Pięć polskich systemów uzbrojenia, które naprawdę zmieniły Wojsko Polskie

Gdy jeszcze dekadę temu mówiło się o polskim przemyśle zbrojeniowym, to najczęściej padały hasła o “modernizacji przez zakupy”. Dziś ten obraz jest wyraźnie inny. Po fali zamówień krajowych i eksportu do sojuszników Polska coraz częściej występuje na rynku nie tylko jako klient, ale jako dostawca nowoczesnych systemów: od artylerii lufowej, przez moździerze samobieżne, po rakiety i systemy przeciwlotnicze. Co ważne, w dużej mierze są to rozwiązania rozwijane i integrowane w kraju, a nie tylko śrubki dokręcane do gotowych zagranicznych konstrukcji.
Zdjęcie poglądowe - polscy żołnierze w terenie
...

Wspomniana zmiana nie wzięła się znikąd. Z jednej strony pcha ją dramatyczne przyspieszenie zbrojeń po 2014 roku i pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, a z drugiej rosnące ambicje spółek skupionych wokół Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Armatohaubice Krab sprawdziły się bojowo w Ukrainie, przenośne zestawy Piorun trafiły nawet do Stanów Zjednoczonych, a nowy bojowy wóz piechoty Borsuk ma szansę wypełnić lukę, z którą wiele europejskich armii wciąż sobie nie poradziło. Przyjrzyjmy się więc pięciu systemom, które najlepiej pokazują, że napis “made in Poland” przestał być w wojsku wyłącznie życzeniową etykietką.

Krab to polska armatohaubica, która przeszła chrzest bojowy w Ukrainie

AHS Krab to chyba najbardziej rozpoznawalny symbol nowej polskiej artylerii. Sam system jest dosyć rozległą hybrydą, bo łączy licencyjne elementy podwozia K9 z koreańskiej Hanwha, brytyjską wieżę i lufę kalibru 155 mm L/52 z systemem kierowania ogniem. Cały proces integracji tych elementów zachodzi w Polsce, a to przede wszystkim przy udziale Huty Stalowej Woli. Według materiałów HSW i opisu technicznego armatohaubica Krab razi cele na dystansie do około 30 km amunicją klasyczną i do około 40 km specjalną amunicją z gazogeneratorem dennym, co wpisuje ją w standard NATO-wskich systemów tego kalibru.

Polskie armatohaubice Krab w Ukrainie, Polskie armatohaubice Krab, armatohaubice Krab, Krab

Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska

Dla Kraba kluczowa okazała się jednak wojna w Ukrainie. Najpierw Polska przekazała z własnych zapasów 18 dział, a następnie Ukraina zamówiła trzy dywizjony, czyli około 54-60 armatohaubic, za kwotę rzędu 3 mld zł. W praktyce oznaczało to, że Krab stał się jednym z najliczniej używanych zachodnich systemów artylerii samobieżnej na tym froncie. Relacje z pola walki i zachodnie analizy podkreślają, że polska haubica sprawdziła się lepiej niż wiele postsowieckich odpowiedników, ale też, że wymaga rozbudowanego zaplecza remontowego i jest podatna na nową generację dronów krążących, takich jak Lancet.

Polskie armatohaubice Krab w Ukrainie, Polskie armatohaubice Krab, armatohaubice Krab, Krab

Z polskiej perspektywy Krab ma dwa oblicza. Pierwsze to bardzo udany produkt eksportowy i realne wzmocnienie artylerii NATO na wschodniej flance, a drugie to system, którego produkcja i serwisowanie obnażyły ograniczenia krajowych mocy przemysłowych. Kontrakty na dziesiątki egzemplarzy dla WP i Ukrainy spowodowały konieczność przesuwania terminów dostaw dla polskich jednostek, co MON musiał oficjalnie tłumaczyć opinii publicznej. To przykład typowego problemu pierwszego świata w zbrojeniówce: sprzęt jest na tyle dobry, że wszyscy chcą go naraz, a fabryka musi tym samym gonić zamówienia.

Homar-A i Homar-K jako rakietowa pięść na Jelczu zamiast tylko amerykańskiego HIMARS-a

Gdy w światowych mediach pojawia się nazwa HIMARS, to zwykle towarzyszy jej filmik z Ukrainy, na którym rosyjski magazyn amunicji zamienia się w gigantyczną kulę ognia. Polska poszła krok dalej i zamiast poprzestać na zakupie kilku amerykańskich wyrzutni zdecydowała się na program Homar-A, który zakłada integrację wyrzutni typu HIMARS z polskim podwoziem Jelcz i krajowymi systemami łączności i kierowania ogniem, jak na przykład Topaz. Dzięki temu wyrzutnie nie są tylko gościnnym amerykańskim sprzętem, ale stają się częścią krajowego ekosystemu logistycznego i informatycznego.

