Silnik ramjet bez tajemnic. Naukowcy zajrzeli tam, gdzie nikt dotąd nie spojrzał

W nowoczesnych systemach napędowych największym problemem nie zawsze jest to, że brakuje nam mocy. Czasem brakuje nam wiedzy, co dokładnie dzieje się w środku, kiedy wszystko już pracuje na granicy temperatur, ciśnień i stabilności. W przypadku silników ramjet to jednak już przeszłość.
...

Zajrzeć do silnika, do którego nie da się włożyć sondy

Są takie silniki, które od lat kuszą obietnicą większego zasięgu i lepszej energetyki, ale jednocześnie wymuszają wyjątkowo brutalny kompromis: testować je trzeba w warunkach, w których klasyczne czujniki i sondy zwyczajnie nie są w stanie przetrwać. Właśnie w tej niszy naukowcy zaczęli szukać sposobu, by przestać zgadywać, a zacząć mierzyć. Taki cel postawił sobie zespół z U.S. Naval Research Laboratory (NRL), pracujący nad kolejną generacją solid-fuel ramjetów, czyli silników strumieniowych na paliwo stałe. W swoim najnowszym komunikacie laboratorium opisuje przejście od podejścia “próba, błąd, poprawka” do pracy opartej o dane z pomiarów optycznych, które pozwalają dosłownie zobaczyć procesy zachodzące w komorze spalania.

Hybrydowy silnik Chimera
Hybrydowy silnik Chimera typu ramjet

Dlaczego solid-fuel ramjet w ogóle rozpala wyobraźnię konstruktorów?

Klasyczny silnik rakietowy niesie ze sobą paliwo i utleniacz. Jest to proste oraz niezależne od atmosfery, ale kosztuje masę i objętość, które w pocisku dalekiego zasięgu zawsze są towarem deficytowym. Solid-fuel ramjet odwraca logikę, bo w takim silniku stałe (a nie płynne) paliwo jest w środku, ale tlen bierze z powietrza. NRL streszcza to bez ogródek – jeśli nie trzeba wozić utleniacza, w tej samej obudowie można upchnąć więcej paliwa i teoretycznie polecieć znacznie dalej.

Czytaj też: 140-GHz potęga uderza w centra danych. Czy to początek końca przewodowych połączeń?

To podejście wpisuje się w to, jak w ogóle działa ramjet: sprężanie powietrza odbywa się dzięki samej prędkości lotu – powietrze jest wpychane do wlotu i komory spalania bez turbin czy sprężarek. NASA zwraca uwagę, że ciśnienie wytwarza tu właśnie efekt ramming, czyli sprężanie wynikające z pędu powietrza napływającego przy dużej prędkości. To od razu tłumaczy podstawowy haczyk: ramjet nie działa na postoju i potrzebuje wcześniejszego rozpędzenia, które to zwykle jest realizowane przez booster lub inny etap napędu.

W praktyce idea napędu “oddychającego powietrzem” już dawno przestała być egzotyką. Dobrym, europejskim punktem odniesienia jest pocisk powietrze-powietrze Meteor, często opisywany jako konstrukcja korzystająca z odmiany ramjeta (ducted rocket), która pozwala dłużej utrzymywać ciąg w locie niż klasyczny silnik rakietowy o krótkim czasie pracy. Tutaj właśnie dochodzimy do sedna, bo im dłużej da się sensownie sterować energią w locie, tym większe znaczenie mają nie tylko tabelki zasięgu maksymalnego, ale też realna kinematyka końcowa i strefa, w której cel nie ma szans na ucieczkę.

Piekło w komorze spalania i powód, dla którego przez lata dominowało zgadywanie

Jeżeli silnik ma paliwo ciekłe, to na bieżąco można kontrolować jego dopływ, regulować mieszankę i w pewnych granicach ustawiać pracę silnika. Solid-fuel ramjet jest mniej posłuszny. NRL podkreśla, że w tych układach nie steruje się bezpośrednio strumieniem masy paliwa tak, jak w systemach ciekłych, bo spalanie napędza odgazowanie i regresję powierzchni paliwa, a to tworzy sprzężenie zwrotne między ciśnieniem, temperaturą i przepływem powietrza.

