Oto bronie przeciwlotnicze, które przeraziły pilotów i na zawsze zmieniły lotnictwo

Kto rządzi w przestworzach, ten wygrywa wojny. Trudno kłócić się z tym stwierdzeniem zwłaszcza dziś, a więc w czasach, kiedy przestrzeń powietrzna wyszła daleko poza drogie helikoptery i samoloty, bo zaczęła obejmować także przeróżne bezzałogowce. Jednak to, co jest “na niebie”, nie jest niezniszczalne z poziomu lądu i wód, o czym niejednokrotnie w historii przekonali się piloci. Poniżej poznacie pięć broni przeciwlotniczych, których lotnictwo nie doceniło na czas, a to miało swoje konsekwencje.
...

Gdy patrzymy na współczesne zdjęcia z ćwiczeń lotniczych z całego świata, to na pierwszy plan zwykle wychodzą same samoloty: nowoczesne myśliwce stealth, bombowce zdolne do zesłania masowej zagłady na wiele różnych celów, a ostatnio nawet coraz potężniejsze drony wszelakiej maści. Tymczasem prawdziwym wyznacznikiem tego, jak wysoko, jak nisko i jak śmiało mogą latać piloci, bywa nie obecna w nich technologia, a skromna wyrzutnia rakiet na ciężarówce, obecna na pokładzie okrętu armata przeciwlotnicza albo byle “niepozorna rura” na ramieniu żołnierza piechoty. To właśnie systemy obrony przeciwlotniczej od lat decydują o tym, czy niebo jest przestrzenią swobody, czy śmiertelną pułapką.

Zdjęcie poglądowe – pilot samolotu wojskowego Mirage 2000D RMV

Historia pokazuje, że najgroźniejsze nie zawsze są te systemy, które od początku zapowiadały rewolucję na slajdach prezentacji. Często największy szok dla wojsk wywoływały rozwiązania pozornie “poboczne”. Przykłady? Działo, które miało bronić fabryk przed nalotem, a okazało się zabójczo skuteczną bronią przeciw czołgom; mobilny zestaw rakietowy, który w kilka dni zmienił wynik kampanii; przenośna wyrzutnia, która zamieniła lot nisko lecącego śmigłowca w rosyjską ruletkę. W tym tekście przyglądam się pięciu takim przykładom, które w swoim czasie radykalnie podniosły ryzyko lotów bojowych i zmusiły lotnictwo do zmiany swojej taktyki.

8,8 cm Flak jako niemieckie działo, którego nienawidzili wszyscy

Produkowana w latach 1933-1945 niemiecka armata 8,8 cm Flak 18/36/37 zaczynała karierę jako klasyczna broń przeciwlotnicza, która została od podstaw zaprojektowana do zwalczania bombowców latających na wysokim pułapie. W praktyce bardzo szybko stała się jednym z najbardziej znienawidzonych kalibrów II wojny światowej. Raporty z badań opinii rannych żołnierzy Armii USA wskazują, że wśród amerykańskich G.I. 88 mm uchodziła za broń, której obawiano się najbardziej i to zarówno na ziemi, jak i w powietrzu. Historyk Tom Laemlein opisuje ją wręcz jako “najbardziej słynne, jeśli nie najsłynniejsze, działo wojny”, podkreślając, że do końca konfliktu niewielu alianckich żołnierzy nie przeklinało jej możliwości.

Sekret tej niemieckiej broni tkwił w uniwersalności. Działo kalibru 88 mm, które doczekało się kilku wersji, miało świetne osiągi balistyczne i wysoką prędkość wylotową pocisku, co czyniło je zabójczo skutecznym zarówno przeciwko bombowcom, jak i czołgom. W miarę jak niemieckie lotnictwo (Luftwaffe) traciło dominację w powietrzu, a wojna na lądzie stawała się coraz bardziej zacięta, działa te zaczęto coraz częściej montować na podwoziach czołgów i niszczycieli. Dla pilotów sił alianckich był to szczególnie nieprzyjemny scenariusz, bo to samo działo, które groziło im w przestworzach, pojawiało się teraz także na wyposażeniu oddziałów przeciwpancernych, tworząc tym samym wielowarstwową sieć zagrożeń.