Kolejny krok to Homar-K, który został oparty na koreańskim systemie artyleryjskim K239 Chunmoo i jest również montowany na ciężarówkach Jelcz 8×8, a do tego integruje polskie rozwiązania w zakresie łączności i dowodzenia. Ten zestaw może odpalać zarówno rakiety kalibru 239 mm, jak i cięższe pociski sięgające w założeniu nawet około 290 km, co w praktyce czyni z niego narzędzie rażenia celów daleko za linią frontu. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule dedykowanym testowi Homar-K.

Kluczowe jest to, że Homar-A i Homar-K nie są tylko naklejką na importowany sprzęt. Umowy ramowe obejmują setki wyrzutni i szeroki transfer technologii oraz udział polskich firm w produkcji komponentów rakietowych, systemów logistycznych i dowodzenia. Oczywiście rodzi to pytania o to, czy w długim horyzoncie Polska powinna rozwijać własne pociski dalekiego zasięgu, zamiast w pełni polegać na amerykańskich i koreańskich rakietach, ale już dziś widać, że w obszarze integracji, mobilnych platform i systemów tego typu robimy coś więcej poza napychaniem kieszeni zagranicznych firm.

Piorun jako przenośna zemsta z ziemi, którą kupują nawet Amerykanie

Przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Piorun wywodzi się z wcześniejszego systemu Grom, ale w kluczowych elementach jest już konstrukcją całkowicie nowej generacji. Producent, firma Mesko, podkreśla, że pocisk otrzymał nowoczesną głowicę termiczną o większej czułości i odporności na flary, lepszy układ naprowadzania oraz możliwość zwalczania celów o niższej sygnaturze cieplnej, w tym dronów. Zasięg Pioruna w poziomie sięga około 6,5 km, a w pionie około 4 km, czyli dokładnie tego pułapu, który najbardziej interesuje piechotę obawiającą się śmigłowców szturmowych i samolotów szturmowych lecących nisko.

Polska ma broń, której zazdrości cały świat. Piorun NG jest jeszcze potężniejszy

Najlepszym dowodem na jakość Pioruna nie są jednak katalogi, ale zamówienia. System trafił do Ukrainy, gdzie odegrał istotną rolę w zwalczaniu rosyjskich śmigłowców i dronów, o czym regularnie wspominają ukraińskie relacje z frontu i polskie analizy. Dodatkowo Stany Zjednoczone zamówiły kilka setek pocisków, by przekazać je sojusznikom i uzupełnić własne zapasy, co jest bardzo mocnym sygnałem zaufania do polskiej technologii w kraju, który ma do wyboru praktycznie cały rynek MANPADS.

PPZR Piorun

Piorun nie jest oczywiście złotym młotkiem na każde zagrożenie. Jako klasyczny MANPADS najlepiej sprawdza się przeciw celom napędzanym silnikami odrzutowymi i turbośmigłowymi o wyraźnej sygnaturze cieplnej, a jego skuteczność zależy mocno od wyszkolenia operatora i warunków. Rosnąca rola dronów małych klas, o bardzo małej sygnaturze cieplnej, stawia przed projektantami kolejne wyzwania, ale w swojej niszy Piorun i tak pokazał, że Polska potrafi dostarczyć system, który ma ogromny wpływ na przebieg działań wojennych.

Rak to samobieżny moździerz, który zamienia klasyczny ogień pośredni w system pod oddział

Samobieżny moździerz M120 Rak to przykład systemu, który brzmi skromnie na papierze, ale w praktyce wymusza zmianę myślenia o wsparciu ogniowym. Zamiast klasycznego moździerza holowanego lub noszonego przez obsługę, polska Huta Stalowa Wola zaprojektowała w pełni obrotową wieżę z automatem ładowania moździerza 120 mm, montowaną na podwoziu KTO Rosomak lub gąsienicowym.

Rak jest w stanie prowadzić ogień na dystansie do okolic 10 km i z szybkostrzelnością kilku strzałów na minutę, a to wszystko przy pełnej integracji z systemem kierowania ogniem Topaz oraz nowoczesnymi środkami łączności. Oznacza to, że kompania zmechanizowana ma w praktyce własną mini-artylerię, która może reagować w minutach, a nie w dziesiątkach minut, jak bywało przy klasycznym wezwaniu wsparcia z poziomu brygady.

Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”

Naturalnie tak wyspecjalizowany system jest kosztowny i wymaga rozbudowanego zaplecza logistycznego oraz dobrze zgranego systemu rozpoznania, aby w pełni wykorzystać jego zalety. Rak nie zastąpi jedocześnie w niczym Krabów czy Homarów, ale w swojej roli broni bliskiego i średniego zasięgu stanowi dobry przykład tego, jak polska zbrojeniówka potrafi zaprojektować od zera kompletny, sieciocentryczny system, a nie tylko “postawić lufę na podwoziu”.