Do tego dochodzi środowisko, które jest koszmarem dla klasycznych metod pomiaru: wysoka temperatura, sadza, szybkie, niestabilne struktury przepływu i obecność cząstek. NRL opisuje to wprost jako jeden z głównych powodów, dla których branża latami bazowała na podejściu w stylu “próbować, poprawiać, próbować ponownie”, bo bez danych z wnętrza komory trudno było ocenić, czy konstrukcja poprawiła się z właściwych powodów. Właśnie dlatego pomiary są tak istotne – bez nich łatwo pomylić ładnie obliczony wynik z konstrukcją, która da się powtarzalnie uruchamiać i produkować.

Optyka zamiast sondy, czyli co konkretnie NRL zaczęło mierzyć?

NRL opisuje wdrożenie diagnostyki optycznej, która pozwala śledzić parametry spalania tam, gdzie tradycyjne czujniki są bezużyteczne. W komunikacie pada kilka kluczowych wielkości: temperatura płomienia, tempo regresji paliwa i transport par paliwowych. Szczególnie temperatura jest tu punktem zapalnym, bo modele często zakładają sprawność spalania zamiast ją faktycznie wyznaczać w pomiarze.

Czytaj też: Światło w kształcie pączka uratuje Wi-Fi? Nowa fizyka obiecuje koniec z gubieniem zasięgu

Najciekawszy fragment jest jednak bardziej fizyczny niż modelarski: po raz pierwszy udało się również zwizualizować pary paliwa uwalniane z powierzchni jeszcze przed zapłonem, co daje wgląd w to, jak złożone węglowodory mieszają się i ewoluują zanim dojdzie do właściwego spalania. Nie jest to detal dla pasjonatów kamer termowizyjnych, bo w silnikach, gdzie paliwo powstaje lokalnie, bo z rozkładu materiału stałego, początkowe warunki mieszania potrafią zadecydować o stabilności płomienia i o tym, czy układ nie wejdzie w niepożądane oscylacje.

W tle widać też, że NRL pracuje na optycznie dostępnych stanowiskach, czyli takich, które pozwalają prowadzić obserwacje przez okna w komorze testowej. W materiałach ilustracyjnych pojawiają się również przykłady kompozytowych “slabów paliwowych” z dodatkami typu carbon black (zwiększenie absorpcji promieniowania) czy aluminium (zwiększenie gęstości energii). To ważny trop, bo pokazuje, że ambicje nie kończą się na samym zobaczeniu płomienia, ale obejmują też świadome kształtowanie chemii i bilansu cieplnego paliwa.

Co to może zmienić, a co nadal pozostaje niewygodne?

Jeżeli NRL rzeczywiście zbuduje wiarygodny most między obserwacją, chemią i modelowaniem, to zysk będzie bardzo konkretny, przełoży się na mniej ryzykownych iteracji, mniej drogich prób w ciemno i większą szansę ma to, że większe testy będą potwierdzały to, co wcześniej wyszło w skali laboratoryjnej. Laboratorium mówi wprost o skracaniu czasu rozwoju i obniżaniu niepewności dzięki połączeniu diagnostyki optycznej z walidowanymi symulacjami.

Czytaj też: Sprytnie połączą paliwa kopalne z odnawialnymi. Czy taka przyszłość ma sens?

Warto jednak trzymać w głowie, że komunikat opisuje etap, na którym wiele rzeczy jest jeszcze “optycznie dostępne”, czyli celowo uproszczone po to, by móc mierzyć. Skalowanie do silników bliższych warunkom operacyjnym zawsze potrafi zaskoczyć: inne obciążenia cieplne, inne warunki wlotowe, inne problemy z osadami i zużyciem. NRL zapowiada przenoszenie tych wniosków w stronę większych, bardziej realistycznych prób i to właśnie będzie moment, w którym marketingowe nagłówki o zasięgu zderzą się z fizyką materiałów i powtarzalnością produkcji.