PC, konsola czy handheld w 2026 roku? Czy warto kupować nowy sprzęt do grania?

Bycie graczem w dzisiejszych czasach nie jest łatwe, a wszystko zaczyna się od wyboru sprzętu. Jeśli nie przespaliście ostatnich lat, to najpewniej orientujecie się na tyle dobrze, że wiecie, po co warto sięgnąć. Jeśli jednak dopiero co wracacie do grania, to czeka na Was nie lada zagwozdka, bo na czym dziś najbardziej opłaca się grać? PC, konsola czy handheld w 2026 roku to wcale nie takie oczywiste pytanie.
...

Kiedyś wybór był prosty. Pragnąc “prawdziwego grania”, składaliśmy peceta z najnowszą kartą graficzną, a jeśli woleliśmy wygodę w salonie, to braliśmy konsolę w promocji z dwoma padami. Handheldy były z kolei traktowane raczej jako ciekawostka, a nie jako główna platforma. Dziś ten stan rzeczy wygląda zupełnie inaczej. Mamy jednocześnie drożejącą pamięć RAM i SSD, pecety, które potrafią kosztować po prostu zbyt dużo, konsole sprzedawane w pakietach z dziesiątkami gier, a do tego przenośne maszyny pokroju Steam Deck OLED czy ASUS ROG Ally X, które potrafią odpalić pół biblioteki Steama.

Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden czynnik i to taki, o którym nie mówi się szeroko w materiałach promocyjnych i w poradnikowych artykułach wszelakiej maści, mających napędzać sprzedaż, a nie podchodzić do sprawy najrozsądniej. Mowa o ogromnych “kupkach wstydu”, do których każdy z nas, graczy, może się przyznać. Na Steamie, GOG-u, w Game Passie i PS Plusie leżą dziesiątki fenomenalnych gier z ostatnich lat, które są tanie i mają śmiesznie niskie wymagania albo spokojnie działają na sprzęcie z poprzedniej generacji. W takich realiach pytanie “PC, konsola czy handheld?” nie powinno brzmieć “co jest najmocniejsze?”, ale raczej “co naprawdę ma sens przy moim stylu grania, budżecie i bibliotece tytułów?”.

Xbox Game Pass vs PlayStation Plus

Dlaczego wybór sprzętu wygląda dziś inaczej niż pięć lat temu?

Zacznijmy od realiów, bo to one dziś zabijają wiele marzeń o “tanio złożonym pececie do wszystkiego”. Na świecie trwa kryzys pamięci RAM. W efekcie dobre zestawy DDR5 32 GB, które jeszcze jesienią kosztowały w okolicach 350-450 zł, w grudniu 2025 roku zaczęły dobijać do 750-900 zł, a niektóre konfiguracje przekroczyły nawet 1500 zł. To z kolei przekłada się bezpośrednio na wzrosty rzędu 46-130 procent tylko w ciągu kilku tygodni, a największy skok nastąpił właśnie w segmencie 32 GB, który stał się standardem w nowych zestawach komputerowych do gier.

Czytaj też: Czy OLED to najlepszy wybór? Dlaczego panel OLED wciąż nie rządzi w VR i handheldach?

Powód nie leży w pazerności sprzedawców, ale w globalnym rynku. Producenci DRAM przerzucają moce na moduły DDR5 dla serwerów AI i pamięci HBM, co zostawia segment konsumencki z dużo mniejszą podażą. W efekcie koszt RAM-u staje się tak wysoki, że w niektórych konfiguracjach zbliża się do ceny całej konsoli. To bezpośrednio przekłada się na pecety. Sensowny, nowy komputer z kartą pokroju GeForce RTX 4060, 16-32 GB RAM i 1 TB SSD to dziś wydatek zwykle w przedziale około 3500-5000 zł, zależnie od konkretnej konfiguracji i promocji, a jeśli chcecie coś bardziej przyszłościowego, to do tej kwoty musicie dodać kolejne tysiące.