“Osiemdziesiątka ósemka” zasłużyła na swoją reputację przede wszystkim wszechstronnością. W roli przeciwlotniczej była w stanie dosięgnąć strategiczne bombowce na wysokościach przekraczających 8-10 km, co zmuszało alianckie lotnictwo do zmian tras, stosowania formacji obronnych i rosnącej liczby samolotów myśliwskich eskorty. Prawdziwy szok przyszedł jednak na froncie lądowym. W czasie kampanii francuskiej 1940 roku szybko okazało się, że standardowe działa przeciwpancerne kalibru 37 mm są bezradne wobec ciężko opancerzonych czołgów, takich jak francuski Char B1 czy brytyjska Matilda II.  Wtedy właśnie Flak pokazał swój przeciwpancerny pazur.

Wprawdzie sukces bojowy Flaka 88 łatwo idealizować, ale ta broń też miała swoje istotne słabości. Po pierwsze była duża i ciężka, przez co było ją trudno ukryć zwłaszcza na otwartych przestrzeniach. Pełny zestaw z lawetą wymagał ciągnięcia przez ciągnik artyleryjski lub półgąsienicowy pojazd, a to oznaczało, że jej szybkie przemieszczenie na polu walki było trudne. W warunkach frontu wschodniego czy afrykańskiej pustyni dało się to jeszcze jakoś zorganizować, ale pod koniec wojny, gdy alianci zdominowali niebo, każda próba przebazowania takich armat narażała je na natychmiastowy atak lotniczy. Sytuacji nie poprawiał fakt, że po oddaniu kilku salw działo zdradzało swoją pozycję charakterystycznym błyskiem i smugą ognia.

Bofors 40 mm jako mała armata, która strzelała ze wszystkich stron świata

Szwedzka armata Bofors 40 mm L/60 miała być początkowo po prostu nowoczesnym działem przeciwlotniczym krótkiego zasięgu. Zadebiutowała w latach 30., a już w czasie II wojny światowej stała się jednym z najbardziej rozpowszechnionych dział przeciwlotniczych na świecie. Analiza US Naval Institute określa ją jako “najbardziej powszechnie używaną broń przeciwlotniczą II wojny światowej” i trudno się temu dziwić, bo była obecna na okrętach, stanowiskach brzegowych i w jednostkach lądowych większości stron konfliktu.

Z perspektywy pilotów problem polegał na tym, że Bofors łączył trzy cechy, których lotnictwo nie lubi: wysoką szybkostrzelność (rzędu 120–140 strzałów na minutę) i prędkość pocisków w locie (850 m/s), przyzwoity zasięg oraz możliwość montażu praktycznie wszędzie, gdzie dało się dostarczyć amunicję. Pojedyncza armata 40 mm nie była może równie zabójcza, co niemiecki Flak kalibru 88 mm, ale gęsta sieć stanowisk nad portami, flotami inwazyjnymi czy ważnymi przeprawami zamieniała byle nalot w lot przez strefę szrapneli. 

Legenda Boforsa ma jednak swoje granice. Po wejściu w epokę odrzutowców stało się jasne, że klasyczna armata 40 mm L/60 nie jest już w stanie skutecznie zwalczać bardzo szybkich samolotów. Wzrost prędkości maszyn spowodował, że okno czasowe na oddanie serii stało się zbyt krótkie, a parametry pocisku i sama szybkostrzelność nie pozwalały na skuteczne tworzenie ściany ognia. Dlatego właśnie powstał nowszy model Bofors L/70 o znacznie większej prędkości wylotowej i lepszych parametrach przeciw szybkim celom, który w latach 50. został wybrany jako standard NATO 

Czytaj też: Od K2 Black Panther po T-14 Armata. Co wyróżnia czołgi 4 i 4+ generacji?

