.
Koniec Twittera coraz bliżej. Serwis płonie w ogniu chaosu.
Jak przewidział każdy (prócz nowego właściciela), zastąpienie dotychczasowej metody weryfikacji użytkowników weryfikacją polegającą na opłacie abonamentowej okazało się spektakularną klapą. I o ile całym sercem jestem za tym, by social media były w pewnym stopniu płatne, tak na pewno opłata nie powinna służyć uwiarygodnieniu internetowej tożsamości – w końcu trolle i ruskie boty, których w internecie pełno, też mają budżet na swoje działania. Stać ich na zapłacenie 8 dol. miesięcznie, by dalej siać zamęt. I jak można było się spodziewać, w ostatnich dniach na Twitterze zaroiło się od kont podszywających się pod innych, w tym pod samego Elona Muska.
Nic dziwnego, że użytkownicy – przewidując rychłą katastrofę – zaczęli masowo uciekać na Mastodona. Tyle że Mastodon nie jest rozwiązaniem; ma na tyle dużo ograniczeń i tak ogromne braki w elementarnych kwestiach bezpieczeństwa, że nawet w swoim niewielkim kręgu znajomych już widzę ludzi powracających na Twittera z podkulonym ogonem.
Problem bowiem polega na tym, że wszyscy chcieliby wszystko i najlepiej za darmo. Wymarzony serwis społecznościowy przeciętnego użytkownika wygląda mniej więcej tak:
- pełna wolność słowa
- brak algorytmów
- brak reklam (lub jak najmniejsza ich liczba)
- za darmo
Z pełną wolnością słowa eksperymentował Parler czy polska Albicla i oczywiście błyskawicznie okazało się, że tak się nie da, bo ludzie (nie tylko) w sieci bywają potworami lub cenią sobie niewybredne żarty. Moderacja musi być obecna choćby po to, by serwis funkcjonował w zgodzie z literą prawa.
Brak algorytmów i oglądanie tylko tego, co sami chcemy oglądać, jest jak najbardziej możliwy do wykonania, ale… kłóci się z dwoma kolejnymi wymogami. Bo serwis internetowy z czegoś musi żyć. Utrzymanie infrastruktury i zespołu ludzi odpowiedzialnych za pracę usługi kosztuje, a skoro użytkownicy internetu chcą wszystko mieć za darmo, to jednym sposobem na to, by zarabiać, jest serwowanie użytkownikom reklam. A żeby skutecznie serwować reklamy i zarabiać pieniądze, trzeba nabijać jak najwięcej wyświetleń reklam, a żeby to z kolei osiągnąć, trzeba pokazywać reklamy jak największej liczbie ludzi. Innymi słowy, muszą oni oglądać nie tylko to, co sami chcą, ale to, co może sprawić, że spędzą w serwisie więcej czasu i będą częściej patrzeć na reklamy.
Inna sprawa, że choć psioczymy na algorytmy, to ostatnia dekada rozwoju internetu nas do tych algorytmów przyzwyczaiła. Spójrzcie tylko na TikToka – jego największą zaletą jest cyzelowany feed, dopasowywany przez algorytmy stricte do naszych zainteresowań. Spójrzcie na Spotify – największą siłą tego serwisu są znakomicie dobrane playlisty. Spójrzcie na to, co czytacie w sieci – czytniki RSS umarły, dziś czyta się to, co podsunie Google News, opierając się oczywiście na historii przeglądania sieci i na tym, co sami określiliśmy jako nasze zainteresowania podczas konfiguracji usługi.
I trudno się dziwić, że w tym krajobrazie od lat nie doczekaliśmy się choćby jednej nowej usługi społecznościowej, która dałaby radę przebić się do mainstreamu. Tworzenie technologii poleceń wymaga czasu, pracy i ogromnych zasobów finansowych. Istniejący giganci mają to opanowane do perfekcji, więc żaden gracz „z ulicy” nie jest w stanie z nimi rywalizować. Z kolei użytkownicy nie są jeszcze tak zmęczeni istniejącym układem sił, by godzić się na kompromisy na nowych platformach.
Ktoś powie – przecież jest TikTok i YouTube. A ja powiem – to nie są media społecznościowe.