Jednocześnie konsole i przenośne sprzęty trzymają stosunkowo stabilne widełki. PlayStation 5 Slim 1 TB kupimy w Polsce zwykle za około 2200-2500 zł, zależnie od wersji i zestawu. Steam Deck OLED w oficjalnej dystrybucji kosztuje 2599-3099 zł, a ASUS ROG Ally X startuje w okolicach 3800 zł. Musimy jednak pamiętać, że są to sprzęty głównie do grania, a nie tak jak komputery (do których dochodzi jeszcze kwestia dokupienia peryferiów) do pracy i ogarniania spraw na bieżąco.

Do tego dochodzi rosnący stos świetnych gier, które… nie potrzebują żadnego z tych najnowszych sprzętów. Expedition 33, Hades 1 i 2, Vampire Survivors, Hollow Knight, Dave the Diver, Slay the Spire, Stardew Valley, Disco Elysium, Against the Storm, czy nawet sporo większych gier z ostatnich lat działa bardzo dobrze na kilkuletnich laptopach, starszych konsolach albo właśnie handheldach. Ba, sam ograłem Kingdom Come Deliverance 2 właśnie na Steam Decku, więc i miejsce na AAA znajdzie się na tych słabszych sprzętach. W takim świecie prosta odpowiedź “pecet zawsze najlepszy” nie ma już większego sensu.

PC – kiedy nadal jest królem, a kiedy staje się drogim nadmiarem?

Prawdziwa przewaga peceta z systemem Windows w 2026 roku nie polega na tym, że “ma więcej klatek”. Chodzi raczej o to, że jest jednocześnie stacją roboczą i najbardziej kompetentną maszyną do gier (modowanie, wsparcie antycheatów, emulowanie), których nie uświadczymy praktycznie nigdzie indziej bez dodatkowej konfiguracji czy robienia fikołków. Jeśli gracie w strategie czasu rzeczywistego, symulatory lotnicze, produkcje z ogromną liczbą modów albo po prostu lubicie grzebać w ustawieniach graficznych i zawsze mieć “dostęp do najwyższej jakości”, to pecet ciągle jest bezkonkurencyjny.

Problem pojawia się wtedy, gdy chcecie kupić wszystko na raz, bo nowy procesor centralny, karta graficzna, 32 GB DDR5, pojemny SSD, dobry monitor i zestaw peryferiów, to już sumarycznie niemały wydatek. W dobie kryzysu RAM bardzo łatwo zbliżyć się do kwoty nawet 10000 zł, dorzucając do tego jeszcze sensowny ekran 1440p lub 4K z VRR. W praktyce dla wielu osób, które głównie grają w tytuły singleplayer z ostatnich lat albo mają gigantyczną kupkę wstydu na Steamie, tak duży wydatek jest po prostu nieuzasadniony.

Jeśli obecny komputer radzi sobie z nowymi tytułami na średnich ustawieniach, a te starsze odpala w wysokiej płynności oraz jakości, to zamiast gonić za topową konfiguracją warto zadać sobie proste pytanie – czy naprawdę sprzętowi brakuje mocy? A może to p, czy po prostu chcemy nowej zabawki? Jest to cenne pytanie zwłaszcza dziś, a więc w czasach, kiedy kupka wstydu z roku na rok rośnie szybciej niż klatki na sekundę po włączeniu DLSS i generowania klatek.

Pecet ma największy sens w sytuacji, gdy łączymy granie z pracą lub twórczością. Jeśli ta sama maszyna służy do składania nagrań, renderowania czy programowania, to wprawdzie rosnące ceny RAM wciąż bolą, ale dodatkowa moc przekłada się realnie na zarobek lub czas pracy. Wówczas można to traktować bardziej jako inwestycję niż czysto hobbystyczny wydatek.

