Specyfikacja Mercury K1 Gradient White
- Klawiatura TKL (75%) z 79 klawiszami i specjalnym “dyngsem”
- Materiał: aluminium i tworzywo sztuczne
- Konstrukcja z uszczelką i pięciowarstwowym tłumieniem piankowym
- Przełączniki mechaniczne GravaStar x Kailh Cherry Pink
- Wymiary: 34,3 x 15,6 x 4,6 cm
- Waga: 1006 gramów
- Odpinany przewód USB-A do USB-C w gumowym oplocie
- 8000-mAh wbudowany akumulator
- Opcja pracy w trybie przewodowym i bezprzewodowym (radiowy 2,4 GHz/Bluetooth dla łącznie 3 urządzeń)
- Podświetlenie RGB na klawiszach i na bokach
- Wsparcie aplikacji na komputerze
- Gwarancja: pierwszy rok to gwarancja producenta, a drugi to wsparcie pogwarancyjne (łącznie 2 lata)
Zawartość opakowania Mercury K1 Gradient White
Pierwsze chwile z Mercury K1 Gradient White świadczą o tym, że nie jest to byle tania klawiatura czy też “przeklejka” z innego modelu. Niestandardowe opakowanie, świetne zabezpieczenie i bogate wyposażenie po prostu trzeba docenić. Wątpliwości budzi tylko typowo uniwersalny przewód USB-A do USB-C w gumowej osłonce (nie dorównuje jakości i prezencji klawiaturze), a przede wszystkim instrukcja w języku polskim, która jest ot wydrukowana na A4, zamiast znajdować się w dedykowanej “książeczce”.





Ma też w sobie błędy, bo informuje o innej wadze, liczbie klawiszy, pojemności akumulatora czy wytrzymałości na jednym ładowaniu. Innymi słowy, polonizacja tego produktu ewidentnie nie poszła zbyt dobrze.
- Klawiatura
- Odbiornik radiowy USB-A 2.4GHz
- Przewód USB-A do USB-C
- Narzędzie 2 w 1 do zdejmowania klawiszy i przełączników
- Szczoteczka do czyszczenia
- Cztery dodatkowe przełączniki innego typu (bardziej do testu charakteru niż wymiany w razie czego)
- Instrukcja obsługi
- Ściereczka do czyszczenia





Mercury K1 jako gratka dla fanów science-fiction
Testuję klawiatury od lat i ciągle czuje, że na tym rynku w mainstreamie dzieje się zbyt mało, żeby specjalnie fascynować się kolejnymi modelami dla graczy. Szał wokół przełączników mechanicznych już minął, te optyczne i z efektem Halla również zadomowiły się na rynku już na dobre, a w tym wszystkim najgorsze jest to, że forma obudów zwykle niezbyt się zmienia i nawet mnie, minimalistę z natury, zaczyna to zwyczajnie nudzić.
Taki stan rzeczy w głównym nurcie klawiatur na rynku ma swoje plusy i minusy, bo przykładowo nie czuję potrzeby wymieniania kilkuletniego modelu, z którego korzystam prywatnie. Oto jednak położyłem swoje dłonie na modelu Gravastar Mercury K1, a biorąc pod uwagę moje wzmożone ostatnio zainteresowanie gatunkiem science-fiction, jej forma od razu przypadła mi do gustu. Spójrzcie tylko na tę obudowę – wygląda przecież jak wyjęta rodem z byle pierwszej opowieści sci-fi.


Najlepsze jest to, że cała rama została wykonana z lekkiego, ale wytrzymałego aluminium o bardzo ciekawej w dotyku (i dla oka) fakturze. Efekt? Nawet siłując się z tym modelem, nie zdołacie wygiąć go choćby na milimetr. Znacznie gorzej (wizualnie) prezentuje się podstawa klawiatury i nie chodzi tu wcale o plastikowy panel, a te wszystkie “wzorki” rodem z podstawy dawnych samochodzików. Uznajmy jednak, że takie nawiązania do (najpewniej) części statku kosmicznego, to ot kwestia gustu.





