
Badacze z University of Alaska Fairbanks przeanalizowali te niepokojące dane sejsmiczne. Odkryli, że ostre, wysokoczęstotliwościowe impulsy stopniowo nasilają się od późnego lata, by osiągnąć szczyt w środku zimy, a potem nagle zamilknąć na wiosnę. To regularne pojawianie się i zanikanie skłoniło zespół do poszukiwań wyjaśnienia, które okazało się zaskakująco proste, a jednocześnie niepokojące jeżeli chodzi o konsekwencje.
Zamarzająca zagadka pod powierzchnią
Praca Gabrielle Davy i jej zespołu polegała na żmudnym odsiewaniu szumu sejsmicznego od prawdziwych sygnałów. Po miesiącach analiz naukowcy doszli do wniosku, że źródłem tajemniczych wstrząsów może być woda zamarzająca w drobnych szczelinach skalnych pod lodowcem. Proces ten jest dobrze znany – woda, przechodząc w lód, zwiększa swoją objętość, wywierając potężne ciśnienie na otaczającą ją skałę. Sezonowy cykl zamarzania i rozmarzania mógłby więc generować właśnie taki, powtarzalny wzór aktywności.
Czytaj także: Na niebie pojawiła się sztuczna poświata. Program HAARP w akcji
Nie jest to zjawisko zupełnie nowe. Podobne sygnały zaobserwowano wcześniej w Norwegii, związane z innym niestabilnym zboczem. Fakt, że teraz wykryto je na Alasce, potwierdza, że tego typu procesy hydrologiczne mogą być powszechnym czynnikiem wpływającym na stabilność zboczy w różnych warunkach klimatycznych. To odkrycie poszerza naszą wiedzę, ale jednocześnie podkreśla, jak wiele czynników wpływa na gigantyczne struktury geologiczne.
Pół miliarda metrów sześciennych zagrożenia
Osuwisko Barry to kolos. Szacuje się, że ta pełzająca w dół zbocza masa skalna ma objętość około 500 milionów metrów sześciennych. Dla wyobrażenia, to mniej więcej tyle, ile wody zmieściłoby się w 200 tysiącach pełnowymiarowych basenów olimpijskich. Przez dekady jej ruch był powolny, lecz stały. Prawdziwy problem zaczyna się w momencie potencjalnego, gwałtownego przyspieszenia.
Gdyby ten materiał nagle zsunął się do wód fiordu Barry Arm, wywołałoby to katastrofalne tsunami. W strefie ryzyka znajduje się popularny wśród kajakarzy i statków wycieczkowych akwen oraz miasteczko Whittier. Nie jest to scenariusz science-fiction. Historia Alaski już raz doświadczyła takiej katastrofy. W 1958 roku w zatoce Lituya osunięcie się zbocza wygenerowało falę, która wspięła się na niewyobrażalną wysokość 524 metrów po przeciwległym stoku. To wydarzenie, choć odległe, stanowi ponure memento.
Przez lata naturalnym stabilizatorem osuwiska Barry był lodowiec o tej samej nazwie, który działał jak gigantyczna podpora. Niestety, w ciągu ostatniego stulecia lodowiec dramatycznie się wycofał w wyniku zmian klimatycznych. Jego brak pozostawia teraz gigantyczną masę skalną bez kluczowego wsparcia, czyniąc całą strukturę bardziej podatną na destabilizację.
Sztuczna inteligencja na straży bezpieczeństwa.
Co istotne, nowo odkryte sygnały sejsmiczne nie są bezpośrednim odgłosem ruchu samego osuwiska. Mówią raczej o dynamicznie zmieniających się warunkach wodnych w jego podłożu. To ważna wskazówka, bo zmiany ciśnienia wody w szczelinach mogą być kluczowym czynnikiem decydującym o tym, kiedy zbocze przekroczy punkt krytyczny. Monitorowanie tych subtelnych sygnałów to trochę jak nasłuchiwanie pierwszych, ledwo słyszalnych trzasków w konstrukcji, zanim dojdzie do poważniejszego pęknięcia.
Czytaj także: Wulkan budzi się po 800 latach ciszy? Dziwne oznaki wzbudzają niepokój u mieszkańców wysp
W 2020 roku po serii mniejszych trzęsień ziemi w regionie podniesiono poziom alertu dla osuwiska Barry, co świadczy o tym, że zagrożenie jest traktowane bardzo poważnie. Odkrycie sezonowych sygnałów dodaje kolejną, cenną zmienną do równania, które naukowcy próbują rozwiązać. To krok w stronę lepszego zrozumienia procesów, które mogą poprzedzać katastrofę. Nie daje to gwarancji przewidzenia dokładnego momentu kolapsu, ale pozwala lepiej monitorować stan tego geologicznego tykającego zegara. W przypadku tak ogromnej masy skalnej każda dodatkowa informacja jest na wagę złota, bo może dać choć odrobinę więcej czasu na reakcję.