
Wspomniana zmiana nie wzięła się znikąd. Z jednej strony pcha ją dramatyczne przyspieszenie zbrojeń po 2014 roku i pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, a z drugiej rosnące ambicje spółek skupionych wokół Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Armatohaubice Krab sprawdziły się bojowo w Ukrainie, przenośne zestawy Piorun trafiły nawet do Stanów Zjednoczonych, a nowy bojowy wóz piechoty Borsuk ma szansę wypełnić lukę, z którą wiele europejskich armii wciąż sobie nie poradziło. Przyjrzyjmy się więc pięciu systemom, które najlepiej pokazują, że napis “made in Poland” przestał być w wojsku wyłącznie życzeniową etykietką.
Krab to polska armatohaubica, która przeszła chrzest bojowy w Ukrainie
AHS Krab to chyba najbardziej rozpoznawalny symbol nowej polskiej artylerii. Sam system jest dosyć rozległą hybrydą, bo łączy licencyjne elementy podwozia K9 z koreańskiej Hanwha, brytyjską wieżę i lufę kalibru 155 mm L/52 z systemem kierowania ogniem. Cały proces integracji tych elementów zachodzi w Polsce, a to przede wszystkim przy udziale Huty Stalowej Woli. Według materiałów HSW i opisu technicznego armatohaubica Krab razi cele na dystansie do około 30 km amunicją klasyczną i do około 40 km specjalną amunicją z gazogeneratorem dennym, co wpisuje ją w standard NATO-wskich systemów tego kalibru.

Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska
Dla Kraba kluczowa okazała się jednak wojna w Ukrainie. Najpierw Polska przekazała z własnych zapasów 18 dział, a następnie Ukraina zamówiła trzy dywizjony, czyli około 54-60 armatohaubic, za kwotę rzędu 3 mld zł. W praktyce oznaczało to, że Krab stał się jednym z najliczniej używanych zachodnich systemów artylerii samobieżnej na tym froncie. Relacje z pola walki i zachodnie analizy podkreślają, że polska haubica sprawdziła się lepiej niż wiele postsowieckich odpowiedników, ale też, że wymaga rozbudowanego zaplecza remontowego i jest podatna na nową generację dronów krążących, takich jak Lancet.

Z polskiej perspektywy Krab ma dwa oblicza. Pierwsze to bardzo udany produkt eksportowy i realne wzmocnienie artylerii NATO na wschodniej flance, a drugie to system, którego produkcja i serwisowanie obnażyły ograniczenia krajowych mocy przemysłowych. Kontrakty na dziesiątki egzemplarzy dla WP i Ukrainy spowodowały konieczność przesuwania terminów dostaw dla polskich jednostek, co MON musiał oficjalnie tłumaczyć opinii publicznej. To przykład typowego problemu pierwszego świata w zbrojeniówce: sprzęt jest na tyle dobry, że wszyscy chcą go naraz, a fabryka musi tym samym gonić zamówienia.
Homar-A i Homar-K jako rakietowa pięść na Jelczu zamiast tylko amerykańskiego HIMARS-a
Gdy w światowych mediach pojawia się nazwa HIMARS, to zwykle towarzyszy jej filmik z Ukrainy, na którym rosyjski magazyn amunicji zamienia się w gigantyczną kulę ognia. Polska poszła krok dalej i zamiast poprzestać na zakupie kilku amerykańskich wyrzutni zdecydowała się na program Homar-A, który zakłada integrację wyrzutni typu HIMARS z polskim podwoziem Jelcz i krajowymi systemami łączności i kierowania ogniem, jak na przykład Topaz. Dzięki temu wyrzutnie nie są tylko gościnnym amerykańskim sprzętem, ale stają się częścią krajowego ekosystemu logistycznego i informatycznego.

Kolejny krok to Homar-K, który został oparty na koreańskim systemie artyleryjskim K239 Chunmoo i jest również montowany na ciężarówkach Jelcz 8×8, a do tego integruje polskie rozwiązania w zakresie łączności i dowodzenia. Ten zestaw może odpalać zarówno rakiety kalibru 239 mm, jak i cięższe pociski sięgające w założeniu nawet około 290 km, co w praktyce czyni z niego narzędzie rażenia celów daleko za linią frontu. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule dedykowanym testowi Homar-K.