Konsola jako idealny kompromis do grania w gry AAA

Konsola nowej generacji pozostaje najbardziej przewidywalną opcją, jeśli Waszym pragnieniem jest po prostu ułożenie się na kanapie i włączenie gry bez konieczności myślenia o specyfikacji i (w dużej mierze) o ustawieniach. PlayStation 5 czy Xbox Series X/S nadal oferują bardzo przyzwoity skok jakości względem poprzedniej generacji, a przy tym nie wymagają od właścicieli śledzenia technologicznych nowinek czy martwienia się o peryferia. Wystarczy tylko konsola, obecne w zestawie kontrolery oraz przyzwoity telewizor lub monitor.

W polskich realiach ważne jest to, że “komplet” z konsolą, drugim padem i kilkoma dobrymi grami często zamyka się w kwocie, która dziś ledwo starczyłaby na 32 GB RAM i przyzwoitą kartę graficzną. Wystarczy spojrzeć na zestaw PS5 Slim z kilkoma hitami w okolicach 2500-2700 zł, żeby zrozumieć, dlaczego warto zrezygnować z modernizacji peceta na rzecz konsoli. Jeśli więc Wasza growa kupka wstydu to głównie gry z PS Plus, Xbox Game Pass czy katalogu gier na płytach, to konsola jest często najrozsądniejszym wyborem. Tytuły pokroju God of War Ragnarök, Horizon Forbidden West, Spider-Man 2, Forza Horizon 5 czy Starfield działają fenomenalnie na sprzęcie, którego kupuje się raz i następnie martwi się tylko o dostępną pamięć masową, którą zwalnia się regularnym czyszczeniem dysku ze starych gier.

Oczywiście konsola ma też minusy. Jeśli gracie dużo w strategie czy klasyczne cRPG (choć teraz problemy ze sterowaniem rozwiązuje myszka i klawiatura), niszowe indyczki z platform pokroju Itch.io albo tytuły z modami, to na konsoli szybko poczujecie, że jesteście “zamknięci” w jednym ekosystemie. Wtedy konsola staje się raczej dodatkiem do peceta niż jego zastępstwem. Jednak dla osób, które przez ostatnie lata grały głównie w duże hity i mają z tyłu głowy długą listę w formie “muszę wreszcie przejść te kilka gier z PS4/PS5”, to nowa konsola jest często lepszym pomysłem.

Handheldy jako złoty środek dla gracza z życiem poza biurkiem

Przenośne konsole PC, jeszcze niedawno egzotyczne, dziś są normalną alternatywą dla klasycznego sprzętu. Steam Deck OLED, ASUS ROG Ally X, Lenovo Legion Go czy inne urządzenia tego typu z energooszczędnymi procesorami sprawiły, że nasza biblioteka Steam i darmowe gierki z Xbox Game Pass mogą wylądować na kanapie, w łóżku albo w pociągu. W skrócie? Handheld można rozumieć tak, jak laptopa zaklętego w kontroler z wielkim ekranem, a choć ten sprzęt powstał z myślą o graniu, to w praktyce można wpiąć go np. do monitora i zrobić z niego prostą stację roboczą.

GeForce NOW - Steam Deck

Finansowo jednak handheldy są w Polsce w nieco dziwnej niszy. Steam Deck OLED 512 GB za 2599-3099 zł i ROG Ally X za około 3800 zł konkurują cenowo z konsolami, a nie z pecetami budżetowymi. Za to odwdzięczają się tym, że idealnie wpisują się w zjawisko rozbijania nagromadzonej kupki wstydu, bo ogromna część świetnych tytułów z ostatnich lat działa na nich znakomicie w rozdzielczości HD lub Full HD i przy płynności 30-60 FPS.

Przewaga handheldów z Windowsem nad Steam Deckiem? Obsługa wszystkich anty-cheatów

Przyznam, że na mojej kupce wstydu do niedawna dominowały gry pokroju Hollow Knight, Hades, Dead Cells, Slay the Spire, Into the Breach, Disco Elysium, Stardew Valley oraz szereg lżejszych gier 3D sprzed kilku lat i właśnie handheld pomógł mi uporać się z tymi zaległościami. Ten sprzęt jest po prostu najlepszym wyborem do ogrania takich zapomnianych produkcji, bo zamiast czekać, aż wrócimy do biurka czy przed telewizor, możemy odpalić je na kanapie, w łóżku czy w czasie wyjazdu. Dla osób pracujących, mających rodzinę i mało czasu na granie, to istna zmiana jakości gamingowego życia, a nie tylko kolejny gadżet. Podpisuję się pod tym obiema rękami, bo Steam Deck zastąpił w moim plecaku zwykle obecną tam książkę na “chwile nudy”, a na dodatek sprawił, że jeszcze bardziej zapomniałem o smartfonie, który w codziennym rytmie stał się tylko sprzętem do robienia zdjęć i płacenia.