Armata miała też typowe ograniczenia sprzętu lufowego: była stosunkowo ciężka, wymagała dobrze wyszkolonej obsługi, precyzyjnego naprowadzania oraz regularnej konserwacji. W środowisku nasyconym nowoczesnymi rakietami powietrze–ziemia i bombami kierowanymi klasyczne działa 40 mm pozostały skuteczne głównie przeciw helikopterom, samolotom szturmowym na bardzo małym pułapie oraz jako broń wsparcia ogniowego przeciw celom naziemnym.

S-75 Dźwina (zwana też jako SA-2 Guideline), czyli początek ery rakiet, które sięgają U-2

Sowiecki system rakietowy S-75 Dźwina, znany na Zachodzie jako SA-2 Guideline, był pierwszym naprawdę skutecznym rakietowym zestawem przeciwlotniczym dużego zasięgu. Opracowany w latach 50., wszedł do służby w 1957 roku i szybko zyskał reputację “pogromcy maszyn wysokich pułapów”. Już w 1959 roku chińska bateria S-75 zestrzeliła tajwańskiego samolotu rozpoznawczego Martin RB-57D na wysokości około 20 kilometrów, choć sukces ten utrzymano w tajemnicy. Prawdziwe wejście do historii nastąpiło jednak 1 maja 1960 roku, gdy pocisk S-75 trafił amerykańskiego U-2 pilotowanego przez Francisa Gary’ego Powersa nad ZSRR, a dwa lata później kolejny zestrzelił U-2 nad Kubą podczas kryzysu kubańskiego, o czym możecie przeczytać więcej tutaj.

Dla wojskowych w NATO był to zimny prysznic. Dotychczas uważali bowiem, że odpowiednio wysoki pułap i prędkość wystarczą, by bezkarnie prowadzić rozpoznanie. S-75 udowodnił jednak, że “dach” przeciwlotniczy może sięgać ponad 20 kilometrów i razić cele z prędkością ponad Mach 3,5 przy zasięgu do około 45 kilometrów. W wojnie wietnamskiej S-75 stał się zresztą głównym symbolem zagrożenia dla amerykańskich pilotów lecących nad Hanoi i Hajfongiem. Dane z opracowań o operacji Linebacker II przypominają, że w grudniu 1972 roku 266 rakiet S-75 poszybowało w powietrze i zniszczyło 15 bombowców B-52, a do tego uszkodziło inne maszyny, wymuszając zmiany taktyki nalotów i dalszy rozwój systemów walki elektronicznej. 

Sukces S-75 miał jednak swoją cenę. System był w praktyce półstacjonarny, bo każda bateria wymagała dużej liczby pojazdów z radarami, agregatów prądotwórczych, wyrzutni i zapasu rakiet. Samo rozwinięcie i zwinięcie stanowiska zajmowało wiele godzin, co czyniło go podatnym na precyzyjne uderzenia, jeśli przeciwnik raz zlokalizował pozycję baterii. W Wietnamie, a później na Bliskim Wschodzie, lotnictwo USA i Izraela zaczęło specjalizować się w tzw. misjach SEAD (Suppression of Enemy Air Defenses), wykorzystując zakłócanie radarów, wabiki i pociski przeciwradarowe do otwierania korytarzy powietrznych właśnie w strefie działania S-75 .

Jak system 2K12 Kub (SA-6 Gainful) ściągnął izraelskie samoloty z piedestału?

Jeśli jeden konflikt miał pokazać pilotom, że latanie nad silnie bronionym frontem bez neutralizacji obrony przeciwlotniczej jest samobójstwem, był to konflikt arabsko izraelski z 1973 roku, znany jako Wojna Jom Kippur. Kluczową rolę odegrał tam sowiecki system 2K12 Kub, oznaczony w NATO jako SA-6 Gainful, a więc mobilny zestaw rakietowy średniego zasięgu z radarem naprowadzania, który został osadzony na gąsienicowym podwoziu. Tekst w “The National Interest” opisuje SA-6 jako “weterana konfliktów w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie”, podkreślając, że zyskał złą sławę właśnie w 1973 roku dzięki dużemu zasięgowi i elastyczności użycia. 