Kluczowe jest to, że Homar-A i Homar-K nie są tylko naklejką na importowany sprzęt. Umowy ramowe obejmują setki wyrzutni i szeroki transfer technologii oraz udział polskich firm w produkcji komponentów rakietowych, systemów logistycznych i dowodzenia. Oczywiście rodzi to pytania o to, czy w długim horyzoncie Polska powinna rozwijać własne pociski dalekiego zasięgu, zamiast w pełni polegać na amerykańskich i koreańskich rakietach, ale już dziś widać, że w obszarze integracji, mobilnych platform i systemów tego typu robimy coś więcej poza napychaniem kieszeni zagranicznych firm.
Piorun jako przenośna zemsta z ziemi, którą kupują nawet Amerykanie
Przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Piorun wywodzi się z wcześniejszego systemu Grom, ale w kluczowych elementach jest już konstrukcją całkowicie nowej generacji. Producent, firma Mesko, podkreśla, że pocisk otrzymał nowoczesną głowicę termiczną o większej czułości i odporności na flary, lepszy układ naprowadzania oraz możliwość zwalczania celów o niższej sygnaturze cieplnej, w tym dronów. Zasięg Pioruna w poziomie sięga około 6,5 km, a w pionie około 4 km, czyli dokładnie tego pułapu, który najbardziej interesuje piechotę obawiającą się śmigłowców szturmowych i samolotów szturmowych lecących nisko.

Najlepszym dowodem na jakość Pioruna nie są jednak katalogi, ale zamówienia. System trafił do Ukrainy, gdzie odegrał istotną rolę w zwalczaniu rosyjskich śmigłowców i dronów, o czym regularnie wspominają ukraińskie relacje z frontu i polskie analizy. Dodatkowo Stany Zjednoczone zamówiły kilka setek pocisków, by przekazać je sojusznikom i uzupełnić własne zapasy, co jest bardzo mocnym sygnałem zaufania do polskiej technologii w kraju, który ma do wyboru praktycznie cały rynek MANPADS.

Piorun nie jest oczywiście złotym młotkiem na każde zagrożenie. Jako klasyczny MANPADS najlepiej sprawdza się przeciw celom napędzanym silnikami odrzutowymi i turbośmigłowymi o wyraźnej sygnaturze cieplnej, a jego skuteczność zależy mocno od wyszkolenia operatora i warunków. Rosnąca rola dronów małych klas, o bardzo małej sygnaturze cieplnej, stawia przed projektantami kolejne wyzwania, ale w swojej niszy Piorun i tak pokazał, że Polska potrafi dostarczyć system, który ma ogromny wpływ na przebieg działań wojennych.
Rak to samobieżny moździerz, który zamienia klasyczny ogień pośredni w system pod oddział
Samobieżny moździerz M120 Rak to przykład systemu, który brzmi skromnie na papierze, ale w praktyce wymusza zmianę myślenia o wsparciu ogniowym. Zamiast klasycznego moździerza holowanego lub noszonego przez obsługę, polska Huta Stalowa Wola zaprojektowała w pełni obrotową wieżę z automatem ładowania moździerza 120 mm, montowaną na podwoziu KTO Rosomak lub gąsienicowym.


Rak jest w stanie prowadzić ogień na dystansie do okolic 10 km i z szybkostrzelnością kilku strzałów na minutę, a to wszystko przy pełnej integracji z systemem kierowania ogniem Topaz oraz nowoczesnymi środkami łączności. Oznacza to, że kompania zmechanizowana ma w praktyce własną mini-artylerię, która może reagować w minutach, a nie w dziesiątkach minut, jak bywało przy klasycznym wezwaniu wsparcia z poziomu brygady.
Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”

