
Odkrycie planety z atmosferą istniejącą w warunkach, które powinny ją dawno zniszczyć, postawiło naukowców przed poważną zagadką. Obserwacje wskazują na obecność otoczki gazowej w miejscu, gdzie według obecnej wiedzy nie ma na to żadnych szans. To trochę tak, jakby znaleźć nietknięty lód w środku rozgrzanego pieca. Astronomowie muszą teraz odpowiedzieć na pytanie: jak to w ogóle jest możliwe?
Ekstremalny świat tuż przy swojej gwieździe
Sekret tej anomalii tkwi w położeniu planety. Krąży ona ekstremalnie blisko swojej gwiazdy, przez co jej powierzchnia rozgrzewa się do temperatur liczonych w tysiącach stopni Celsjusza. Tym samym jest to odległość i warunki, które w teorii wykluczają istnienie stabilnej atmosfery. Przy takim upale i bombardowaniu promieniowaniem, jakiekolwiek gazy powinny zostać po prostu zdmuchnięte w przestrzeń kosmiczną w procesie tzw. fotoerozji. Mimo to instrumenty teleskopu Webba, analizujące światło gwiazdy przechodzące przez potencjalną atmosferę, zarejestrowały wyraźne sygnały chemiczne. Coś tam jest, choć nie powinno.
Czytaj także: Tajemnicza egzoplaneta zamieni się w “wodny świat”. Czy to miejsce nadaje się do życia?
Dlaczego te modele mogą się nie sprawdzać?
Dotychczasowe teorie ewolucji planet, choć logiczne i poparte obserwacjami w Układzie Słonecznym, mogą okazać się zbyt uproszczone. Procesy niszczące atmosfery w takich ekstremalnych warunkach są różnorodne i wzajemnie na siebie wpływają. Mowa tutaj o rozbijaniu cząsteczek przez twarde promieniowanie, wyrywanie gazów przez wiatr gwiazdowy oraz ucieczkę termiczną, gdy cząstki uzyskują zbyt dużą energię kinetyczną. Fakt, że atmosfera jakiejś planety opiera się tym wszystkim siłom naraz, każe szukać wyjątkowych wyjaśnień.
Naukowcy snują różne hipotezy. Być może planeta posiada niezwykle silne pole magnetyczne, tworzące tarczę chroniącą przed wiatrem gwiazdowym. Inna możliwość to intensywne procesy geologiczne, jak wulkanizm na skalę niewyobrażalną na Ziemi, które nieustannie „dopompowywałyby” nowe gazy, uzupełniając straty. To odkrycie pokazuje, jak mało wiemy o różnorodności światów poza naszym układem.
Nowa era obserwacji planet pozasłonecznych
Kluczem do tej zagadki są niebywałe możliwości Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba. Jego czułe spektrometry, działające w podczerwieni, pozwalają na analizę składu chemicznego atmosfer odległych planet z dokładnością, o której kilka lat temu można było tylko marzyć. To właśnie ta technologia umożliwiła wykrycie subtelnych sygnałów z tego niegościnnego świata. Spodziewam się, że to dopiero pierwsze z serii podobnych, zaskakujących odkryć, które wymuszą rewizję podręczników.
Czytaj także: Egzoplaneta wielkości Saturna kryje niespodziankę? Astronomowie mówią o jej księżycu i… Avatarze
Badacze naturalnie planują dalsze obserwacje, by sprawdzić, czy mamy do czynienia z kosmicznym unikatem, czy może z całkiem nową klasą planet. Każdy kolejny taki obiekt dostarczy cennych danych.
Co to oznacza dla nauki
To odkrycie jest świetnym przykładem prawdziwej nauki w akcji. Nie chodzi o to, że dotychczasowe modele były „złe”, ale że rzeczywistość okazuje się bogatsza i bardziej skomplikowana niż nasze teoretyczne przewidywania. Konieczność ich doprecyzowania lub nawet przepisania od nowa nie jest porażką, a naturalnym etapem rozwoju. Teleskop Webba działa jak potężne okno, przez które dopiero zaczynamy dostrzegać prawdziwą złożoność Wszechświata. I to jest chyba w tym wszystkim najciekawsze – wiemy, że przed nami jeszcze mnóstwo niespodzianek.