To, co jednak ocenić obiektywnie można, to cztery podkładki antypoślizgowe (po 1 na każdym rogu), które gwarantują odpowiednią stabilność klawiatury nawet na materiałowej podkładce. Możecie liczyć na to również po rozłożeniu solidnych podwójnych nóżek, które mimo plastikowego charakteru, nie budzą wątpliwości co do wytrzymałości. Doceniam też magnetyczny uchwyt na odbiornik radiowy. Zwłaszcza że nawet poważniejsze uderzenie w klawiaturę “od góry” nie powoduje jego odczepienia się od obudowy.

Wygląd wyglądem, ale nie możemy zapominać o funkcjonalności i w tej akurat kwestii musimy pamiętać, że Gravastar Mercury K1 to nie klawiatura wyposażona choćby w mała podpórkę pod nadgarstki. Jest to akurat spory problem. Po wielu latach codziennego pisania i korzystania z przeróżnych podpórek (te piankowe spisują się swoją drogą najlepiej), zapewniam Was, że jeśli nadal czegoś takiego nie macie na swoim biurku, to najwyższy czas to zmienić. Zwłaszcza jeśli sięgacie po klawiatury w tego typu formacie.
Funkcjonalne elementy Mercury K1
Z ciekawych dodatków do Mercury K1 trzeba wymienić przede wszystkim dodatek w prawym górnym rogu. Wbrew zapewnieniom producenta, nie jest to pokrętło, a coś w rodzaju “wajchy”. Wciskając ją, włączamy lub wyłączamy wyciszenie, a pociągając w górę lub w dół, odpowiednio zwiększamy lub zmniejszamy poziom głośności. Co ciekawe, nie jest to element metalowy, a plastikowy. Szkoda, bo widziałbym tutaj znacznie bardziej jakiś fikuśnie wykończony metal. Może na modłę powierzchni meteorytu? To samo tyczy się chronionego specjalną folią podświetlanego niezależnie logo producenta obok klawiszy strzałek, który sygnalizuje stałym podświetleniem białym aktywowaną funkcję pisania wielkimi literami (Caps Lock). Kiedy ta jest dezaktywowana, logo podświetla się na “tęczowo”.
Czytaj też: Test klawiatury mechanicznej Genesis Thor 230 TKL za 179 zł. Nie, to wcale nie błąd cenowy


Funkcjonalność Gravastar Mercury K1 zamyka się na tylnej krawędzi. W samym jej centrum znajdziemy port USB-C do pracy przewodowej i ładowania wbudowanego akumulatora oraz dwa przełączniki. Jeden służy do zmiany funkcjonalności pod specyficzny system (Windows lub Mac), a drugi do sposobu łączności, bo mamy tutaj do wyboru aż trzy – przewodowy, radiowy oraz Bluetooth z maksymalnie 3 urządzeniami.

Samo ładowanie 8000-mAh akumulatora ma trwać około pięciu godzin i przekładać się na maksymalnie około 44 godzin czasu pracy przy aktywnym podświetleniu i do nawet 470 godzin po jego wyłączeniu. Jeśli chcecie zmaksymalizować ten wynik, to używajcie częściej trybu Bluetooth, bo ten radiowy oczywiście jest bardziej prądożerny, ale za to “pewniejszy” i szybszy w kwestii przesyłania sygnału, więc idealny zwłaszcza dla graczy. W praktyce jednak musicie pamiętać, żeby wpiąć klawiaturę do przewodu ot raz na kilka dni i już nigdy nie dacie się zaskoczyć nagłym brakiem energii.