Naturalnie tak wyspecjalizowany system jest kosztowny i wymaga rozbudowanego zaplecza logistycznego oraz dobrze zgranego systemu rozpoznania, aby w pełni wykorzystać jego zalety. Rak nie zastąpi jedocześnie w niczym Krabów czy Homarów, ale w swojej roli broni bliskiego i średniego zasięgu stanowi dobry przykład tego, jak polska zbrojeniówka potrafi zaprojektować od zera kompletny, sieciocentryczny system, a nie tylko “postawić lufę na podwoziu”.
Borsuk – bojowy wóz piechoty, który ma wyciągnąć Wojsko Polskie z epoki BWP-1
Nowy pływający bojowy wóz piechoty BWP Borsuk miał przed sobą wyjątkowo niewdzięczne zadanie: zastąpić wysłużone BWP-1 i jednocześnie dogonić czołówkę światowych konstrukcji. Program trwał długo, ale w 2023 roku MON podpisał pierwszą umowę ramową, a w 2025 roku umowę wykonawczą na 111 egzemplarzy. Te kroki oficjalnie otworzyły drogę do wprowadzenia Borsuków na wyposażenie, co miało miejsce już 4 grudnia 2025 roku.
Borsuk, opracowany przez HSW we współpracy z innymi spółkami PGZ, ma w założeniu łączyć pływalność z ochroną balistyczną i minową na poziomie znacznie wyższym niż poradziecki BWP-1. Uzbrojenie główne zapewnia bezzałogowa wieża ZSSW-30 z armatą 30 mm, karabinem współosiowym 7,62 mm i przeciwlotniczym pociskiem kierowanym Spike-LR, co pozwala zwalczać zarówno cele lekko opancerzone, jak i czołgi. Wnętrze ma być dostosowane do integracji z systemami BMS, sensorami ostrzegającymi o opromieniowaniu laserem i nowoczesnymi środkami łączności.

Zakres polonizacji Borsuka jest tutaj znacznie większy niż w przypadku Kraba czy Homara, bo jest to w dużej mierze rodzima konstrukcja kadłuba, zawieszenia i integracji wieży, choć same komponenty elektroniczne oczywiście pochodzą z wielu państw. Wątpliwości budziło długo połączenie pływalności z wysokim poziomem ochrony, ale testy państwowe i próby poligonowe potwierdziły, że Borsuk jest w stanie zarówno przeprawiać się przez przeszkody wodne, jak i chronić załogę na poziomie zbliżonym do innych nowoczesnych BWP, choć szczegółowe parametry pozostają niejawne.

Borsuk jest też dobrym testem dla sektora zbrojeniowego w Polsce, bo jeśli uda się go wdrożyć w setkach egzemplarzy, utrzymać tempo produkcji i równolegle rozwijać wersje specjalistyczne, to nasz kraj będzie mógł poważnie myśleć o eksporcie tej platformy. Jeśli nie, to… no cóż, taki pojazd skończy jako złoty jednorożec znany głównie z targów zbrojeniowych.

Co łączy te systemy i dlaczego nie są tylko PR-ową wizytówką?
Krab, Homar, Piorun, Rak i Borsuk różnią się praktycznie wszystkim, bo kalibrem, przeznaczeniem, zasięgiem i poziomem polonizacji, ale łączy je kilka cech. Po pierwsze, wszystkie wpisują się w sieciocentryczny model prowadzenia działań: współpracują z systemami BMS, nowoczesną łącznością i cyfrowymi systemami kierowania ogniem, więc nie jest to ot “działo, które strzela trochę dalej”, tylko element większej układanki, w której liczy się czas reakcji i zdolność do współpracy z innymi platformami.

Po drugie, wszystkie przeszły lub przechodzą realną próbę w postaci dużych programów zakupowych albo działań bojowych. Krab i Piorun zostały zweryfikowane w Ukrainie, Homar A i K są zamawiane w dziesiątkach i setkach wyrzutni, a Borsuk ma zastąpić jeden z najbardziej przestarzałych typów sprzętu w polskiej armii. To nie są niszowe projekty badawcze, tylko systemy, które mają realnie zmienić obraz sił zbrojnych. Po trzecie, każdy z tych systemów pokazuje, że droga do “polskiego uzbrojenia” nie zawsze jest tak “polska”, jak byśmy chcieli. Krab i Homar bazują na licencjach i zagranicznych technologiach, ale integracja, podwozia Jelcz, systemy dowodzenia i logistyczne są już w dużej mierze polskie. Rak, Piorun i Borsuk idą krok dalej jako konstrukcje, w których krajowy wkład projektowy i produkcyjny jest zdecydowanie dominujący.
Czytaj też: Sekrety czołgu Typ 99B. Chiny odkryły na nowo pancernego kolosa do wojowania
Czy to oznacza, że Polska stała się nagle zbrojeniową potęgą bez słabych punktów? Oczywiście nie. Wciąż mamy problemy z przepustowością produkcji, uzależnieniem od zagranicznych komponentów, brakiem kadr i presją kosztową. Jednak jeśli ktoś szuka przykładów sprzętu, który realnie zmienił możliwości Wojska Polskiego i jednocześnie stał się rozpoznawalną marką w NATO, to właśnie te pięć systemów powinno znaleźć się na krótkiej liście.