Gigant z Mountain View ogłosił nową politykę, która ma ostatecznie wyeliminować tę praktykę. Od czerwca serwisy stosujące te brudne sztuczki znikną z czołowych miejsc w wyszukiwarce. Innymi słowy – albo zaczną szanować nasze działania, albo przestaną istnieć w wynikach wyszukiwania.
Deadline dla internetowych porywaczy. Google walczy z „back button hijacking”
Zacznijmy najpierw od wyjaśnienia, na czym polega mechanizm tych cyfrowych porwać. W gruncie rzeczy opiera się on na prostym, ale złośliwym skrypcie JavaScript. Deweloperzy lub nieuczciwe sieci reklamowe manipulują historią przeglądarki, wstawiając w nią dodatkowe strony, których nigdy nie odwiedziliśmy. Efekt? Klikamy wstecz, ale zamiast powrotu do poprzedniej strony czy wyszukiwarki, lądujemy w witrynie z ofertami „cudownych leków”, podejrzanymi linkami afiliacyjnymi lub spamem. Google zauważył gwałtowny wzrost takich zachowań, szczególnie na urządzeniach mobilnych, co skłoniło firmę do wpisania tej praktyki na listę oficjalnych naruszeń zasad dotyczących złośliwego oprogramowania.
Właściciele witryn mają czas do 15 czerwca 2026 roku, aby posprzątać swój kod. Obejmuje to nie tylko własne skrypty, ale także sprawdzenie wszystkich bibliotek zewnętrznych oraz dostawców reklam. Po tej dacie Google zacznie wyciągać surowe konsekwencje:
- Witryna może zostać całkowicie zablokowana w indeksie wyszukiwarki.
- Nawet jeśli strona nie zniknie, jej pozycja spadnie tak nisko, że nikt do niej nie trafi.
- Algorytmy Google będą traktować takie witryny jako potencjalnie niebezpieczne dla użytkownika.
Czytaj też: Wolność wyboru od pierwszego uruchomienia. Windows 11 z nowymi zasadami aktualizacji
Gigant z Mountain View nie od dziś walczy ze spamerami. Szeroki front działań przeciw takim praktykom jest konsekwentnie rozbudowywany od 2024 roku. Wcześniej firma uderzyła w tzw. „Parasite SEO”, czyli praktykę, w której zaufane, duże portale wynajmowały części swoich domen podmiotom trzecim, by te mogły pozycjonować niskiej jakości treści, korzystając z autorytetu gospodarza. Kolejnym krokiem była walka z nadużyciami wygasłych domen, gdzie oszuści odkupywali stare adresy znanych organizacji charytatywnych czy urzędów, by wykorzystać ich wypracowaną przez lata reputację do sprzedaży wątpliwych produktów.
Użytkownik przede wszystkim
W dzisiejszym internecie walka o uwagę klienta bywa brutalna, ale gigant z Mountain View jasno pokazuje, że pewne granice są nieprzekraczalne, stawiając nas, użytkowników, na pierwszym miejscu. Cóż, autorytet wyszukiwarki opiera się na tym, że użytkownik czuje się bezpiecznie, klikając w linki – jeśli powrót do wyników wyszukiwania staje się udręką, traci na tym sam Google.
Czytaj też: Android kontra oszuści. Google szykuje jeszcze lepszą ochronę przed fałszywymi połączeniami
Właściciele serwisów muszą więc zakasać rękawy i zrobić porządki. Często zdarza się, że twórca serwisu nawet nie wie o istnieniu takich skryptów, ponieważ są one przemycane w darmowych wtyczkach lub przez niskiej jakości sieci reklamowe. Niestety, od czerwca wymówka „nie wiedziałem” przestanie działać. Gigant z Mountain View jasno deklaruje, że odpowiedzialność za to, co dzieje się z przeglądarką użytkownika po wejściu na stronę, spoczywa w całości na jej właścicielu. Miejmy nadzieję, że dzięki temu „odśmiecanie” sieci będzie jeszcze bardziej widoczne, a przeglądanie internetu, zwłaszcza na smartfonach, przestanie być tak uciążliwe i irytujące.
Źródło: Google