Gravastar Mercury K1 nie jest jednak prądożernym potworkiem wtedy, kiedy nie jest to konieczne, bo na szczęście możemy dostosować automatyczne wyłączanie się podświetlenia po danym czasie nieaktywności (domyślnie czas ten sięga jednej minuty). Efekt? Mimo tygodnia codziennej pracy przez kilkanaście godzin, wskaźnik naładowania klawiatury nie spadł, co potwierdza zarówno połączenie Bluetooth, jak i wspomniana kombinacja klawiszy. Jak to jest możliwe? Szczerze mówiąc, nie wiem, ale jeśli wierzyć temu wskaźnikowi, to nawet aktywne podświetlenie pozwoli Wam korzystać z Gravastar Mercury K1 przez całe setki godzin.
Podświetlenie i aplikacja Mercury K1
Podświetlenie klawiatury to żadne science-fiction i w Mercury K1 projektanci również postawili na tradycję. Pod każdym klawiszem z dużą i dobrze wyżłobioną czcionką na boku, a nie na górze keycapa, znalazła się dioda RGB, która spełnia swoją rolę poprawnie, ale nie aż tak spektakularnie, bo między klawiszami i na ich rogach łatwo dostrzec niedoświetlone sekcje. Czy to problem? Nie, ale na pewno na rynku znajdziemy efektywniej podświetlane klawisze klawiatur mechanicznych i nie rozchodzi się tutaj o zbyt niską jasność, którą regulujemy w ramach czterech poziomów połączeniem strzałek i klawisza funkcyjnego.





Wyjątkowe w Mercury K1 jest to, że podświetlenie znajduje się również na bokach, przebijając się z mlecznych dyfuzorów o fakturze horyzontalnych linii. Kolor tego podświetlenia jest spójny z aktualnym podświetleniem okolicznych przycisków, a uzyskany tym sposobem efekt ot robi dobre wrażenie, podkreślając “kosmiczny” wygląd boków obudowy i rozświetlając sporą część obszaru wokół klawiatury,







Czas więc przejść do najgorszego – oprogramowania. Szczerze? Dawno nie widziałem tak źle zaprojektowanej aplikacji do zarządzania czymkolwiek, a programowałem swojego czasu stare sterowniki PLC. Producent zapewnił nam apkę wręcz sprzed dekady, która na dodatek jest też nieintuicyjna i przerazi każdego mniej obeznanego, kto nią włączy. Oczywiście nie jest to konieczne, ale jeśli chcecie dostosować klawiaturę pod siebie, to musicie to oprogramowanie pobrać i zagłębić się w jego szczegóły.

Wprawdzie znajdziecie w niej praktycznie wszystko, czego potrzeba do zarządzania klawiaturą (nadpisywanie funkcji, kombinacje klawiszy, dostosowywanie podświetlenia, przeróżne efekty podświetlenia), ale nie liczcie na m.in. podgląd poziomu naładowania akumulatora (jedyna opcja to podejrzenie menu Bluetooth lub kombinacja Fn+B na klawiaturze, która podświetla klawisze 1-0 na kolor zielony i/lub czerwony), czy personalizację “niby pokrętła”. No cóż, szkoda.
Przełączniki GravaStar x Kailh Cherry Pink
O to, jak dobrze “klika się” w Mercury K1 Gradient White dba kilka kwestii, a wśród nich znajdują się nawet te, których nie widać. W obudowie znalazło się bowiem aż pięć różnych pianek, które znajdują się między obudową, laminatem i ramą na klawisze. Z pozoru może wydawać się, że to zbędny dodatek, ale pamiętajmy, że mamy tutaj do czynienia z klawiaturą wyposażoną w mechaniczne przełączniki, w które nieustannie stukamy.
Czytaj też: Test klawiatury Razer Blackwidow V4 Pro – dziwna, barwna, irytująco fajna

Bez odpowiednich pianek, które rozpraszają wibracje i zapewniają, że uderzenia w klawisze nie przenoszą się przesadnie dalej, każdy klawisz brzmiałby inaczej i tym samym pisanie z czasem stawałoby się irytujące swoją niespójnością oraz “dziwnym rezonansem”. Ten problem w Mercury K1 został zażegnany właśnie zestawem pianek, przez co pisanie doprowadza wyłącznie do przyjemnego “cichego plastikowego stukotu” keycapa o obudowę. Różnice między poszczególnymi klawiszami naturalnie występują, ale nie są na tyle duże, że zwraca się na nie uwagę bez wytężania uwagi.