YouTube w ostatnim czasie wprowadził sporo zmian, które na swój sposób miały go przekształcić w medium społecznościowe, ale to wciąż za mało. Największy serwis wideo na świecie, podobnie jak TikTok, nie mają wiele wspólnego z tym, czym są wspomniane wyżej serwisy. Trzeba bowiem pamiętać, że znakomita większość użytkowników social mediów to wcale nie influencerzy, biznesy czy inni ludzie szukający poklasku i rozgłosu, lecz statystyczni Janusze i Grażynki, zaglądający tam, żeby porozumieć się ze znajomymi czy od czasu do czasu dać lajka. Szczytowy wkład większości użytkowników w platformy społecznościowe to okazjonalny komentarz pod postem lub wrzucenie zdjęcia z wakacji. A do tego TikTok i YouTube kompletnie się nie nadają, bo to raczej media nadawczo-odbiorcze niż interaktywne. Twórca nadaje, odbiorca odbiera, interakcja między jednym a drugim sprowadza się do minimum, podobnie jak interakcje między innymi użytkownikami.
Jeśli chodzi o zapewnienie takiego miejsca, które faktycznie nastawione jest na „społeczność”, a nie na konsumpcję treści, alternatywy brak. Najbliższą jest Discord, ale to raczej odpowiednik niegdysiejszych forów internetowych niż Facebooka. Trudno oczekiwać, by statystyczny użytkownik zaczął nagle z tego korzystać.
Facebook przestaje działać – co robisz?
Alternatywy dla gigantów nie widać, a giganci na swoich glinianych nogach zaczynają się coraz mocniej słaniać. Jeszcze kilka lat temu niemożliwym wydawało się, by takie potęgi jak Facebook, Instagram czy nawet Twitter mogły upaść. Meta ma po swojej stronie niewyobrażalną skalę biznesu i blisko połowę populacji korzystającą z jej usług. Twitter ma po swojej stronie elitarne grono dziennikarzy, publicystów, polityków i ludzi biznesu, którzy traktują go jako swoją platformę dotarcia do ludzi.
A jednak przykłady My Space, Vine’a czy nawet nieszczęsnego Google+ pokazują, że nieważne, jak ogromna jest skala serwisu, ani czyje finansowanie za nim stoi – nawet największy kolos może upaść. Oczywiście współczesne media społecznościowe dawno już wykroczyły poza skalę dawnych social mediów, więc można zakładać, że nie upadną, a co najwyżej będą się zmieniać.
Zabawmy się jednak – wyobraźmy sobie, że Facebook, Instagram i Twitter naprawdę upadają. Szaleństwo Elona Muska doprowadza ćwierkacza do bankructwa i nikt nie chce go od niego kupić. Metę dopada kolejna afera na skalę Cambridge Analytica, po której użytkownicy masowo zamykają konta.
W tym krótkim czasie nie powstał żaden serwis, który zdolny by był przejąć ogromny napływ użytkowników, więc powstaje pustka, której nie ma kto zapełnić. Co robisz, dokąd idziesz? Jak zmienia się twoje użytkowanie telefonu, wszak dziś ogromna część populacji jest beznadziejnie uzależniona od scrollowania mediów społecznościowych. Jak kontaktujesz się ze znajomymi? Gdzie dzielisz się zdjęciami z wakacji lub nowym nagraniem twojego jakże śmiesznego kota?
Sam wykonałem tę mentalną gimnastykę przed napisaniem tego tekstu i przyznam szczerze, że rozłożyłem bezradnie ręce. Z Facebooka korzystam już tylko zawodowo, ale bardzo lubię Twittera, zaś Instagram jest moim głównym miejscem obserwowania ulubionych twórców. Część z nich ma swoje serwery na Discordzie, ale to znowuż rodzi nieprawdopodobną fragmentację, której właśnie zaradziły social media – wszyscy są w jednym miejscu. Nie trzeba szukać indywidualnych kanałów komunikacji, bo wszyscy są tu, na wyciągnięcie ręki. Gdyby nagle zabrakło serwisów Mety czy Twittera, ta wygoda wyparowuje i nagle cofamy się do ery internetu sprzed 15 lat. Nikt z nas chyba sobie tego nie wyobraża. Ale skoro wszystkie społecznościówki pogrążają się w kryzysie, może pora zacząć budować w głowie jakieś plany awaryjne? Bo czy to nam się podoba, czy nie, media społecznościowe stały się nieodłączną częścią naszego życia i wbrew wszystkim, którzy mówią, że oni „nie potrzebują do szczęścia tego całego Facebooka”, życie bez social mediów wcale nie byłoby takie proste.
