Ten e-bike wygląda jak z wyścigu kosmicznego i odpowiada, jak szybki może być rower z silnikiem

Świat rowerów elektrycznych regularnie zaskakuje, ale niektóre projekty wybijają się na zupełnie inny poziom. Nie chodzi tu o kolejne ulepszenie, ale o celowe łamanie zasad i sprawdzanie, gdzie przebiega granica tego, co fizycznie możliwe… i sensowne. Podczas targów VeloFollies w Lille pokazano właśnie taką maszynę.
...

Zaprezentowanego na VeloFollies roweru elektrycznego o nazwie Van Rysel FTP² trudno nazwać e-bike w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jak na koncepcyjny sprzęt przystało, jest to bardziej ruchome laboratorium, które powstało po to, by odpowiedzieć na pytanie, jak daleko można przesunąć granice wspomaganej jazdy. Premiera tego projektu odbyła się 16 stycznia 2026 roku i od razu wzbudziła mieszane uczucia. Nie jest to bowiem po prostu “szybki e-bike”, a bardziej kompletny system zaprojektowany wokół jednego pomysłu: podwoić funkcjonalną moc amatora i podarować mu wrażenia zarezerwowane dotąd dla zawodowego peletonu.

Mahle M40 i usunięte ograniczenia prędkości w Van Rysel FTP²

Koncepcja Van Rysel FTP² kręci się wokół silnika centralnego Mahle M40. Jest to jednostka o maksymalnej mocy na poziomie 850 watów, która jest zdolna do dostarczenia aż 400 procent wsparcia. Brzmi nieprawdopodobnie? Na tle sklepowych modeli tak, bo przecież mowa tutaj o podbiciu 150-watów mocy z “surowego pedałowania” do aż 600 watów. Dlatego zresztą w tym prototypie całkowicie zrezygnowano z ograniczeń prędkości. Innymi słowy, nie obowiązuje tu ani standardowy limit 25 km/h, ani przepis dla szybszych rowerów dostępnych m.in. w USA, który wynosi 45 km/h. To sprawia, że jest to oczywiście rozwiązanie czysto testowe, niemające szans na homologację do ruchu drogowego.

Czytaj też: Boisz się elektrycznych rowerów górskich, ale i tak chcesz spróbować? Ten e-bike ma być idealny

Warto zatrzymać się na chwilę przy samym silniku. Mahle M40 nie powstał z myślą o wyścigowej szosie, lecz o rowerach górskich, które muszą radzić sobie z dużymi obciążeniami, skokami mocy i wysokimi temperaturami na długich podjazdach. W FTP² przeniesiono go na asfalt, a oprogramowanie dostrojono specjalnie pod jazdę z dużymi prędkościami na równym podłożu bez niespodzianek. W połączeniu z pełnym pakietem aerodynamicznym oznacza to, że rower przestaje zachowywać się jak typowa, lekka szosa, a zaczyna bardziej przypominać precyzyjny przyrząd do badań nad tym, jak moc człowieka i moc maszyny mogą się wzajemnie wzmacniać.

Topowe komponenty i aerodynamika na granicy absurdu

Nazwa FTP², pochodząca od funkcjonalnej mocy progowej, zdradza filozofię projektu, która skupia się na tym, aby podwoić wydolność amatora, aby ten poczuł się jak profesjonalista. Brzmi to wprawdzie jak czysta magia, ale w praktyce oznacza przede wszystkim zmianę charakteru wysiłku. Dla kogoś, kto do tej pory był w stanie utrzymać 200 watów przez godzinę, włączenie pełnego wspomagania Mahle M40 oznacza nie tyle nagły skok formy, co przesunięcie granicy prędkości przy podobnym odczuwalnym wysiłku. Różnica polega na tym, że zmęczenie nie przychodzi już od wysokiego tętna i palących mięśni, ale od długotrwałej koncentracji przy prędkościach, które do tej pory zarezerwowane były dla zawodowców.

Czytaj też: Ten gadżet to istny lifehack dla rowerzystów, którzy odkryli problem za późno

Realizacja tak ambitnego celu wymagała sięgnięcia po absolutnie najdroższe i najnowsze technologie. Rama z wysokomodułowego włókna węglowego współpracuje z elektroniczną przerzutką Sram Red AXS. Do tego dołożono karbonowe korby marki Praxis Works oraz zestaw kół Swiss Side z obręczami aero o wysokości 850 milimetrów. Aerodynamika stała się tu zresztą prawdziwą obsesją. Kokpit inspirowany rozwiązaniami z Formuły 1 pozwala sterować niemal wszystkimi funkcjami prosto z kierownicy, ale Van Rysel poszedł jednak jeszcze dalej, traktując rower jako część większego ekosystemu.

W pakiecie Van Rysel FTP² znajduje się specjalny, aerodynamiczny kask Swiss Side z odpinaną karbonową skorupą. Kombinezon wyścigowy skrywa techniczną warstwę bazową ze zintegrowanymi poduszkami ochronnymi i wypustkami kształtującymi opływ powietrza. Najdziwniejsze są z kolei buty, stanowiące hybrydę buta, skarpety i pedału. Tradycyjne zapięcia i zatrzaski odchodzą tu do lamusa, bo wszystko steruje się elektronicznie z kokpitu, tworząc niemal symbiotyczne połączenie człowieka z maszyną. To podejście graniczy z absurdem, ale właśnie takie pomysły często torują drogę dla przyszłych, bardziej przystępnych rozwiązań.

Dlaczego rower elektryczny FTP² nigdy nie trafi do sklepów?

Główną barierą jest oczywiście cena. Szacuje się, że hipotetyczny model produkcyjny kosztowałby dobrze ponad 20000 euro. Dlatego też FTP² należy traktować jako swoisty manifest epoki, w której rower przestaje być prostym narzędziem do przemieszczania się, a staje się nośnikiem ambicji całego łańcucha firm: od producenta napędu, przez specjalistów od aerodynamiki, po projektantów odzieży. Każdy z nich chce pokazać, że potrafi zrobić coś „naj” – najszybszy kask, najbardziej zaawansowany kokpit, najbardziej sprytny silnik. W tym nadmiarze superlatywów łatwo zapomnieć, że u podstaw wciąż jest człowiek, który musi usiąść na siodełku, złapać kierownicę i przełknąć ślinę, widząc na liczniku prędkości wartości charakterystyczne dla zawodowców.

Czytaj też: Soltera 3ADV zadebiutował. Czy to najsensowniejszy rower do codziennej jazdy po mieście?

Może właśnie dlatego takie projekty są ważne. Nie po to, by wprowadzić na rynek kolejny produkt z kosmiczną ceną, ale żeby przesunąć wyobraźnię. Pokazać, że e-bike nie musi być tylko miejskim środkiem transportu ani ciężkim trekkingiem na urlop, lecz może stać się narzędziem do badań nad tym, gdzie przebiega granica między pomocą a zamianą człowieka w pasażera. FTP² tej granicy nie rozwiązuje raz na zawsze, ale bardzo wyraźnie ją rysuje i zostawia branży pytanie, czy chce się do niej zbliżać, czy raczej pozostać przy spokojniejszej, bardziej zachowawczej wizji wspomaganej jazdy.