Na przełączniki nałożone są keycapy z PBT, które wyróżniają się ot dobrą jakością wykonania i czcionką nie do zdarcia, a o jakość kliku dłuższych przycisków dbają typowe stabilizatory. Te działają jak “nieruchome przełączniki”, a przykład równomiernie działającej spacji (niezależnie od punktu wywierania nacisku) potwierdza, że są wykonane wzorowo. Oczywiście jednak to przełączniki mechaniczne robią najwięcej roboty w kwestii kliku i tutaj akurat mamy coś szczególnego.



Firma Gravastar zastosowała w modelu Mercury K1 Gradient White przełączniki mechaniczne GravaStar x Kailh Cherry Pink, które są dostępne do kupienia pojedynczo w cenie 5-6 złotych. Są to idealnie wręcz liniowe przełączniki nastawione na “agresywny” rodzaj aktywacji, bo z jednej strony cała ich droga pracy wynosi 3,5 mm, a moment aktywacji po użyciu 40 gramów siły następuje już po pokonaniu 1,6 mm. Pisze się na nich szybko, ale ani się nie obejrzycie, a wciśnięty delikatnie klawisz zrobi Wam w tekście ciąg jednej litery na całą stronę. Do grania są jednak idealne, a przy tym nie rozpraszają i jeśli nie wciskacie klawiszy zbyt mocno, to nie są nawet specjalnie głośne.

W razie potrzeby możecie też skorzystać z funkcji hot-swap dla wszystkich przełączników i wymienić je na każdy inny 3- lub 5-pinowy wariant. To o tyle dobra wiadomość, że nawet jeśli część przełączników zacznie działać gorzej po kilku latach, to zamiast wymieniać całej klawiatury, będziecie mogli zainwestować w nią tylko kilkadziesiąt złotych po to, aby wymienić najbardziej zużyte przełączniki. Zawsze istnieje też opcja co ciekawszych konfiguracji i np. wsadzenia w klawisze F1-F12 czy Enter oraz ESC przełączników o znacznie cięższym charakterze. Innymi słowy, bawić się można, ale na waszym miejscu dałbym szansę obecnym w tym modelu przełącznikom, bo po prostu są świetne w swojej liniowości
Test klawiatury mechanicznej Mercury K1 Gradient White – podsumowanie
Mercury K1 Gradient White nie walczy ewidentnie o miano najtańszej czy najlepiej wycenionej klawiatury mechanicznej na rynku. Celuje bardziej w wąskie grono tych graczy, którzy chcą zrobić ze swojego stanowiska komputerowego pewnego rodzaju kosmiczny “przystanek sci-fi”. W sklepach pokroju Shelter.pl znajdziecie ją za 599 złotych, więc jest to wysoka cena nawet jak za model bezprzewodowy, ale spójrzmy prawdzie w oczy – tutaj kupuje się nie tylko funkcjonalność, ale też wygląd i trwałość, bo zastosowana rama aluminiowa jest po prostu strzałem w dziesiątkę.

Czytaj też: Test klawiatury Dark Project One KD87A. Śliczna i do tego tania
Klawiatura Mercury K1 Gradient White nie ma jednocześnie żadnych deklasujących ją wad, bo większość cech to ot, kwestia gustu. Nawet wytrzymałość na jednym ładowaniu wbudowanego akumulatora jest imponująca. Musimy jednak pamiętać, że poza nieprzyjaznym użytkownikowi oprogramowaniem, brakuje w niej również rzeczywistego pokrętła regulacji głośności oraz opcji wpływania na podświetlenie boków. Dlatego też tego modelu po prostu nie da się nie polecić, jeśli kupujecie unikalny wygląd i pragniecie długiego czasu pracy na jednym ładowaniu
