
Zgodnie z zapowiedziami z ubiegłego roku, gigant z Mountain View oficjalnie wdrożył mechanizm, który ma raz na zawsze ukrócić bezkarne drenowanie baterii przez źle zoptymalizowane oprogramowanie. Od 1 marca 2026 roku w sklepie Google Play zaczęły pojawiać się czytelne ostrzeżenia przy aplikacjach, które wykazują nadmierną aktywność w tle. Zamiast dowiadywać się o problemach po fakcie z systemowych statystyk zużycia energii, użytkownik otrzymuje jasny sygnał ostrzegawczy jeszcze przed kliknięciem przycisku „zainstaluj”. I, co ważniejsze, firma już nie prosi deweloperów o optymalizacje, teraz zaczyna ich zmuszać do zmian, stosując metodę „publicznego wytykania palcami”.
Jak działa nowy system ostrzeżeń w Google Play?
Fundamentem tej zmiany jest walka z tzw. “Partial Wake Locks” (częściowymi blokadami wygaszania). Dla niewtajemniczonych: to mechanizm, który pozwala aplikacji „wybudzać” procesor smartfona lub utrzymywać go w stanie aktywności, nawet gdy ekran jest wyłączony, a telefon leży spokojnie na biurku. O ile w niektórych przypadkach jest to niezbędne, o tyle wielu deweloperów nadużywa tej funkcji do zbierania danych lub niepotrzebnej synchronizacji, co skutkuje tym, że rano budzimy się z telefonem rozładowanym o kilkanaście procent bardziej, niż powinniśmy.
Google wprowadził sztywne progi techniczne w panelu Android Vitals. Jeśli dana aplikacja regularnie przekracza normy „nadmiernej blokady wybudzania”, system automatycznie nałoży na nią zestaw kar wizerunkowych i technicznych. Najbardziej widoczną dla nas zmianą jest komunikat na karcie produktu w Play Store o treści: „Ta aplikacja może używać więcej baterii niż oczekiwano z powodu wysokiej aktywności w tle”. To sygnał, który ma nam dać do myślenia jeszcze przed pobraniem programu.

Czytaj też: Google kapituluje przed Epic Games i zmienia zasady gry
Jednak na tym nie koniec, bo gigant idzie o krok dalej niż tylko ostrzeżenia. Aplikacje, które nie radzą sobie z oszczędzaniem energii i konsekwentnie przekraczają progi „Excessive Partial Wake Lock”, zostaną po prostu schowane przed wzrokiem potencjalnych użytkowników. Oznacza to wykluczenie ich z sekcji rekomendacji oraz z list najciekawszych odkryć na stronie głównej sklepu. Dla dewelopera to prawdziwy cios w zasięgi i przychody, który ma zmotywować go do poprawienia kodu szybciej niż jakakolwiek prośba czy aktualizacja regulaminu. Cały proces wdrażania tych restrykcji rozpoczął się 1 marca i będzie obejmował kolejne aplikacje w nadchodzących tygodniach.
Oczywiście, nie każda aplikacja działająca w tle to zło wcielone
Jak to zwykle bywa, sytuacja nie jest czarno-biała, dlatego Google przewidział listę wyjątków dla oprogramowania, którego praca przy wygaszonym ekranie przynosi wyraźne korzyści dla użytkownika. Na tej liście znajdują się przede wszystkim odtwarzacze muzyki (Spotify czy YouTube Music muszą przecież grać, gdy telefon jest w kieszeni), aplikacje do nawigacji korzystające z GPS oraz wszelkie transfery danych, które sami uruchomiliśmy – jak choćby pobieranie dużego pliku.
Czytaj też: Windows 12 nadchodzi. Microsoft szykuje zmiany, które nie wszystkim się spodobają
Jeśli aplikacja uzasadni swoją aktywność w tle konkretną, niezbędną funkcjonalnością, ostrzeżenie na jej karcie się nie pojawi. Google przygotował obszerną dokumentację dla twórców, w której precyzuje, jakie zachowania są akceptowalne, a jakie zostaną uznane za „śmieciowy ruch” drenujący ogniwo. Nie da się więc ukryć, że stajemy przed ciekawą sytuacją: Sklep Play staje się nie tylko biblioteką programów, ale też swego rodzaju certyfikatem jakości technicznej. To świetna wiadomość dla posiadaczy smartfonów, dla których każda źle napisana aplikacja była do tej pory małą katastrofą dla czasu pracy urządzenia.
Źródło: Google