Izraelskie lotnictwo, które kilka lat wcześniej praktycznie zdominowało niebo nad Bliskim Wschodem, nagle zaczęło ponosić ciężkie straty. Źródła analizujące Wojnę Jom Kippur szacują, że Izrael stracił ponad 100 samolotów w ciągu około trzech tygodni walk, a znaczną część z nich przypisuje się właśnie SA-6 oraz zintegrowanej sieci radzieckich zestawów rakietowych i artylerii przeciwlotniczej rozmieszczonych przez Egipt i Syrię. Dopiero połączenie nowych taktyk, działań wojsk lądowych i systematycznego niszczenia wyrzutni doprowadziło do odzyskania kontroli nad przestrzenią powietrzną. Dla pilotów był to moment, w którym stało się jasne, że “środek” pułapu, używany dotychczas jako kompromis między zasięgiem dział a rakiet, przestał być bezpieczną strefą buforową.

SA-6 nie był jednak systemem nie do pokonania. Po wojnie Jom Kippur Izrael i państwa NATO bardzo dokładnie przeanalizowały sprzęt zdobyty na polu walki i szybko opracowały taktyki oraz środki przeciwdziałania. Jednym z wniosków było to, że elektronika i radary 2K12 Kub mają ograniczoną odporność na zakłócenia. Wprowadzenie nowocześniejszych zasobników walki elektronicznej, przemyślanych korytarzy podejścia oraz pocisków przeciwradarowych sprawiło, że jeszcze w latach 80. jego skuteczność zaczęła spadać w starciu z dobrze przygotowanym przeciwnikiem. Kolejnym problemem była charakterystyka rażenia, bo jak większość systemów z tamtej epoki, SA-6 miał ograniczenia w zwalczaniu celów bardzo nisko lecących i bardzo wysoko manewrujących. 

FIM-92 Stinger – niewielka wyrzutnia, która zmusiła śmigłowce do latania inaczej

Na drugim biegunie skali znajduje się FIM-92 Stinger, amerykański naramienny zestaw przeciwlotniczy MANPADS, który zostanie wkrótce zastąpiony czymś nowszym w Armii USA. Jego pierwsze wersje weszły do służby na początku lat 80. jako następcy FIM-43 Redeye. Sam pocisk ma około 1,5 metra długości, waży nieco ponad 10 kilogramów, a kompletny system z wyrzutnią około 15 kilogramów, co pozwala obsługiwać go pojedynczemu żołnierzowi. Zasięg rażenia sięga w przybliżeniu 4,8 kilometra w poziomie i około 3,8 kilometra w pionie, co idealnie wpisuje się w wysokości typowe dla śmigłowców szturmowych i samolotów atakujących cele na niskim pułapie.

Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska

Stinger zyskał światową sławę w czasie wojny afgańskiej, gdy Stany Zjednoczone dostarczyły setki wyrzutni mudżahedinom w ramach operacji Cyclone. Muzeum wojny w Kijowie podkreśla, że system okazał się “wyjątkowo skuteczny przeciw sowieckim śmigłowcom i samolotom” oraz wymusił na lotnictwie zmianę taktyki, w tym latanie na większych wysokościach lub w inny sposób niż dotychczas. Analizy wpływu Stingerów zwracają uwagę, że choć ich znaczenie dla ostatecznej decyzji politycznej o wycofaniu wojsk radzieckich bywa przeceniane, to na poziomie taktycznym rakiety te wyraźnie ograniczyły swobodę działań lotnictwa, a szczególnie kultowych śmigłowców Mi-24. 