Trzeba jednak uczciwie dodać, że handheld nie zastąpi laptopa, peceta ani konsoli. Zwłaszcza jeśli Waszym głównym celem jest granie w najnowsze, najbardziej wymagające produkcje na wysokich detalach. Nawet z technologiami typu FSR czy XeSS te urządzenia wymagają kompromisów graficznych, a w przypadku długich sesji trzeba liczyć się z hałasem wentylatorów i skracającym się czasem pracy na jednym ładowaniu. Nigdy jednak nie czerpałem tyle radości z grania w Hollow Knighta, Hadesa czy Path of Exile 2, jak właśnie na handheldzie.

Rozbicie kupki wstydu ważniejsze niż pogoń za nowościami?

Ostatnio coraz częściej rozmyślam o tym, w którym kierunku zmierza branża gier wideo. Nie jestem szczególnie zachwycony nowymi grami pokroju Borderlandsa 4, Battlefielda 6, Cywilizacji VII, Monster Hunter Wilds, The Outer Worlds 2 czy DOOM: The Dark Ages, a choć wszystkie te tytuły doceniłem w recenzjach, to zapomniałem o nich ewidentnie zbyt szybko niż o takim Cyberpunku 2077, Wiedźminie 3, wcześniejszych odsłonach Borderlands oraz Cywilizacji i całej masie mniejszych gier oraz indyków pokroju Cronosa, obu odsłon Hadesa, Hollow Knight i polskiego Against the Storm.

Against the Storm

Zacząłem patrzeć nie na to, co w giereczkowie nadejdzie, a na to, co jest dostępne już teraz i jakoś uniknęło mojego radaru w przeszłości. Granie na handheldach jest świetne do tego typu podróży w przeszłość, bo starsze gry zwyczajnie lepiej działają na tych arcydziełach mobilnego grania, a na dodatek są tańsze w zakupie i już popremierowo połatane oraz zbalansowane. Zresztą, na takim Steam Decku można ciągle pograć w fenomenalnie wyglądającego Cyberpunka 2077, więc to też nie tak, że “starszy sprzęt + starsze gry” to przepis na przestarzałą grafikę. Ba, Wiedźmin 3 wyszedł przecież ponad dekadę temu, a nadal trzyma świetny poziom wizualny.

Innymi słowy, jeśli lista gier, w które chcieliście zagrać, a które być może nawet już kupiliście (lub zgarnęli z licznych akcji rozdawnictwa), jest aktualnie wręcz przerażająca, to może jednak zapomnijcie o nowym komputerze, jeśli potrzebujesz go tylko do grania, a nie również pracy? W takiej sytuacji może okazać się, że sensowniejszym ruchem jest kupno handhelda albo konsoli i granie w te poprawione już po premierze “starocie”, niż składanie nowego peceta za kilkanaście tysięcy złotych tylko po to, żeby pograć w największe nowości z koniecznymi do płynnej zabawy bajerami pokroju DLSS oraz generowania sztucznych klatek. 