Borsuk – bojowy wóz piechoty, który ma wyciągnąć Wojsko Polskie z epoki BWP-1

Nowy pływający bojowy wóz piechoty BWP Borsuk miał przed sobą wyjątkowo niewdzięczne zadanie: zastąpić wysłużone BWP-1 i jednocześnie dogonić czołówkę światowych konstrukcji. Program trwał długo, ale w 2023 roku MON podpisał pierwszą umowę ramową, a w 2025 roku umowę wykonawczą na 111 egzemplarzy. Te kroki oficjalnie otworzyły drogę do wprowadzenia Borsuków na wyposażenie, co miało miejsce już 4 grudnia 2025 roku.

Borsuk, opracowany przez HSW we współpracy z innymi spółkami PGZ, ma w założeniu łączyć pływalność z ochroną balistyczną i minową na poziomie znacznie wyższym niż poradziecki BWP-1. Uzbrojenie główne zapewnia bezzałogowa wieża ZSSW-30 z armatą 30 mm, karabinem współosiowym 7,62 mm i przeciwlotniczym pociskiem kierowanym Spike-LR, co pozwala zwalczać zarówno cele lekko opancerzone, jak i czołgi. Wnętrze ma być dostosowane do integracji z systemami BMS, sensorami ostrzegającymi o opromieniowaniu laserem i nowoczesnymi środkami łączności.

Polski bojowy wóz piechoty Borsuk, bojowy wóz piechoty Borsuk, Borsuk

Zakres polonizacji Borsuka jest tutaj znacznie większy niż w przypadku Kraba czy Homara, bo jest to w dużej mierze rodzima konstrukcja kadłuba, zawieszenia i integracji wieży, choć same komponenty elektroniczne oczywiście pochodzą z wielu państw. Wątpliwości budziło długo połączenie pływalności z wysokim poziomem ochrony, ale testy państwowe i próby poligonowe potwierdziły, że Borsuk jest w stanie zarówno przeprawiać się przez przeszkody wodne, jak i chronić załogę na poziomie zbliżonym do innych nowoczesnych BWP, choć szczegółowe parametry pozostają niejawne.

Polski bojowy wóz piechoty Borsuk

Borsuk jest też dobrym testem dla sektora zbrojeniowego w Polsce, bo jeśli uda się go wdrożyć w setkach egzemplarzy, utrzymać tempo produkcji i równolegle rozwijać wersje specjalistyczne, to nasz kraj będzie mógł poważnie myśleć o eksporcie tej platformy. Jeśli nie, to… no cóż, taki pojazd skończy jako złoty jednorożec znany głównie z targów zbrojeniowych.

Co łączy te systemy i dlaczego nie są tylko PR-ową wizytówką?

Krab, Homar, Piorun, Rak i Borsuk różnią się praktycznie wszystkim, bo kalibrem, przeznaczeniem, zasięgiem i poziomem polonizacji, ale łączy je kilka cech. Po pierwsze, wszystkie wpisują się w sieciocentryczny model prowadzenia działań: współpracują z systemami BMS, nowoczesną łącznością i cyfrowymi systemami kierowania ogniem, więc nie jest to ot “działo, które strzela trochę dalej”, tylko element większej układanki, w której liczy się czas reakcji i zdolność do współpracy z innymi platformami.

Polskie wojsko wzmocni się kolejnymi pojazdami pancernymi Kleszcz

Po drugie, wszystkie przeszły lub przechodzą realną próbę w postaci dużych programów zakupowych albo działań bojowych. Krab i Piorun zostały zweryfikowane w Ukrainie, Homar A i K są zamawiane w dziesiątkach i setkach wyrzutni, a Borsuk ma zastąpić jeden z najbardziej przestarzałych typów sprzętu w polskiej armii. To nie są niszowe projekty badawcze, tylko systemy, które mają realnie zmienić obraz sił zbrojnych. Po trzecie, każdy z tych systemów pokazuje, że droga do “polskiego uzbrojenia” nie zawsze jest tak “polska”, jak byśmy chcieli. Krab i Homar bazują na licencjach i zagranicznych technologiach, ale integracja, podwozia Jelcz, systemy dowodzenia i logistyczne są już w dużej mierze polskie. Rak, Piorun i Borsuk idą krok dalej jako konstrukcje, w których krajowy wkład projektowy i produkcyjny jest zdecydowanie dominujący.

Czytaj też: Sekrety czołgu Typ 99B. Chiny odkryły na nowo pancernego kolosa do wojowania

Czy to oznacza, że Polska stała się nagle zbrojeniową potęgą bez słabych punktów? Oczywiście nie. Wciąż mamy problemy z przepustowością produkcji, uzależnieniem od zagranicznych komponentów, brakiem kadr i presją kosztową. Jednak jeśli ktoś szuka przykładów sprzętu, który realnie zmienił możliwości Wojska Polskiego i jednocześnie stał się rozpoznawalną marką w NATO, to właśnie te pięć systemów powinno znaleźć się na krótkiej liście.