
Przez dekady śmigłowce bojowe kojarzyły się z bliskim wsparciem, lotem tuż nad ziemią i krótkim sprintem z rejonu czatującej kolumny rakiet przeciwlotniczych na linię frontu. Ich siłą była manewrowość i możliwość “zajrzenia za wzgórze”, a słabością ograniczony zasięg uzbrojenia, który wymuszał ryzykowne podejście pod same systemy obrony powietrznej przeciwnika. Dziś ten obraz zaczyna się chwiać, bo śmigłowiec szturmowy coraz bardziej przypomina ruchomą wyrzutnię małych pocisków manewrujących niż klasyczną maszynę wsparcia ogniowego. Nowe pociski Red Wolf są tego świetnym potwierdzeniem.

Próby pocisku Red Wolf ze śmigłowca to część programu LRAM
Cały program, znany jako LRAM (Long Range Attack Missile), ma jeden główny cel: maksymalnie wydłużyć dystans, z jakiego śmigłowiec może zaatakować cel. W dobie coraz potężniejszych systemów obrony powietrznej taka zdolność nie jest już tylko ciekawostką techniczną, lecz często warunkiem przetrwania maszyny i jej załogi. Red Wolf ma tu do zaoferowania naprawdę imponujące parametry. Jego zasięg przekracza 370 kilometrów, co stanowi prawdziwy skok jakościowy w porównaniu z obecnie używanymi systemami. Dla zobrazowania skali tego osiągnięcia wystarczy przytoczyć, że popularny pocisk Hellfire ma zasięg rzędu ledwie około 34 km, a jego odpowiednik JAGM-MR nawet mniej. Nowy pocisk oferuje więc możliwość rażenia celów z dziesięciokrotnie większej odległości.
Czytaj też: Przetrwa kule, 500 stopni i mróz. Nowy akumulator Epsilora to paliwo dla armii przyszłości

Dziś jest to szczególnie ważne, bo Red Wolf przestał jedynie majaczyć na horyzoncie. Amerykańska piechota morska przeprowadziła bowiem niedawno test, który (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem) może znacząco przemeblować taktykę stosowaną przez śmigłowce bojowe. Chodzi o próby nowego pocisku Red Wolf firmy L3Harris Technologies, wystrzelonego ze śmigłowca AH-1Z Viper. Nie jest to jednak zwykła demonstracja ognia, a raczej sygnał, że w najbliższych latach sposób prowadzenia walki z powietrza może się diametralnie zmienić, choć droga od prototypu do powszechnego użycia bywa wyboista.

Test z udziałem Marines przyniósł jeszcze jedną nowinkę, bo była to pierwsza sytuacja, w której załoga śmigłowca użyła systemu kierowania ogniem opartego na interfejsie tabletu. Takie rozwiązanie, choć może się wydawać trywialne, znacząco upraszcza procedury i odciąża pilotów, którzy w warunkach bojowego stresu muszą podejmować decyzje w ułamkach sekund.
Czym dokładnie jest pocisk Red Wolf?
Przechodząc do specyfikacji, Red Wolf mierzy niecałe 1,8 metra i jest napędzany silnikiem turboodrzutowym, co pozwala mu na lot z prędkością poddźwiękową. Co istotne, czas jego lotu przekracza godzinę, a to daje mu sporą swobodę manewru i możliwość dotarcia do naprawdę odległych obiektów. Nie jest to też zupełnie świeży pomysł, bo od 2020 roku pocisk przeszedł ponad czterdzieści testów w locie, startując z różnych platform, a w tym samolotów, śmigłowców oraz naziemnych wyrzutni.
Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska

Równie ciekawe jest to, że Red Wolf to nie tylko kolejna inteligentna rakieta. System pokazał, że może działać jak latający węzeł komunikacyjny i rozpoznawczy, zbierając dane i przekazując je innym jednostkom w sieci bojowej. W praktyce oznacza to, że jeden wystrzelony pocisk może naprowadzać kolejne uderzenia lub po prostu zbierać informacje wywiadowcze. Jego zastosowania wykraczają więc daleko poza tradycyjne niszczenie celów. Można go skonfigurować jako przekaźnik łączności, platformę do walki elektronicznej lub nawet do prowadzenia operacji pozoracyjnych, co doskonale wpisuje się w obecną strategię Pentagonu, nastawioną na tworzenie uniwersalnych i stosunkowo tanich systemów wielozadaniowych.
W materiałach L3Harris pocisk Red Wolf nie jest opisywany jako klasyczna rakieta, lecz element większej rodziny tzw. efektorów wystrzeliwanych z różnych platform, które w locie mogą współpracować, dzielić się danymi i dzielić zadania między sobą. W tej “watasze” znajdziemy także Green Wolfa, nastawionego na działania w domenie walki elektronicznej i zakłócanie sensorów przeciwnika. Razem tworzą pakiet, który można konfigurować niczym zestaw klocków, bo jeden pocisk uderza w cel, kolejny pełni rolę wabika, inny odgrywa funkcję przekaźnika łączności lub ruchomej stacji zakłócającej.
Ta koncepcja dobrze wpisuje się w popularne w Pentagonie pojęcie taniej, licznej masy efektorów, którą można rzucić na wroga bez obawy, że każdy stracony egzemplarz oznacza miliony dolarów znikające w chmurze dymu. Red Wolf ma być na tyle tani, by można było użyć go w liczbie, która faktycznie przytłoczy system obrony przeciwnika, a jednocześnie na tyle zaawansowany, by nie był jedynie głupią rakietą lecącą po prostej. Stąd nacisk na długi czas lotu, możliwość zmiany misji w locie i zdolność działania jako węzeł w szerszej sieci rozpoznawczo-uderzeniowej.
Red Wolf to przede wszystkim zasięg
Z punktu widzenia taktyki, kluczowy jest właśnie ten ogromny zasięg. Dystans 370 kilometrów teoretycznie stawia Red Wolfa poza zasięgiem wielu okrętowych systemów obrony przeciwlotniczej oraz przybrzeżnych systemów antydostępowych, stanowiących filar obrony m.in. Chin. W hipotetycznym konflikcie na Pacyfiku taki pocisk mógłby najpierw zakłócić pracę sensorów wroga, tworząc okno dla uderzenia droższymi i cięższymi pociskami. Na tym polega jego potencjalna siła, bo Red Wolf ma być względnie tanią pierwszą falą, która toruje drogę dla innych systemów.
Szacuje się, że jednostkowy egzemplarz Red Wolfa to wydatek rzędu 300 tysięcy dolarów. To dużo, ale w porównaniu z wielomilionowymi pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu, taka cena wygląda już na akceptowalną. Producent, czyli firma L3Harris, planuje osiągnąć zdolność produkcyjną na poziomie nawet tysiąca sztuk rocznie, co przy założeniach programu czyni go realistycznym kandydatem do szerokiego wdrożenia.
Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”
Początkowe operacyjne użycie Red Wolfa ma się zacząć jeszcze w tym roku. To element szerszej układanki, w której Pentagon stara się zapełnić swoją arsenałową szafę niedrogimi, dalekosiężnymi systemami. W erze, gdzie przeciwnicy inwestują miliardy w systemy obrony powietrznej, możliwość zadania ciosu z bezpiecznej odległości jest nie do przecenienia. Sukces programu zależy jednak nie tylko od technologii, ale też od logistyki, szkoleń i integracji z istniejącymi systemami dowodzenia. Na papierze Red Wolf wygląda obiecująco, a ostatnie testy potwierdzają, że po prostu działa, choć prawdziwy sprawdzian nastąpi dopiero wtedy, gdy trafi do rutynowego użytku w jednostkach liniowych.