Osobna półka w salonie, czyli Nintendo Switch jako trzeci filar grania

Jeśli myślimy o wyborze między PC, klasyczną konsolą a handheldem, to Nintendo Switch (zarówno pierwsza, jak i druga generacja) zasługuje na osobny akapit. To nie jest ani typowy “pecet w wersji mobilnej”, ani klasyczna maszynka do grania wyłącznie pod telewizorem, ale hybryda, która buduje zupełnie odrębną bibliotekę gier jako ostatnia platforma z prawdziwie ekskluzywnymi grami. Dla kogoś, kto ma już sporą kupkę wstydu na Steamie, Switch jest tak naprawdę drugim światem – większość kluczowych tytułów Nintendo (Zelda, Mario, Pokémon, Splatoon, Mario Kart) nie pojawia się w ogóle na PC, a jeśli już są porty, to zwykle w formie spin-offów, a nie 1:1 tych samych gier. 

Czytaj też: Komputer lub laptop zamula na starcie? Pozbądź się problemu w kilka kliknięć

Jako jednak, że dla mnie Nintendo Switch jest zupełnie nieznanym tematem, a na świat patrzę bardziej jako gracz, który spędził większość “growego czasu” z pecetami, a następnie handheldami, to zamiast wróżyć z fusów i bazować na opiniach innych, nie wziąłem tego sprzętu pod uwagę w tym artykule. Więcej na temat nowej generacji Switcha przeczytacie zresztą w tekście Kacpra, o tutaj – recenzja Nintendo Switch 2. Koniec kompleksów przenośnych PC. Przyznam jednak, że gdyby nie bogata biblioteka na Steamie i wspomniana kupka wstydu, to najpewniej jako posiadacz solidnego peceta gamingowego, kupiłbym nie Steam Decka, a właśnie Switcha 2. Zarówno po to, aby zyskać sprzęt do grania mobilnego, jak i dostęp do gier, których nie znajdę nigdzie indziej.

Proste kryteria wyboru sprzętu do grania na 2026 rok

W idealnym świecie mielibyśmy oczywiście dostęp do wszystkiego. Potężnego peceta do “grania na poważnie” i wymagającej obliczeniowo pracy, stacjonarnej konsoli nowej generacji do bardziej luźnego grania w salonie, a do tego handhelda z myślą o zabawie w terenie. Sprzęt i gry jednak drożeją, więc bycie graczem w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie kolorowe… a przynajmniej w momencie, kiedy gnamy za nowościami i nie zwracamy uwagi na dopracowane już po premierze i tańsze produkcje z przeszłości. Pomińmy już jednak namawianie do grania w starsze gry i przejdźmy do najważniejszego pytania postawionego w tytule – PC, konsola czy handheld w 2026 roku?

Jeśli gracie głównie przy biurku, potrzebujecie wysokiej liczby klatek w nowych tytułach, a komputer służy Wam także do pracy i twórczości, to pecet nawet mimo drogiego RAM nadal jest jedynym sensownym wyjściem. Warto wtedy myśleć o nim nie tylko jak o maszynie do gier, ale o narzędziu do wszystkiego. Naturalnie jednak, jeśli potrzebujecie też mobilności, to powinniście sięgnąć po adekwatny gamingowy laptop, ale w jego przypadku zwróćcie szczególną uwagę na realną wydajność (TDP grafiki, moc zasilacza) i pamiętajcie, że np. takie GeForce RTX 5080 w komputerze i laptopie to dwa inne światy.

Jeśli z kolei większością Waszych planów jest ogranie zaległych hitów AAA z ostatnich lat i nie chcecie się bawić w ustawienia graficzne, a do tego zwykliście liczyć każdą złotówkę, to konsola nowej generacji będzie rozsądniejszym wyborem. Za cenę ledwie części sprzętu do high-endowego peceta dostajemy bowiem całą zamkniętą platformę z biblioteką dużych gier i abonamentami, które regularnie dorzucają nowe tytuły do sprawdzenia.

Jeśli natomiast Waszym prawdziwym problemem jest to, że nie macie kiedy grać, a nie na czym, to handheld może okazać się najlepszym kompromisem. Jest to bowiem sprzęt, który nie wygra w benchmarku z RTX 4080, ale wygra z ograniczonym czasem, bo pozwoli sukcesywnie zmniejszać kupkę wstydu w momentach, kiedy normalnie nie mielibyście jak w ogóle usiąść do dużego ekranu.