Sam pocisk nie był przy tym ekstremalnie drogi, a przynajmniej z perspektywy budżetu USA. Wersja FIM-92A kosztowała około 38 tys. dolarów w roku fiskalnym 1980, co po uwzględnieniu inflacji daje około 119 tys. dolarów w 2020 roku. Zestrzelenie jednym takim pociskiem śmigłowca uderzeniowego wartego kilkanaście milionów dolarów jest po prostu opłacalne, choć jego potęga stopniała w ostatnich dekadach. Jako pocisk naprowadzany na źródło ciepła, najlepiej sprawdza się przeciw celom o wyraźnej sygnaturze termicznej, atakowanym najczęściej od tyłu. W praktyce oznacza to, że często jest “bronią zemsty”, bo najprościej odpalić go w stronę samolotu lub śmigłowca, który już przelatuje nad pozycją żołnierzy, a nie jeszcze zanim użyje uzbrojenia. 

Do problemów Stingera dochodzi konieczność utrzymania celu w celowniku przez kluczowy moment, co w warunkach stresu bojowego, przy manewrującym celu i w trudnych warunkach pogodowych nie zawsze jest łatwe. Wraz z rozwojem lotnictwa do maszyn wprowadzono też też liczne środki przeciwdziałania. Samoloty i śmigłowce zostały wyposażone w zasobniki z flarami termicznymi, które mają “oszukać” głowicę naprowadzającą oraz systemy redukcji sygnatury cieplnej. Nowsze wersje Stingera przeszły wprawdzie modernizację oprogramowania i elektroniki, aby lepiej odróżniać cel od flar i innych zakłóceń, ale nigdy nie będzie to broń nie do oszukania.

Co łączy te systemy przeciwlotnicze i dlaczego piloci nie chcą ich spotkać?

Dlaczego akurat te systemy przeciwlotnicze? Bo każdy z nich jest migawką z konkretnej epoki. Niemieckie działo 8,8 cm Flak i Bofors 40 mm uosabiają czasy analogowych wojennych armad, gdy w powietrzu dominowały formacje bombowców i klasyczne ataki z lotu nurkowego. Sowiecka S-75 Dźwina to symbol narodzin ery rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu i końca beztroskich lotów na dużej wysokości. 2K12 Kub (SA-6) i FIM-92 Stinger z kolei przypominają, jak groźne staje się niebo, gdy radarowe zestawy średniego zasięgu oraz naramienne wyrzutnie trafiają w ręce dobrze wyszkolonych operatorów. Nie jest to lista wszystkich przełomowych systemów, ale właśnie tych, które lotnictwo konsekwentnie nie doceniło aż do tej jednej felernej misji, po której nadeszły czasy zmian.

Chociaż 8,8 cm Flak, Bofors 40 mm, S-75, SA-6 i Stinger różnią się niemal wszystkim, bo kalibrem, zasięgiem, epoką i platformą, to łączy je kilka cech, przez które generałowie i piloci nie mogą wspominać ich dobrze. Po pierwsze, każdy z nich wszedł na scenę w momencie, gdy druga strona nie miała jeszcze gotowej taktycznej odpowiedzi. Bombowce lecące wysoko czuły się bezpiecznie, dopóki nie pojawiła się Dźwina. Zalety nisko lecących śmigłowców i samolotów szturmowych wyparowały, gdy na wzgórzach i w dolinach pojawiły się Stinger i Kub. Po drugie, te systemy było łatwo wprowadzić do jednostek naziemnych, bo od Boforsa montowanego w każdej możliwej baterii po SA-6 poruszający się wraz z wojskami lądowymi.

Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”

Każda z tych broni wymusiła więc reakcję ze strony wroga. Odpowiedzią na Flaki 88 i Boforsy była zmiana profili lotu i rozwój taktyk bombardowań dywanowych. S-75 pociągnęła za sobą narodziny wyspecjalizowanych jednostek SEAD, które polowały na radary i wyrzutnie. SA-6 zmusił pilotów izraelskich do rezygnacji z głębokich rajdów nad rejonami z obroną przeciwlotniczą, a Stinger pokazał, że nawet najnowocześniejszy śmigłowiec może zostać zestrzelony przez dobrze przeszkolonego piechura. Wspólny mianownik jest więc prosty: to właśnie broń przeciwlotnicza, a nie samoloty, najczęściej decyduje o tym, czy pilot może “robić swoje”, czy też musi spędzać większość misji na walce o przetrwanie.